Przestaliśmy wierzyć w Glika, a on… właśnie robi nas w trąbę!

Już wszyscy załamaliśmy ręce. Już zastanawialiśmy się, kto ewentualnie mógłby go zastąpić i rozpaczaliśmy nad ostatecznym kształem reprezentacyjnej obrony. Zapomnieliśmy jednak o tym, że Kamil Glik jest gościem ulepionym z zupełnie innej gliny niż przeciętny śmiertelnik.

Mówiło się o konieczności operacji i przynajmniej sześciu tygodniach przerwy. Cuda się zdarzają, ale zdaje się, że już chyba nawet sam selekcjoner przestał modlić się o zdrowie naszego obrońcy. Naród zwątpił, a Kamil robił swoje. Wczoraj pierwszy raz poprowadził samochód. Dzisiaj – co widać na poniższym filmie – porusza ręką właściwie bez ogromnego wysiłku. Czy tak wygląda facet, który ma zamiar odpuścić najważniejszą imprezę w swojej karierze?

Serce rośnie, a my – tak jak i chyba wszyscy, którzy Kamila definitywnie skreślili – teraz uderzają się w pierś. Nawet jeśli ostatecznie się nie uda, chociaż… dlaczego miałoby się nie udać, skoro tydzień przed pierwszym meczem wygląda to tak obiecująco? Jeśli tempo dochodzenia do siebie zostanie podtrzymane (naszym zdaniem jeszcze przyśpieszy), to Glik wybiegnie w podstawowym składzie na Senegal. Wiele rozstrzygnie się jutro, podczas konsultacji medycznej we Francji.

Zapomnieliśmy, że Kamil to jedyny piłkarz świata, który w tydzień rozbiegałby zerwane więzadła. Kontuzji mięśnia trójgłowego nawet by nie zauważył, a o rozbitym łuku brwiowym dowiedziałby się dopiero po zauważeniu plam krwi na koszulce. Prawdopodobnie – jako jedyny obok karaluchów – przetrwałby też atak jądrowy.

Kamil, powodzenia i wybacz, że zwątpliliśmy.