Probierz masakruje polskich kibiców. Mocno przesadził…

Michała Probierza można lubić lub nie, ale jego obecność na pewno dodaje sporo kolorytu w naszej lidze. Raz rzuci fraszką w stronę Bogusława Cupiała, innym razem przyjdzie na konferencję prasową z doniczką, a choćby przed meczem z Piastem Gliwice odpędzał klątwę, jaka miała dotknąć jego drużynę. Z wypowiedzią o polskich kibicach jednak przeholował. 

Przed prowadzoną przez Michała Probierza drużyną „Pasów” mecz z byłym klubem szkoleniowca i wiceprezesa Cracovii, Jagiellonią Białystok. Patrząc na karnetowy rekord Wisły Kraków w historii klubu lokalny rywal również postanowił dokręcić śrubę w temacie frekwencji. Probierz zachęca fanów do przyjścia na stadion przy ul. Kałuży przez Twittera, a teraz dorzucił trzy grosze na konferencji prasowej. Trafił jednak kulą w płot.

– Jesteśmy narodem, który nie interesuje się piłką. Tylko gadamy, ale jak trzeba iść na stadion, zapłacić 20 zł i nawet powyzywać – to nam się nie chce – powiedział na konferencji prasowej. 

Nie ukrywamy, że głosy negujące zainteresowanie polskim futbolem przez tych, którzy tę dyscyplinę w naszym kraju tworzą są dla nas nieco absurdalne. Zapala nam się czerwona lampka, gdy pojawiają się dyskusje w internecie i nie tylko, w których narzeka się na polskich kibiców. To, że pod ostrzałem są race, oprawy, dym, przyśpiewki z nieparlamentarnymi słowami jest standardem, powtarza się to od lat. Innym razem problemem jest frekwencja, a jak już ktoś na stadion przyjdzie – to źle reaguje na wydarzenia boiskowe.

Bo w Anglii to tak pięknie dopingują. Jak jest wślizg – nagradzany jest brawami. Jak ktoś wróci sprintem przez całe boisko, dostanie w zamian wrzawę. Strzał minimalnie niecelny? „Aaaaa” i „ooooo”. Jedno, wielkie westchnięcie. Wzór dopingowania? Coś, co realnie pomaga piłkarzom występującym na murawie? Być może. Ale nie do przeniesienia na polskie warunki. Stadiony zamieniłyby się w sypialnie.

Jeśli polscy kibice chcieliby reagować na wydarzenia boiskowe, zamiast wyprasować koszulkę, powiesić na szyi szalik i schować bilet na mecz do kieszeni, przygotowania do spotkania musieliby zacząć od zabrania poduszki i kocyka. Tempo w Anglii pozwala meczem żyć. Tempo w Polsce mogłoby niejednego uśpić.

Dziesiąte niecelne podanie na pięć metrów, dwudziesta strata, trzydzieste dośrodkowanie do nikogo, czterdzieste wybicie piłki w trybuny? To dramat, ale najgorsze jest wznawianie gry. Piłkarze w Ekstraklasie zabierają się do tego „jak pies do jeża”. Ociężale, powoli, ślamazarnie. Kradzież czasu w ten sposób jest automatyczne. Tak, jak ziewanie w tym momencie wszystkich kibiców.

Jak to sprawdzić? Wszyscy, którzy oglądali kiedykolwiek nagrany na dekoderze mecz polskiej i zagranicznej ligi wiedzą, o czym piszemy. Mecz polskiej ekstraklasy da się „zrobić” w 45 minut, a ligi angielskiej – minimum godzinę. Potwierdziły to niedawno badania CIES Football Observatory, który wyliczył, że na 37 najlepszych lig w Europie polska Ekstraklasa znalazła się niemal na szarym końcu (32. lokata).

Ile jest piłki w piłce? Zaledwie 53,6% – tak wygląda efektywny czas gry w polskiej lidze. Ponadto gdy już gra się toczy, to zwykle też – delikatnie mówiąc – nie jest zbyt efektywna.

Nie piszemy tego, by na Ekstraklasę narzekać czy próbować ją obrzydzić. Pamiętajmy jednak o tym, zanim do kogokolwiek będziemy mieć pretensje o to, że nie chce śledzić (piłkarskiego piekiełka w Polsce na żywo i za to płacić.

Może zamiast tego mocniej doceniajmy tych, którym chce się te widowiska nie tylko oglądać, uszczuplając tym samym swój portfel. Nawet, gdy śpiewają swoje i nie reagują na wydarzenia boiskowe. To nie góra ma przyjść do Mahometa, tylko Mahomet do góry.

Oczywiście, że idealnie byłoby, gdyby na mecze Ekstraklasy ludzie pchali się drzwiami i oknami, a później dostosowywali swój doping do sytuacji na boisku. Za brak tego stanu rzeczy najłatwiej zrzucić winę na kibica. Traktować go jako gościa, który dużo gada i mało robi. No i biedaka, bo nie chce dać 20 złotych na wielkie, ekstraklasowe show. Trudniej sprawić, by było na co zwracać uwagę, na co reagować i na co przychodzić…