Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Ronaldo może spadać na drzewo? Kibicom Realu przydałoby się kilka lat posuchy

- Czy­niąc dob­rze, siejesz niewdzięczność – pisała Agatha Cristie w powieści „Zło czai się wszędzie”. Real Madryt jest najlepszym przykładem tego, że da się pięknie zestarzeć w Królewskim klubie, ale przychodząc na ławkę rezerwowych i odchodząc jako zmiennik (patrz: Jerzy Dudek). Jeżeli wniesiesz się na wyżyny, a później choć na chwilę spuścisz z tonu – za chwilę może cię nie być. Życie jest brutalne, a w jego piłkarskiej gałęzi madrycki klub – chyba najbrutalniejszy.

Cristiano Ronaldo strzelił w tym sezonie ligowym cztery bramki, choć ponad sto razy próbował strzałem pokonać bramkarza rywali. Statystyki ma fatalne – w wyścigu o Złotego Buta w sezonie 2017/2018 wyprzedza go między innymi Lord Bendtner, Darvydas Sernas, Michal Papadopulos czy Adam Frączczak. W podobnym kryzysie jest cała drużyna Zinedine’a Zidane’a, która ma już 19 punktów straty do liderującej FC Barcelony.

Kibice mówią: „Nie”!

Nic po tym, że Ronaldo pięciokrotnie został najlepszym piłkarzem świata. Realowi dał tyle, ile żaden inny piłkarz w ostatnich latach: trzy razy Ligę Mistrzów, w tym dwa razy z rzędu, a także choćby dwa tytuły mistrzowskie. Bilans jego meczów i bramek w Realu to jakiś totalny kosmos. 418 spotkań, 422 gole. W żadnym innym klubie na świecie o kimś z takim dorobkiem, kto nie nawywijał nic poza boiskiem i na nim w sumie też, nie powiedziano by tylu złych słów, co w kierunku Portugalczyka.

To paradoks na skale historyczną: strzelasz przez dziesięć lat więcej, niż jednego gola na mecz (średnia w lidze 1.05!), co nigdy wcześniej się raczej nie zdarzyło, a wyjątkiem jest chyba tylko Lionel Messi, a kibice mówią ci: nie. Dość. Jesteśmy znudzeni. Madrycki dziennik „AS” – mocno powiązany z „Królewskimi” – zapytał fanów czy chcą, aby CR7 został w klubie na kolejny sezon. W sondzie na stronie internetowej gazety zagłosowało ponad 125 tysięcy osób. 67 procent z nich odpowiedziało „Nie”.

Ronaldo już kiedyś o wdzięczności trybun Santiago Bernabeu przekonał się nie raz. Rok temu wygwizdali go za stratę piłki, na co odpowiedział, żeby poszli się p… i żeby s… W październiku – czyli po zapewnieniu Realowi obrony tytułu Ligi Mistrzów! – znów został wygwizdany, bo… od czterech spotkań nie strzelił bramki. – Nie rozumiem tych gwizdów, chociaż z drugiej strony również tego doświadczałem grając w piłkę i wiem, że może to się zdarzyć. Publiczność wymaga wiele od piłkarzy, a atmosfera Bernabeu jest wyjątkowa. Ale Cristiano to wszystko wie i nie przejmuje się tym zanadto – mówił kilka miesięcy temu po tym zdarzeniu Zinedine Zidane.

Wszystko wskazuje na to, że Ronaldo opuści stolicę Hiszpanii. W ciągu dziewięciu znakomitych lat trafiło mu się słabsze pół roku, więc wszyscy postawili na nim kreskę. On sam też wydaje się być zmęczony tą gęstą atmosferą. Poprosił o podwyżkę, dając tym samym zielone światło: albo płacicie więcej, albo odchodzę. „Mam dość”.

Rozpieszczone bachory

Mówi się o wymianie na Neymara, inni idą krok dalej i spekulują o zamianie tercetu BBC na NHL (Neymar-Hazard-Lewandowski). Pewnie z korzyścią dla zespołu, ale nie to jest zastanawiające.  W całej sytuacji najbardziej dziwi mnie zachowanie kibiców, którym dobrze zrobiłoby kilka lat posuchy. To, że Real bliżej ma do strefy spadkowej niż mistrzostwa Hiszpanii, jest siarczystym policzkiem. Ciekawe, czy wystarczy, czy dobrze byłoby bić dalej.

Ronaldo załamany – standardowy obrazek w tym sezonie.

Rafał Lebiedziński wyjaśnił to kiedyś dwoma słowami: Prawo Bernabeu, o którym w przeszłości mogli przekonać się Di Stefano, Hugo Sanchez, Raul czy Zidane. Ja zastąpię to jednym słowem: głupota. Albo – jak kto woli – rozpieszczenie. Kibice z Madryt po prostu jeszcze do niedawna byli rozpieszczeni sukcesami i kolejnymi trofeami niczym bachor, któremu rodzice spełniają każdą – nawet najmniejszą – zachciankę.

Pamiętam, jak potraktowano Raula. Legenda, wychowanek, kapitan? Nie strzela hurtowo, więc do widzenia. Fernando Hierro, filar obrony? Musiał uciekać do Kataru. Iker Casillas – do Porto. Angel Di Maria rozegrał sezon życia? Sprzeda mniej koszulek niż Bale, papa. Mesut Ozil był królem asyst? Po co, jak możemy mieć gwiazdkę mundialu Jamesa? Xabi Alonso? Bez żalu. Nie neguję dopuszczania świeżej krwi, bo to niezbędne. Ale sposób pożegnania gwiazd i ludzi, którzy oddali w białej części Madrytu serce, nie może się podobać.

Myślę, że wszystkim kibicom wielkich klubów – ale przede wszystkim tym z Santiago Bernabeu – przydałby się duży dołek, podobny do tego, w jakim znaleźli się w jakiś czas temu w Manchesterze United. Dużych rozmiarów porażka z odwiecznym rywalem to za mało, więc może kilka lat bez europejskich pucharów albo – bardziej drastycznie – spadek z ligi? To nie dość, że oddzieliłoby ziarna od plew (prawdziwych kibiców od chorągiewek), to sprowadziłoby niektórych na ziemię. Nauczyłoby pokory, ukształtowało charakter. Nie sztuką jest bowiem przywdziewać koszulkę swojego klubu, zakładać szalik albo (wersja gimnazjalna) zgrywać kozaka na Facebooku, kiedy wszystko idzie dobrze. Są pieniądze, wypełniony po brzegi nowoczesny stadion, najlepsi zawodnicy na świecie w koszulkach ukochanego klubu…

Po pewnym czasie większość doceniłaby to, co miała jeszcze nie tak dawno. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie kto cię stracił – o tym już trzysta lat temu jak pisał Adam Mickiewicz. Uczucie gniewu i frustracji zastąpiłoby w końcu zadowolenie – przede wszystkim z powrotu do czasów, w których każdy gol sprawiał tyle radości, co na początku przygody z kibicowaniem. Zwykły gol z ligowym średniakiem byłby jak strzał w okienko w ostatniej minucie finału mistrzostw świata, a nie jak kolejna akcja do zobaczenia, odnotowania i zapomnienia. Każde kolejne spotkanie – meczem o życie.

Ma tylko cztery bramki w tym sezonie, ale należy mu się zdecydowanie większy szacunek.

O tym, że kibicowanie drużynie w dołku wiąże się z dużo większymi emocjami i adrenaliną, niż odfajkowywanie kolejnych zwycięstw nikogo przekonywać nie muszę. Któż z nas nie chciał – choćby na moment – być jednym z kilkudziesięciu tysięcy cegieł Żółtej Ściany w doliczonym czasie gry meczu Borussi Dortmund z Malagą albo wtedy, kiedy Lewandowski czwórką żegnał Real Madryt w półfinale Ligi Mistrzów? Mieć na sobie żółto-czarny szalik klubu, który jeszcze nie tak dawno plątał się na dole tabeli i stąpał do cienkiej linie między bankructwem, upadkiem i powolnym konaniem, a teraz awansował do finału Champions League? Marzenie dla każdego, kto ściskał kciuki za BVB także na dnie.

Piłka nożna uczy pokory – jest wiele piłkarskich porzekadeł, ale to zaliczam do jednego z najlepszych. Tej pokory na Santiago Bernabeu zdecydowanie brakuje, niezależnie od tego, czy Ronaldo jest dobrej formie czy też nie. Podświadomie chyba także każdemu z nich brak trochę radości z futbolu, którą kolejne sukcesy i trofea osłabiły. Być może stąd ta niesprawiedliwa, nieuczciwa, ale i niepohamowana frustracja?

Bartłomiej Stańdo