Rok bez reformy rozgrywek Ekstraklasy rokiem straconym? Kuriozalne zamiary…

Wszystko wskazuje na to, że czeka nas kolejna ingerencja w funkcjonowanie najwyższej klasy rozgrywkowej w polskiej piłce nożnej. Działacze od kilku lat prześcigają się w nowych pomysłach, które mają na celu… No właśnie, co dokładnie? Na pewno nie podniesienia poziomu, bo herbata nie robi się słodsza od mieszania...

Jak poinformowało Sport.pl, w środę w siedzibie Ekstraklasy doszło do spotkania przedstawicieli wszystkich klubów ligi. Jednym z kluczowych tematów dyskusji był system rozgrywek, w jakim przez kolejne sezony powinni rywalizować piłkarze. To następny rozdział poszukiwań optymalnego formatu ESA. 

Decyzja ma zapaść jesienią i obowiązywać od 2021 roku. Rozważa się powiększenie drużyn do 18, powrót do 30 kolejek i zniesienie grupy mistrzowskiej oraz spadkowej, a także kilka innych systemów…

Wyjaśnijmy sobie coś oczywistego: zwiększenie kolejek, liczby drużyn, podział punktów, strefa mistrzowska i spadkowa, bonusy za ładne buty i krótkie włosy… Można się bawić w przeróżne konfiguracje prostego systemu, jakim jest liga, ale to nie zrobi z Bartosza Śpiączki Roberta Lewandowskiego, a Tomasz Brzyski nie zacznie grać jak Roberto Carlos. Ustawą nie zniesie się ubóstwa i głodu, tak jak zamiana systemu rozgrywek prościej kopać piłki nie pomoże.

Zaszkodzić, a i owszem, może. Widać to było w poprzednich sezonach w wielu spotkaniach „o półtora punktu”, których widowiskowość i poziom emocji można było porównać do kołyszących się na delikatnym wietrze liści. Wielu lepiej się bawiło przy liczeniu samochodów za oknem albo baranków przed snem, bo od tego przynajmniej nie bolały oczy. Ameryki nie odkryjemy mówiąc, że mecze Ekstraklasy odbiegają od tych Realu Madryt z Paris Saint Germain. Tak, jak spotkania nie do końca zmotywowanych ekstraklasowiczów do tych, w których grają z pełnym zaangażowaniem.

O ile pierwszą zmianę i przerzucenie się na ESA37 z podziałem punktów można było zrozumieć i przetestować jako coś nowego, tak z każdą kolejną roszadą opakowanie z napisem „Ekstraklasa” robi się coraz bardziej zużyte i brzydkie. Postanowiono jednak, że od sezonu 19/20 ponownie będziemy grali inaczej niż dotychczas: z ekstraklasy spadną trzy drużyny. Do najwyższej ligi piłkarskiej w Polsce awansują bezpośrednio dwie z jej zaplecza, a zespoły z miejsc 3-6 rozegrają Play-Offy na wzór angielskiej Championship. Trzecia z szóstą i czwarta z piątą to dwa półfinały, finał wyłoni trzeci klub, który awansuje.

Przyznajmy, że cztery różne sposoby rozgrywania ligi w przeciągu siedmiu lat nie oznaczają na zewnątrz dobrej kondycji polskiej piłki klubowej, a raczej podają w wątpliwość zdrowie umysłowe władających tymi rozgrywkami.

Tutaj jednak też o ciągłości mowy być nie może. Stołek prezesa ligowej spółki to nie jest najpewniejsze miejsce pracy świata. Dlatego też zapewnienia o tym, że akurat ta piąta reforma – planowana od 2021 roku – jest długofalowa i będzie funkcjonować przez wiele, wiele lat odłożylibyśmy na półkę z napisem „kiełbasa wyb… piłkarska”.

Zmiana dla zmiany? Nie widzimy w tym większego sensu. ESA37, po modyfikacji i zniesieniu podziału punktów, wydaje się systemem wręcz skrojonym na nasze możliwości i klimat, zwiększa emocje, a przy tym jest sprawiedliwe. Kolejne grzebanie przy systemie i wiara, że to pozwoli naprawić polską piłkę to szukanie kwadratowych jaj.