Rząsowska: “Cztery lata to czas na zmiany. Nudzą już mnie te cyferki”

    Anna Rząsowska to dziewczyna, która już dawno temu zwariowała na punkcie sportu. W jej zamiłowaniu do aktywnego spędzania wolnego czasu nie byłoby nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że w międzyczasie pojawiła się kontuzja kręgosłupa, która przekreślała jej wyczynowe uprawianie sportu. Co wtedy zrobiła? Jazdę konną zamieniła na rower, bieganie i siłownię. Dziś jest dietetyczką, biega półmaratony i marzy o tym, by brać udział w zawodach fitness. Krok po kroku zrobi wszystko, by rzucić nudną jak flaki z olejem pracę za biurkiem i zająć się tylko swoją pasją. Jak sama podkreśla – mam cel i nie widzę opcji, by nie został on zrealizowany. Zapraszamy do rozmowy z Anią Rząsowską!

    Mignęłaś mi w internecie, przypadkowo trafiłem na twój profil na Facebook’u, pojawiłaś się u Przemysława Iwańczyka w programie „Atleci”. Szybko to wszystko się ruszyło.

    Sama nie wiem jak to się stało. Nie mam parcia na szkło, więc jestem trochę zaskoczona tym wszystkim, co dzieje się dookoła. Lubię to, co kocham – to na pewno. Nie traktuję swojej pasji, jako źródło dochodu. Zajawka i pasja – tylko i aż tyle. Z Przemkiem Iwańczykiem też wyszło przypadkiem.

    Tzn?

    Znalazł mnie na Facebook’u i zapytał, czy nie chcę wystąpić w jego programie. Zgodziłam się, ale nie czuję się po takim występie jak gwiazda. Po prostu przedstawiona została moja historia i to, czym się obecnie zajmuję.

    Nie mieliśmy problemu z umówieniem się na wywiad. Jeden telefon i wszystko było ustalone.

    Wydaje mi się, że dziennikarze chcą ze mną rozmawiać, bo jestem bardzo normalną dziewczyną. Normalnie pracuję, jestem księgową i kadrową, więc wykonuję pracę jak każda inna, codziennie wstaję, mam problemy jak każdy inny, a dopiero po swoich zajęciach oddaję się swojej pasji.

    Co ma wspólnego kadrowa i księgowa z rowerem, bieganiem, kulturystyką i jazdą konną?

    Nic, absolutnie. Jedno uzupełnia drugie – tak bym to nazwała. W zeszłym roku powstała moja strona internetowa, chwilę później założyłam Instagrama. Musiałam dowiedzieć się co to są w ogóle hasztagi, nie używałam Facebook’a, więc musiałam zagłębić się w obcy dla mnie świat mediów społecznościowych. Wcześniej Facebook służył mi do kontaktu ze znajomymi, rzadko z niego korzystałam. Dziś jest już publicznym profilem, na który każdy może wejść. Ruszyło się to dosyć szybko. Po wywiadzie z Przemkiem Iwańczykiem moja popularność wzrosła, mam więcej klientów.

    Jak długo zajmujesz się sportem?

    Konno zaczęłam jeździć od liceum i robiłam to przez 12 lat. Miałam dwa wypadki, które spowodowały uszkodzenie kręgosłupa, a te dały o sobie znać dopiero po latach. Wiedziałam jednak przez cały czas, że nie wszystko jest w porządku, bolały mnie stawy, miednica była niestabilna. W związku z czym lekarze zabronili mi jeździć konno i przeniosłam się na rower. Zainwestowałam w sprzęt, złożono mi rower na zamówienie, ale nie byłam w stanie wytrzymać w pozycji sportowej jeżdżąc nim. W lutym 2016 roku założyłam fan page, ale bardzo wstydziłam się o tym komukolwiek powiedzieć.

    Po co ci fan page, skoro wstydziłaś się pokazać go ludziom?

    Nie wiem, czułam się z tym nienaturalnie. Znajomi namówili mnie do tego, bo wiedzieli, że mam ogromną wiedzę na temat dietetyki, która z resztą jest obecna w moim życiu od bardzo dawna. Dwa miesiące później pokazałam to 19 osobom i wszystkim bardzo się to spodobało. Dziś daje sobie cztery lata na diametralną zmianę swojego życia. Nie potrafię jednak tego promować, nie inwestuję w to, raczej wszystko odbywa się domowymi sposobami.


    Czy ktoś pomaga ci w tym? Doradza?

    Tak, mam wielu serdecznych znajomych, którzy mi podpowiadają. Jeden przyjaciel założył mi stronę, inny zna się na Social Mediach. Do tego uczę się obrabiania filmów, kilka osób się w to angażuje.

    Trudno jest się wybić w tej branży?

    Bardzo trudno. Ja nie dążę do tego, by być twarzą jednego z tych znanych kulturystów, których możemy na co dzień obserwować w internecie. Nie chodzi mi o to. Zależy mi najbardziej na relacji z ludźmi. Dziś trener czy dietetyk to nie tylko pan czy pani, która tworzy rozpiskę, ale też osoba, która zadzwoni i zapyta, czy ktoś zgrzeszył i co zjadł na kolację. Potrzebny jest ten kontakt i wzajemna relacja. Ja tak robię. Traktuję swoich „pacjentów” po koleżeńsku.

    Czy ludzie słuchają zaleceń osoby, która nie jest jeszcze bardzo znana? Jest w tym środowisku kilka sław, ale ty się póki co do nich jeszcze nie zaliczasz.

    Na pewno popularność danej osoby i rozpoznawalność generuje większe zainteresowanie. Nie chcę się wypowiadać na temat osób z tego środowiska, bo nie czuję się do tego na tyle kompetentną osobą. Ja podchodzę do wszystkich moich podopiecznych w sposób indywidualny. Nie drukuję rozpiski z internetu i nie stosuję jednego wzoru do wielu przypadków. Nie mówię, że inni tak robią, ale wykazuję duże zainteresowanie osobą, która mi zaufała. Jeżeli ktoś chce do mnie przyjść i stosować dietę przez miesiąc, to ja się tego nie podejmuję. Nie chcę tych pieniędzy, bo moje ambicje są takie, by danej osobie pomóc. Nie zarobić jednorazowo pieniądze i nie mieć satysfakcji z tego, że coś zrobiłam dobrze.

    Jakie masz cele w ciągu tych najbliższych czterech lat, o których przed chwilą wspomniałaś?

    Na teraz priorytetem są zawody kulturystyczne. Stan mojego kręgosłupa nie pozwala mi na jazdę rowerem. Mam zaplanowany półmaraton na wrzesień, bo stawy muszą odpocząć po ostatnim starcie. Dwa razy siedziałam już prawie na wózku, a zdaniem najlepszych fachowców w Warszawie jestem osobą zupełnie niepełnosprawną. Przez dwa lata siedziałam w domu, bo zakazano mi uprawiać sport i dostałam depresji. Wbrew woli lekarzy wróciłam do sportu, ale mój kręgosłup nie pozwala mi uprawiać kolarstwa tak, jak robiłam to kiedyś. Nie mogę już podczas jednego treningu pokonać dystansu 130km. Teraz robię 46 i bolą mnie plecy. Parę dni temu dostałam bardzo dobrą wiadomość, że jeden z lekarzy chce mi pomóc i wszczepi mi dwa kręgi i jakimś sposobem musimy zregenerować stawy biodrowe. Bieganie mi nie służy, ale zaczęłam biegać, bo jazda rowerem mimo wszystko kojarzy się z bólem.

    Historia tych twoich problemów zdrowotnych dobrze wpływa na twój wizerunek? Czy ludzi może to zniechęcić do ciebie?

    Myślę, że korzystnie. Ja tak naprawdę przez problemy zdrowotne zaczęłam trenować. Zrobiłam papiery, bo chciałam chodzić na siłownię. Oczywiście nie pracuję ze sztangą i nie robię z nią przysiadów.

    Trenujesz rano, wieczorem? Jak to wygląda?

    Rano, przed pracą. Kiedyś chodziłam wieczorami, ale było za dużo ludzi i mnie to wkurzało. Cztery razy w tygodniu siłownia, do tego rower i bieganie. Czekam na te zabiegi, bo bardzo długo to wszystko trwa.

    Jakie są realia w twoim przypadku? Dzwonisz i umawiasz się do specjalisty czy czekasz bardzo długo na wizytę?

    Można zadzwonić i jutro pójść na wizytę, ale jeden zastrzyk kosztuje pięć tysięcy złotych, a nie dwa. Ten sam zastrzyk u jednego lekarza kosztuje 4700zł, u drugiego 2200, a trzeci wycenił mi go na 1300zł. Są to trzy najlepsze nazwiska w całej Warszawie. Dyskożel wszędzie w stolicy kosztuje między 8500, a 10000zł. Jak widzisz – trochę trzeba zainwestować, by móc normalnie biegać.

    Komentarze