Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Rok po katastrofie. Jak radzi sobie Chapecoense?

Ostatnia dekada była niczym sen. Mały brazylijski klub z miasta Chapeco w stanie Santa Catarina – brazylijskiego odpowiednika Rzeszowa, Olsztyna lub Kielc – przebył szybką drogę z czwartoligowej otchłani do ekstraklasowego marzenia, które spełnił w 2013 roku. Ten sen został brutalnie przerwany gdzieś nad kolumbijską dżunglą. Niewielki samolot BAe 146 zniknął z radarów 32 km

Ostatnia dekada była niczym sen. Mały brazylijski klub z miasta Chapeco w stanie Santa Catarina – brazylijskiego odpowiednika Rzeszowa, Olsztyna lub Kielc – przebył szybką drogę z czwartoligowej otchłani do ekstraklasowego marzenia, które spełnił w 2013 roku. Ten sen został brutalnie przerwany gdzieś nad kolumbijską dżunglą. Niewielki samolot BAe 146 zniknął z radarów 32 km od lotniska w Medellin – mieście, w którym Chapecoense miało rozegrać mecz o pierwsze wielkie trofeum w historii klubu. Katastrofa lotnicza pochłonęła 71 ofiar.

– Nasz zespół przypomina mi Leicester. Drużyna z małego miasta, która zdobyła ważne trofeum, mistrzostwo stanu Santa Catarina. Gdybym umarł dzisiaj, umarłbym szczęśliwy – powiedział trener Caio Junior. Kilka dni później zginął w katastrofie wraz z niemal całym zespołem.

Pierwsze relacje z tego dramatycznego zdarzenia przekonywały, że powodem katastrofy był zbyt mały zapas paliwa. Osiem innych lotów było jednak zaopatrzonych w jego identyczną ilość, która dawała zapas niemal 45 kilometrów. Ostatecznie winą obarczono więc pilota i La Mia, czyli odpowiedzialną za lot firmę przewozową. Znalezienie winnych oczywiście nie przywróci życia tym, którzy w Kolumbii zginęli. Ostatnie tchnienie wydało 71 osób, w tym 19 piłkarzy wraz z działaczami, sztabem szkoleniowym, dziennikarzami z Chapeco oraz załogą samolotu. Przeżyło sześciu, w tym trzech zawodników. Jeden z nich wrócił do gry i przyczynił się do jednego z największych powrotów w historii futbolu. Powrotu klubu, który stanął w obliczu śmierci, ale nie poddał się i dziś godnie upamiętnia kilkadziesiąt ofiar katastrofy.

Świat pogrążony w żałobie

Medellin, miasto urodzenia Pablo Escobara, doskonale znane chociażby z serialu „Narcos” – to właśnie tam zmierzali zawodnicy Furacão do Oeste (Zachodniego Huraganu), jak nazywani są piłkarze Chapecoense. Stawką miał być tytuł Copa Sudamericana, o który mieli powalczyć z Atletico Nacional. Zapowiadany jako największy mecz w historii klubu nie obył się z powodu wielkiej tragedii, ale na stadion w Medellin i tak przybył komplet widzów. Na stadionie Atanasio Girardot nie było wolnego krzesełka, podobnie jak na Arena Conda w Brazylii, gdzie swoje mecze na co dzień rozgrywają Zieloni. Pełne trybuny czciły tym samym pamięć o zmarłych, nie zabrakło świec i zniczy.

– Modliłem się ciągle i ciągle. Robiłem to na głos. Kiedy zorientowałem się, że samolot się rozbije i będziemy uczestniczyć w katastrofie, powiedziałem: Jezu, czytałem w Biblii, że zrobiłeś tak wiele cudów. Proszę, bądź dla nas łaskawy, pomóż nam. Teraz ty jesteś pilotem tego samolotu – Neto, środkowy obrońca, który przeżył katastrofę i pomimo wielu operacji wciąż liczy na powrót do piłki.

Zewsząd płynęły głosy wsparcia i otuchy. Wiele klubów zadeklarowało pomoc i bezpłatne wypożyczenia zawodników, choć finansowo w pierwszych dniach pomogła tylko FC Barcelona. Kataloński klub przelał na konto klubu z Chapeco milion złotych i zaoferował udział w Pucharze Gampera, z którego dochód – wynoszący ok. 25 milionów złotych – przeznaczony został na wsparcie Chapeco. Również Atletico Nacional zapewniło Verdado (Wielkim Zielonym) spory zastrzyk gotówki, oddając walkowerem finał Copa Sudamericana. To zwycięstwo gwarantowało bowiem udział w Copa Libertadores, czyli rozgrywkach, które dają nie tylko prestiż, ale i odpowiedni zastrzyk gotówki.

Najgorsze, co mogliby zrobić pogrążeni w wielkiej żałobie ludzie związani z dotkniętym tragedią klubem, to się poddać i pozwolić, by pamięć o drużynie z roku na rok była coraz bardziej wyblakła. Tego na szczęście nie zrobiono, więc w pocie czoła i łzach w oczach postanowiono odbudowywać klub. Drużyny, które zaoferowały swoją pomoc w kompletowaniu kadry na nowo, nie wycofały się z tego pomysłu i wielu zawodników trafiło do Chapecoense w postaci darmowych wypożyczeń. Niektórym z tych piłkarzy w całości płacił klub macierzysty, a z kilkoma dogadano się co do pokrywania pensji w 50 procentach. Kadra przed nowym sezonem liczyła niemal 30 osób.

Przygotowanie kibiców do pogrzebu pilkarzy Chapecoense

Życie musi iść dalej

Trenerem został 50-letni Vagner Mancini, były szkoleniowiec Santosu, Atletico Paranaense, Botafogo czy Cruzeiro. Po raz pierwszy na plac gry skompletowana na nowo drużyna wyszła podczas towarzyskiego spotkania z Palmeiras, czyli ostatnim klubem, przeciwko którym zagrała większość ofiar. 90 minut meczu zeszło jednak na drugi plan. Przede wszystkim upamiętniano tych, którzy zginęli. Ważnym elementem było także wydarzenie, które miało miejsce przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Bramkarz Jackson Follmann przeżył kolumbijską katastrofę lotniczą jako jeden z trzech zawodników i przed meczem z Palmeiras odebrał puchar za zwycięstwo w Copa Sudamericana. Oczywiście w towarzystwie pozostałej dwójki, która przeżyła wypadek: Alana Ruschela i Neto. Ten pierwszy jako jedyny wrócił na plac gry, ten drugi liczy na to w przyszłości. Follmann między słupkami już w meczu ligowym nie stanie, bowiem w katastrofie stracił nogę.

– Przyszedł moment, w którym nic nie możesz zrobić. Nie możesz uciec, nie możesz płakać, nie możesz nikogo poprosić o pomoc. Jedyne, co możesz zrobić, to oddać się w ręce Boga. Z przodu samolotu ktoś zaczął krzyczeć. Wtedy to się stało, nie pamiętam niczego innego. Po jakimś czasie obudziłem się na ziemi, gdzieś między drzewami. Otworzyłem oczy i usłyszałem, jak ludzie cicho pojękiwali. Prosili o pomoc. Nie miałem wówczas pojęcia gdzie jestem, ani też tego, że rozbił się samolot – wspomina Follmann.

Do poważnej gry Chapecoense wróciło ósmego marca. Od razu na arenę międzynarodową, debiutując w Copa Libertadores. Zwycięstwo 2:1 na wyjeździe z wenezuelskim Zulia FC pozwoliło dopisać kolejny, piękny rozdział w historii klubu i jego odbudowy. Na uwagę zasługują przede wszystkim celebracje bramek.


Pierwszy mecz Chapecoense w Copa Libertadores

Istotna była połowa maja, gdzie rozegrano dwa ważne spotkania w przeciągu czterech dni. Najpierw, w czwartek 11 maja Chapecoense zmierzyło się w rewanżowym meczu Superpucharu Ameryki Południowej, czyli Recopa Sudamericana. Pierwsze starcie ze zwycięzcą Copa Libertadores, czyli dobrze znaną drużyną z Medellin, Atletico National – tą samą, która postanowiła oddać zwycięstwo pogrążonym w żałobie zawodnikom z Chapeco w finale kilka dni po tragedii – Zieloni wygrali 2:1. W rewanżu jednak lepsi okazali się gracze z miasta Escobara, którzy zwyciężyli 4:0.

W niedzielę zaś nastąpiła inauguracja nowego sezonu brazylijskiej ekstraklasy. Pierwszy mecz i od razu wielkie wyzwanie, bo naprzeciw stanął przyszły lider, a teraz już wiadomo, że mistrz całych rozgrywek – Corinthians. Niespodziewanie mecz zakończył się remisem, a bramki strzelali najlepsi w swoich drużynach: Jo dla gospodarzy i Wellington Paulista dla Chapecoense.

Wellington Paulista – najlepszy strzelec i kapitan drużyny – dedykuje kolejną bramkę zmarłym w katastrofie piłkarzom Chapecoense.

Następne trzy spotkania – z Palmeiras, Avai FC i Cruzeiro – udało się wygrać do zera, a drużyna, która jeszcze niedawno częściej wylewała łzy niż kopała piłkę, została niespodziewanym liderem rozgrywek. Pierwszej porażki piłkarze Manciniego doznali w piątek kolejce, ulegając w szalonym meczu na własnym boisku Gremio Porto Alegre 3:6. To zapoczątkowało spadek formy – w sześciu kolejnych spotkaniach kibice Zachodniego Huraganu świętowali tylko raz, po zwycięstwie 2:1 z Vasco da Gama. Pięć pozostałych meczów zakończyło się porażkami, w tym jedna z nich była dotkliwa – Flamengo rozgromiło Chapecoense 5:1.

Wielki sukces

Federacja brazylijska tuż po katastronie wnioskowała, by klub przez najbliższe trzy lata nie spadł z ligi nawet, jeśli zajmie miejsce oznaczające spadek. Na to nie zgodzili się działacze klubu, który uznali, że spróbują utrzymać się uczciwie i bez pomocy z zewnątrz. Nie obyło się bez zawirowań i problemów. Drużyna po inauguracji rundy jesiennej spadła na 17. miejsce, które oznaczało spadek. Po porażce z Flamengo u siebie (0:1) jeszcze 15 października byli pod kreską. Widmo spadku coraz głębiej sięgało w czerwone od łez oczy kibiców Chapeco. Od tego momentu jednak coś w drużynie drgnęło.

Dzień później zatrudniono nowego szkoleniowca, którym został 49-letni Gilson Kleina. Trenował m.in. Palmeiras i Avai FC, ale nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej. Najlepszą średnią punktów w karierze, jak się okazało, wykręcił właśnie w Chapecoense (1,86). Odkąd objął drużynę, ta nie przegrała ani jednego meczu ligowego. Cztery remisy i pięć zwycięstw zagwarantowały nie tylko upragnione utrzymanie, ale i udział w rozgrywkach międzynarodowych!

Chapecoense czeka mecz ostatniej kolejki sezonu Coritibą u siebie, która zaciekle broni się przed spadkiem. Przed ostatnią kolejką wyprzedza tylko o jedno oczko Sport Recive i Avai FC, ale w niedziele popołudnie 3 grudnia nie będzie jedyną drużyną, która o coś walczy. Zieloni do siódmego, gwarantującego udział w eliminacjach do Copa Libertadores miejsca tracą dwa punkty. Wyprzedza ich ósme Botafogo (jeden punkt straty), siódme Vasco Da Gama (jeden) oraz szóste Flamengo (jeden).

Być może po wielkiej euforii związanej z utrzymaniem nastąpi kolejna, celebrująca udział w południowoamerykańskich pucharach. I to tych najważniejszych, Copa Libertadores, bo miejsce w Copa Sudamericana piłkarze Gilsona Kleiny już sobie zagwarantowali. Głównie dzięki Wellingtonowi Paulista, który przybył z Fluminense. Napastnik został nowym kapitanem zespołu i jego najlepszym strzelcem – do spółki z Arthurem ma na koncie dziewięć bramek. Po osiem trafień ma lewy obrońca Reinaldo i chyba najbardziej znany zawodnik Chapeco, Tulio de Mello z przeszłością w LOSC Lille, US Palermo czy Realu Valladolid.

Rok po strasznej katastrofie świat nie zapomniał o brazylijskiej drużynie. Na miły gest zdobyli się ci, których w przeszłości dotknęła podobna tragedia. W 1949 roku na wzgórzu Superga w okolicach Turynu rozbił się samolot wracających z meczu z Lizbony piłkarzy Torino. Zginęło 18 z nich, nikt nie przeżył. Na rocznicę tragedii brazylijskiego Chapecoense były klub Kamila Glika postanowił wystąpić w zielonych koszulkach – takich, w jakich na co dzień grają piłkarze z Chapeco.

Mamy nadzieję, że pamięć o wyjątkowej drużynie nie zginie, a kultywować będą ją nowi piłkarze brazylijskiego klubu. Kolejna okazja do uczczenia tych tragicznych zdarzeń już w niedzielę. Ściskamy kciuki za to, by pogrążeni w żałobie piłkarze, działacze, trenerzy i kibice Chapecoense mogli zadedykować swym zmarłym przyjaciołom kolejny sukces.

Bartłomiej Stańdo