Różnica klas we Wrocławiu. Ciasno w czołówce Ekstraklasy

Niemal 32 tysiące widzów na trybunach i mecz drużyn z samej czołówki, których dzielił zaledwie punkt - taki scenariusz w PKO Ekstraklasie zwiastował wielkie emocje. Tych nie brakowało, choć rekordowo zgromadzona na stadionie we Wrocławiu publiczność oglądała mecz drużyn, których różnica tego dnia była widoczna znacznie bardziej niż wskazywałaby na to ligowa tabela.

Statystyki tego nie pokazują wyraźnie, ale Legia Warszawa miała spotkanie we Wrocławiu niemal całkowicie pod kontrolą. Niemal, bo kto wie jak potoczyłby się ten mecz, gdyby to Śląsk Wrocław jako pierwszy wyprowadził skuteczny cios? Trenerzy na pomeczowych konferencjach często używają sloganu o tym, że „pierwsza bramka ustawiła spotkanie”. Trudno się jednak z tym nie zgodzić – wrocławianie mieli ku niej bowiem świetną okazję.

Gdyby Robert Pich na początku meczu skutecznie wykorzystał rzut karny, Śląsk mógłby grać z kontry. Dokładnie tak, jak po otwarciu wyniku przez Pawła Wszołka robiła to Legia…

Samo to, że gdybamy nad tym rzutem karnym pokazuje to, że nie mamy się o co zahaczyć, jeśli chodzi o Śląsk Wrocław w tym spotkaniu. Wrocławianie wyglądali tak, jakby niewykorzystana „jedenastka” zakończyła dla nich mecz – a przecież była wykonywana w ósmej minucie meczu. Było jeszcze ponad 80 na to, by poważnie zagrozić bramce strzeżonej przez Radosława Majeckiego. Niestety dla kibiców WKS, składnej akcji, którą można byłoby nazwać „stuprocentową” już nie było. Legia przesuwała się w defensywie, nie pozwalała przebić swoich zasieków i kontrowała, gdy Śląsk tracił piłkę.

Legia wyglądała lepiej również wizualnie. Potwierdzają to statystyki: chociaż Śląsk przebiegł niemal dwa kilometry więcej, wykonał mimo to mniej sprintów (115 do 128) oraz rzadziej przyspieszał (szybki bieg w granicy 20-25 km/h: 485 do 537). Inaczej mówiąc: zespół Aleksandara Vukovicia był konkretniejszy. Nie biegał więcej, ale efektowniej. Nie budował długo akcji (posiadanie piłki niemal 50/50), ale jeśli to robił – tworzył koniec końców takie sytuacje, z których powinny paść bramki.

Drużyna drużyną, ale swoje zrobiły w tym spotkaniu indywidualności. Tych zdecydowanie zabrakło zaangażowanemu i walczącemu Śląskowi.

Co z tego, że Śląsk dobrze zaczął i wywalczył rzut karny, skoro później go zmarnował? Co z tego, że Wojciech Golla bardzo dobrze podprowadził piłkę, łamiąc schematy i tworząc przewagę poprzez wyjście z linii defensywnej do ataku, skoro później podjął fatalną decyzję i złym podaniem zniweczył cały swój wysiłek? Właściwie tylko najszybszy i najczęściej sprintujący Przemysław Płacheta był nadzieją na to, że coś dobrego w fazie finalizacji akcji Śląska się wydarzy.

Niestety dla Śląska, po pierwsze Płacheta był jedyny. Zmarnowany rzut karny sprawił, że zgasł Robert Pich. Aktywny starał się być Erik Exposito, ale meczu z Legią do udanych z pewnością nie zaliczy. Damian Gąska to bardziej piłkarz środka pola, aniżeli ostatniej tercji boiska. Po drugie, Płacheta został zmieniony. I to byłoby pół biedy – gorzej, że wszedł za niego Samiec-Talar. Trudno o gorszy indywidualny występ niż ten młodego zmiennika. Z ławki zamiast świeżej krwi wniósł na plac gry sporo niedokładności, zmarnowane dobre podanie od Exposito czy fatalne dośrodkowanie.

Legia miała zaś choćby Luquinhasa – typ piłkarza, który Śląskowi w tym meczu był potrzebny niczym tlen. Piłkarza, który znakomicie odnajdował się między liniami, podawał i strzelał. Nawet głową, choć najwyższy na boisku nie był…

Paweł Wszołek? Klasa sama w sobie, w niemal każdym zagraniu widać rozegrane mecze w ligach zachodnich. Michał Karbownik bardzo często tracił piłkę, ale kiedy przyspieszył – nie było czego zbierać, a Matus Putnocky musiał wyjmować piłkę z siatki po strzale Jose Kante. Napastnik Legii harował i na bramkę zasłużył. Żaden z piłkarzy obu drużyn nie miał wygranej większej liczby pojedynków, to on miał najwyższy inStat Index po tym meczu.

Indywidualności, do których zaliczał się także broniący karnego Majecki, a także pomysł na mecz – dlatego Legia pewnie wygrała i zrównała się punktami z liderem, Pogonią Szczecin. Mecz zamknął Luqinhas, choć przecież swoje sytuacje miał choćby Gwilia (nie tyle zmarnował sytuację sam na sam, co był faulowany) i inni. Wynik 3:0 wydaje się być zasłużony. Śląskowi Wrocław trzeba jednak oddać to, że poziomem zaangażowania zarówno na boisku, jak i na trybunach sprawił, że ten mecz można było nazwać hitem pełną gębą.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem