Remis Arki Gdynia z Wisłą Płock, porażka Białej Gwiazdy

Mimo że do końca 3. kolejki Ekstraklasy zostało jeszcze jedno spotkanie, poniedziałkowe południe to dobry moment, by móc podsumować wszystko to, co działo się na krajowych boiskach. A że działo się sporo to nie trzeba nikogo przekonywać. W piątek ponownie zaczęliśmy przyglądać się temu, co dzieje się w bezsprzecznie najlepszej lidze świata.

I zaczęliśmy…. od naprawdę “mocnego uderzenia”, czyli spotkania Termaliki z Zagłębiem. Matko jedyna, jakie nudy. Znowu 0:0 do przerwy i w czasie spotkania zdążyliśmy ustalić co będziemy robić w przerwie świąteczno-noworocznej, gdzie pojedziemy na wakacje za trzy lata i wybraliśmy działkę pod mieszkanie, które planujemy kupić w przyszłości. Generalnie nie działo się zbyt wiele, a jedynym pozytywem z tego spotkania są aż dwie bramki, przy czym “aż” to naprawdę jest “AŻ”. 1:1 to wynik sprawiedliwy, choć chyba jednak goście z Lubina bardziej mogą sobie pluć w brodę po tym meczu.

 

Później natomiast byliśmy naprawdę zdumieni tym, jakie widowisko stworzył Śląsk i Lechia. Po pierwszej połowie było 2:0 dla gospodarzy i wydawało nam się po trzech kwadransach, że to może skończyć się jakimś pogromem, o którym we Wrocławiu będą opowiadali przez kilka lat. Za sprawą dwóch trafień Marco Paixao gdańszczanie wyrównali, ale na nic więcej nie było ich stać. Po fatalnym błędzie Dusana Kuciaka przy wyjściu do piłki wrzuconej w pole karne po rzucie rożnym gola zdobył Piotr Celeban i Śląsk ostatecznie wygrał. A Lechia? To była długa podróż do domu. Bardzo długa podroż…

 

W końcu swoje spotkanie wygrała Legia, choć trzeba przyznać szczerze, że mistrzowie Polski zaprezentowali się bardzo przeciętnie na tle beniaminka z Nowego Sącza. Już w pierwszej połowie Sandecja grała o jednego piłkarza mniej, a mimo tego Wojskowi nie byli w stanie w pełni przejąć kontroli nad tym spotkaniem. To wynik idzie w świat, więc nie zamierzamy Legii rozliczać za grę, ale przed rewanżowym spotkaniem z FK Astana Jacek Magiera ma na pewno spory ból głowy. Nie tak to powinno wyglądać.

Chcielibyśmy napisać, że Górnik Zabrze podejmował na swoim boisku Wisłę Kraków, ale gospodarzem w tym meczu był… Angulo. Dlaczego?

Angulo pierwszy raz Wisłę ukąsił w 38. minucie gry. Było 1:0, a trzeba przyznać, że do tamtego momentu gra gości nie wyglądała źle. Tuż po zmianie stron wyrównał Rafał Buguski, ale do głosu znowu doszedł Górnik, a żeby być bardziej precezyjnym, do głosu ponownie doszedł Angulo, który najpierw w 52. minucie wysunął zabrzan na prowadzenie, by 120 sekund później strzelić na 3:1. Wisła próbowała, starała się, walczyła co sił w nogach, ale stać ją było tylko na trafienie kontaktowe, którego autorem w 87. minucie był Jakub Bartosz. Trzy punkty zostały w Zabrzu, a Wisła przegrała w tym sezonie po raz pierwszy.

Tak wyglądało to spotkanie, a na pocieszenie dla Wisły można dodać, że Biała Gwiazda nie grała źle i że naprzeciw drugiego takiego piłkarza jak Angulo prawdopodobnie już krakowska defensywa nie będzie musiała grać.

 

Wczoraj pisaliśmy o meczu Arki z Wisłą tuż po jego zakończeniu.

Arka zapowiadała pójście za ciosem po czwartkowym zwycięstwie w meczu eliminacji Ligi Europejskiej, Wisła – po wygranej w ostatniej kolejce z Lechem na własnym boisku. I mimo, że wynik został otwarty bardzo szybko po rozpoczęciu spotkania, koniec końców obie drużyny podzieliły się punktami. I trzeba przyznać, że jest to sprawiedliwy rezultat, mimo że lepsze „wrażenia artystyczne” pozostawili po sobie miejscowi.

Nic więcej byśmy nie dodali poza tym, że Arka osiągnęła to, co sobie przed tym meczem zakładała – dała kilku graczom odpocząć, nie zagrała na 100% swoich możliwości, a nie przegrała meczu, co w końcówce poprzedniego sezonu nie było regułą. Dziś wygląda to obiecująco, choć czekamy na spotkanie rewanżowe w eliminacjach do Ligi Europy.

Jagiellonia Białystok wygrała rzutem na taśmę z Pogonią Szczecin po fatalnym błędzie w końcówce Jarosława Fojuta. Sami nie wiemy jak te zagranie skomentować. W ostatnim niedzielnym meczu Lech pewnie zwyciężył z Piastem 5:1 i wydaje się, że w końcu Kolejorz wskoczył na właściwe tory. Po porażce i remisie przeszło zwycięstwo, co z pewnością bardzo ucieszyło Nenada Bjelice, który chwalił swoich piłkarz za ten mecz.

– Początek był ciężki w naszym wykonaniu. Nie graliśmy tak jak chcieliśmy, ale po pierwszej połowie prowadziliśmy 2:0. Najważniejsze, że stanęliśmy na wysokości zadania. Byliśmy bardzo skuteczni. W drugiej połowie ta skuteczność była mniejsza, ale i tak bramki padały. Rosła nasza pewność siebie. Pokazaliśmy, że potrafimy sobie stworzyć sytuacje, wykończyć ją. Przeprowadziliśmy super akcje, zdobyliśmy ładne bramki. Teraz czekamy na kolejne mecze – wtórował swojemu trenerowi Maciej Makuszewski.

Dziś Korona Kielce podejmie Cracovię. LV BET przygotował specjalne kursy na to spotkanie. Pełna oferta znajduje się TUTAJ.

Komentarze