Reportaż z pasją #1: Wisła – Legia

33 tysiące kibiców pokładało ogromne nadzieje w piłkarzach Białej Gwiazdy, którzy nie tylko mieli przełamać złą passę meczów z odwiecznym rywalem i po czterech latach pokonać Legię, ale i zagrać na nosie persona non grata przy Reymonta 22, Krzysztofowi Mączyńskiemu.

Kilka godzin przed meczem Warszawa spokojnie odliczała czas do pierwszego gwizdka sędziego, trochę obawiając się o rezultat starcia drużyn z dwóch polskich stolic: obecnej i tej dawnej. Spotkanego przed południem w jednej ze śródmiejskich kawiarni kibica rozpoznaliśmy po „eLce” wytatuowanej na bicepsie. – Normalnie byłbym pewny o wynik, ale ostatnio coś się popsuło. Szczególnie na wyjazdach, gdzie przegrywamy prawie wszystko (przed meczem z Wisłą legioniści wracali do stolicy bez punktów w pięciu na sześć spotkań w tym sezonie – przyp. red.), a na dodatek piłkarze będą musieli sobie radzić bez naszego dopingu. Słabo to wygląda, choć obstawiam 1:0 po golu „Mączyńskiego” – typował Marcin, fan stołecznego klubu.

Co ciekawe, zapytany później w Krakowie o przewidywania kibic Białej Gwiazdy powiedział, że bramkę… również zdobędzie Mączyński. – Śniło mi się to! 93. minuta spotkania, gola na wagę zwycięstwa strzela nasz stary-(nie)dobry znajomy. Tyle tylko, że znów dla Wisły! Życzę mu „swojaka”, chyba jak każdy z moich kolegów po szalu – stwierdził Maciek, zapytany na oddalonym niemal trzy kilometry od stadionu Starym Mieście. – Kilka razy grałem przeciw Wiśle jako piłkarz Górnika Zabrze, a że teraz przyjadę tam jako zawodnik Legii? To nie ma znaczenia – mówił przed meczem „Mąka”, ale wszyscy – z pewnością włącznie z nim samym – zdawali sobie sprawę, że miało to znaczenie ogromne. Fani nadal nie wybaczyli mu nie tylko transferu do stołecznego klubu, ale i niedotrzymanego słowa, że w drużynie „Wojskowych” nie zagra.

Podczas spotkania głośno swoją dezaprobatę dla postawy zawodnika demonstrował komplet zgromadzonych przy Reymonta kibiców. O randze tego pojedynku świadczy też to, że dotychczas tylko czterokrotnie udało się fanom Białej Gwiazdy zapełnić trybuny w tak okazałej liczbie. Bilety na Derby Polski, jak określano to starcie w stolicy Małopolski, rozeszły się już na trzy dni przed meczem. Dodatkowym impulsem był także świetny występ kilka dni wcześniej we Wrocławiu. Piłkarze Kiko Ramireza zwyciężyli pewnie z niedawnymi przyjaciółmi ze Śląska 2:0 po bramkach Imaza i niesamowitego Carlitosa.

*

Przy Reymonta meldujemy się niemal dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania. Chociaż nie ma kibiców gości, atmosfera wyczekiwania w niektórych miejscach jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Fani są żądni dwóch rzeczy: zgotowania piekła Mączyńskiemu oraz zwycięstwa ze znienawidzonym rywalem. Chociaż bilans meczów u siebie przed tym spotkaniem był zdecydowanie na korzyść Białej Gwiazdy (41 zwycięstw, 23 remisy i tylko 15 porażek), to ostatni raz zebrani na R22 kibice cieszyli się z pokonania odwiecznego wroga ponad cztery lata temu. Wówczas skończyło się wynikiem 1:0, a decydującą bramkę strzelił Paweł Brożek. Na kolejną wiktorię czekano jak na deszcz w terenach dotkniętych suszą.

Wbrew pozorom i ustawieniu z dwójką napastników Wisła gra dość defensywnie. Albo inaczej: lepiej czuje się, gdy grę prowadzi rywal. Legia ma natomiast w środku pola Jodłowca i Mączyńskiego, którzy na zbyt wiele pomocnikom gospodarzy nie pozwolą, zaś sami piłkarze trenera Jozaka grają na wyjeździe i będą raczej ostrożni. Boje się, że to mecz na bezbramkowy remis lub jednobramkowe zwycięstwo którejś z drużyn – powiedział nam na murawie przed meczem dziennikarz Canal+, Żelisław Żyżyński.

Aby lepiej poczuć atmosferę piłkarskiego święta, niemal całą pierwszą część gry oglądamy pod trybuną C, gdzie zasiadają najzagorzalsi członkowie Armii Białej Gwiazdy. Fani, którzy przed spotkaniem zaprezentowali efektowną oprawę, równie dobrze radzili sobie z głośnym dopingiem. Czuliśmy na plecach potęgę głosu wiślackich gardeł, którego częstotliwość sięgała ponad stu decybeli (przeprowadzono w tym celu specjalne badania, a wyniki opublikowano w przerwie na telebimach). Nie obyło się bez lżenia byłego zawodnika, o którym tyle mówiło się przed spotkaniem. Wyzwiska te przerywają jednak rzeczy bardziej przyjemne. Jak na przykład oklaski dla Kuby Błaszczykowskiego, który ufundował na to spotkanie aż czterysta biletów.


Od początku optyczną przewagę ma Wisła, ale groźniejsze sytuacje stwarza Legia. To goście obejmują prowadzenie, a ku niezadowoleniu kibiców swój udział przy bramce ma Mączyński. – Nie należał nam się remis do przerwy – mówi jeden z kibiców w Strefie Max-Fliz VIP Gold, w której zasiadaliśmy przed meczem i w której kończymy oglądać pierwszą połowę. Biznesmen z okolic Gliwic opowiada nam nie tylko o tym, jak ocenia wydarzenia boiskowe. – Jestem w wiślackim Klubie Biznesu, choć jest to bardziej „chciejstwo” niż biznes. Nie przekłada się to na mój zysk finansowy, bo nie robimy zbyt wielu interesów w okolicach Krakowa. Natomiast ja sam pochodzę z Olkusza, czyli terenów Białej Gwiazdy. Kibicuję Wiśle, dlatego wspieram swój klub finansowo – tłumaczy i ściska kciuki za to, by, w drugiej połowie futbolówka zatrzepotała we właściwej już siatce. W przerwie spotkania udajemy się do Loży Prezydenckiej, w której szlagier tej kolejki ekstraklasy obserwowało wielu znamienitych gości, w tym m. in. sztab szkoleniowy reprezentacji Polski.


Druga część gry to zrywy Carlitosa, kontuzja Pawła Brożka i kontrowersja z rzutem karnym, którą rozstrzygnął system VAR.  Wisła atakowała do końca, ale w tych akcjach ofensywnych brakowało dokładności, ostatniego podania lub – jak w przypadku najlepszego z wiślaków w ten niedzielny wieczór, Carlosa Lopeza – skutecznego wykończenia. Hiszpan miał doskonałą sytuację, by zdobyć upragnioną bramkę. To jednak nie nastąpiło, a sam wynik nie uległ już zmianie.

*

Mariusz Jop, były piłkarz Wisły: – Emocji w tym meczu nie brakowało, ale do jakości piłkarskiej można byłoby już się trochę przyczepić. Na pewno swoje zrobiła presja, która spoczywała na piłkarzach Wisły, a z którą świetnie poradził dziś sobie Mączyński.

Bogdan Zając, asystent selekcjonera reprezentacji Polski i były piłkarz Wisły: – „Mączka” był dziś najlepszy na placu. Gdyby Wisła nadal miała go w składzie i dołożyłaby do tego Michała Pazdana, zostałaby mistrzem Polski. Mecz był bardzo wyrównany. Legia miała swój plan i skutecznie go zrealizowała.

Jacek Zieliński, były trener Lecha Poznań i Cracovii: – W porównaniu do meczu ze Śląskiem Wisła zagrała dużo słabiej, ale pojawia się pytanie: na ile gospodarzom pozwoliła dziś Legia? Piłkarze ze stolicy zagrali bardzo dobrze. W pierwszej połowie nie dali wiślakom „zrobić sztycha”. W drugiej trochę się cofnęli i Biała Gwiazda doszła do głosu, ale miała za mało atutów z przodu.

Stanisław Wachowski,  były akcjonariusz Telefoniki: – Mam wątpliwości, czy w drużynie jest dobra atmosfera, bo mamy kilku Polaków i aż dziewięciu Hiszpanów, którzy chyba nie do końca wiedzieli, jak ważny to był mecz. Poza tym: rezerwowi? Co zmiana, to gorsza! Tak się nie da skutecznie gonić wyniku.

Kiko Ramirez: – Wyrównany mecz, nie mieliśmy szczęścia. Martwi mnie system VAR – to nie jest futbol, jaki znam. Zabija on spontaniczność tej dyscypliny. Nie bądźmy tak ostrzy w ocenie rezerwowych. Młodym chłopakom, którzy weszli nie udało się zmienić wyniku, ale na pewno chcieli to zrobić i dali z siebie wszystko.

Romeo Jozak: – Jestem bardzo szczęśliwy, bo wygraliśmy na trudnym terenie. Przygotowaliśmy się do tego spotkania pod względem psychologicznym i to był dobry ruch, bo kibice stworzyli dziś gorącą atmosferę. Bardzo głośno dopingowali gospodarzy. Tym większe gratulacje do moich zawodników, którzy to wytrzymali i przywiozą do Warszawy trzy punkty. Na jakim etapie jesteśmy? W skali 1-10 oceniam Legię na sześć i pół, choć nie tak dawno dużo nam do takiej oceny brakowało.

Maciej Sadlok: – Zabrakło nam szczęścia, bo mogliśmy pokusić się o remis. Do zwycięstwa jednak potrzeba było jednak więcej jakości i spokoju w niektórych sytuacjach. Szkoda podwójnie, bo ten mecz był dla Krakowa świętem.

Krzysztof Mączyński z dziennikarzami w mix-zonie nie chciał rozmawiać. Michał Pazdan zapytał żartobliwie, czy pomocnik reprezentacji nie potrzebuje ochrony. Ta była zbędna, bowiem „Mąka” tylko pokręcił na pytania dziennikarzy głową i poszedł do autokaru.

Michał Pazdan: „Mączka” był przygotowany na to, co go czeka, dlatego tak dobrze sobie poradził z presją trybun. Dobrze zaczęliśmy, później kontrolowaliśmy mecz, ale powinniśmy dołożyć do tego jeszcze więcej spokoju.

Arkadiusz Głowacki: – Mecz trwa 90 minut, więc nie możemy zrzucać wszystkiego na jeden błąd. Kilka sytuacji stworzyliśmy, ale to nie wystarczyło. Jestem zły, że nie zadowoliliśmy kibiców, że nie daliśmy im zwycięstwa. To jest najsmutniejsze. 

*

Kiedy, jak nie teraz? – pytali przed spotkaniem fani Białej Gwiazdy. Na Reymonta przyjeżdżał mistrz Polski, który w ostatniej kolejce co prawda wygrał, ale nie wyglądał na zespół, który wygrzebał się z dołka i zdążył otrząsnąć. Zrobił to jednak na stadionie Wisły. Gospodarze bili głową w mur, ich jedynym pomysłem było kierowanie piłek do Carlitosa, który dwoił się i troił, ale umiejętności skutecznej bilokacji jeszcze nikt w piłce nożnej nie posiadł. W dodatku napastnik zmarnował sytuację, która mogła dać wiślakom remis.

Niemal identyczną szansę, w tej samej części pola karnego, wykorzystał w 1 połowie ostatnio bardzo niebezpieczny, Jarosław Niezgoda. Pochwalić należy też Jodłowca i Pazdana, który – z wyjątkiem „obcięcia się” przy „setce” Carlitosa – zagrał bezbłędnie. Swoje zrobił Arkadiusz Malarz, zachowując czyste konto i popisując się niejedną genialną interwencją.

Na zwycięstwo z odwiecznym rywalem kibice Wisły muszą jeszcze poczekać. Minimalnie, ale zasłużenie górą Mączyński i Legia, która – w przypadku porażki – mogła jutro uplasować się w strefie spadkowej. Zamiast tego traci punkt do lidera. Ot, ekstraklasa.

Foto A.Koprowski/B.Stańdo

Komentarze