Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Przestańcie się pieścić z piłkarzami. To reprezentacja, nie sanatorium!

25 tysięcy ludzi zapłaciło za drogie bilety, by zobaczyć coś, czego odzobaczyć się nie da. I tu naprawdę nie chodzi o to, że Milik nie trafił w bramkę, że Linetty źle podał, a Reca źle dośrodkował. Mają prawo się mylić, ale nie mają prawa odpuszczać. Całe wydarzenie „mecz z Irlandią” można nazwać jednym, wielkim oszczędzaniem sił. Jakby to nie była reprezentacja, a wieczorek zapoznawczy w Ciechocinku.

Można mieć ogromne i zasłużone do pretensje do piłkarzy, którzy wybiegli na murawę stadionu we Wrocławiu. Nie dali z siebie wszystkiego – to oczywiste, choć będą zaprzeczać, bo „każdy piłkarz zawsze chce wygrać”. Jasne, że chcieli wygrać. Jasne, że chcieli pokazać dobry futbol. Ale czy zrobili wszystko, by osiągnąć? Czy może chcieli to zrobić najmniejszym nakładem sił?

Przykład idzie z góry. Na mecz reprezentacji Polski – najważniejszej drużyny ze wszystkich! – postanowiono oszczędzać Roberta Lewandowskiego czy Bartłomieja Bereszyńskiego. Jakby to były wczasy all inclusive na Krecie, a nie zgrupowanie drużyny narodowej.

Dochodzimy do bardzo niebezpiecznego punktu, w którym mecze reprezentacji nie są przez piłkarzy traktowane priorytetowo. Gdzieś można sobie wsadzić wypowiedzi o dumie, honorze, prestiżu związanym z grą w koszulce z orzełkiem na piersi, gdy mecz reprezentacji Polski – nieważne, czy na mundialu, Euro, sparingu, Lidze Narodów, Miast czy Wsi – zostaje potraktowany jak okazja do odpoczynku.

Przed meczem dziwiono się, że nie wyprzedano całego stadionu we Wrocławiu, a zaledwie – biorąc pod uwagę niedawne zainteresowanie kadrą – 25 tysięcy abonentów. Po meczu brzmi to komicznie, bo na spotkanie (starciem tego nie nazwiemy) z Irlandią przyszło AŻ trzydzieści tysięcy ludzi. I tym ludziom należały się duży szacunek i jeśli nie słowo „przepraszam”, to przynajmniej „dziękuję”.

Nie odwdzięczyli się piłkarze. Jak pisaliśmy we wstępie: naprawdę nie chodzi o jakość gry, a o poziom zaangażowania. Irlandczycy w pierwszej części gry potrafili wymienić jakieś bambilion podań między stoperami, a nikt z biało-czerwonych nie pofatygował się, by założyć pressing, przeszkodzić, odebrać piłkę, powalczyć.

Strzelamy, że piłkarzy z ubrudzonymi koszulkami można byłoby policzyć na palcach jednej ręki.

Nie zadziałał hymn państwowy przed meczem, ale już odpoczynek dla Lewandowskiego czy Bereszyńskiego – jak najbardziej. „Skoro oni odpoczywają, to dlaczego my musimy wypruć flaki na bosku?” – tak wyglądały myśli przelane w czyny wielu kadrowiczów. Zawiedli nas ci, od których wymagaliśmy najwięcej, bo już w tej kadrze występowali.

Niektórzy, zwłaszcza debiutanci, chcieli – problem polegał na tym, że w kilku wypadkach nie potrafili. Ożywienie wniósł Klich, który wyrównał stan meczu, dobrze uderzył w końcówce, krótko mówiąc: pokazał, że chce wrócić do reprezentacji na dobre. Ta końcówka nie może jednak zamazać 85 minut beznadziei całej drużyny. I to nie tylko sportowej, ale też mentalnej. Wyglądało to tak, jakby na występie zależało rezerwowym rezerwowych.

Szkoda. To tylko mecz towarzyski? Nie, to aż mecz reprezentacji Polski. Przestańmy się cackać, chuchać i dmuchać na zawodników w meczach kadry. To drużyna narodowa jest najważniejsza i warto zdecydowanie postawić sprawę.

Fajnie, że strzelasz w Bayernie. Dobrze, że grasz w Sampdorii. Ale jeśli potrzebujesz odpoczynku, choć ledwo się zaczął sezon – zrób to z Freiburgiem, SPAL czy Sassuolo. Chyba, że biel i czerwień znaczy dla ciebie mniej, niż „mia san mia” i „mamma mia”.