Marcin Lijewski: Praca trenera reprezentacji byłaby wisienką na torcie

W sezonie 2017/2018 Marcin Lijewski samodzielnie poprowadzi zespół Wybrzeża Gdańsk w rozgrywkach PGNiG Superligi. Dla jednego z najbardziej utytułowanych polskich szczypiornistów w historii jest to kolejny krok w karierze szkoleniowej. Póki co popularny Szeryf podzielił się z nami przemyśleniami o obecnej kondycji polskiej piłki ręcznej, reformie rozgrywek krajowej elity oraz ambicjach, które sięgają objęcia posady selekcjonera reprezentacji. Zapraszamy!

W nowym sezonie samodzielnie poprowadzisz zespół Wybrzeża Gdańsk. Kolejny krok w trenerskiej karierze ?

Marcin Lijewski: Krok milowy (śmiech). Na pewno jest to jakiś przełom w moim życiu i bardzo cieszę się, że mogę to robić u nas, w Gdańsku. Zdawałem sobie sprawę, że o ile jako zawodnik mam nazwisko uznane, jako trener póki co znaczę niewiele. Jeżeli chcę się rozwijać i dalej iść tą drogą muszę prowadzić zespół samemu. Miałem kilka propozycji w tym roku, z jednym klubem byłem już praktycznie dogadany, praktycznie brakowało tylko podpisu. Chcąc być w porządku względem mojego przyjaciela Damiana Wleklaka, a także wobec klubu i siebie też, powiedziałem o sytuacji, o tym, że chcę odejść, żeby się rozwijać. Wówczas Damian zaproponował, żebym jednak pozostał. Sam zajmuje się trenerką od 6-7 lat i jest już nieco zmęczony. Poza tym mamy w klubie niedobory na innych stanowiskach, więc zrobiliśmy taką małą reorganizację. Damian będzie zajmował się sprawami organizacyjnymi, współpracą ze sponsorami. Zostanie managerem Wybrzeża i uważam, że to bardzo dobrze dla klubu, bo jest osobą bardzo zaangażowaną i jeśli coś już robi, robi to całym sobą. Oczywiście wciąż będzie mi pomagał przy drużynie, ale w większym zakresie poświęci się swojej nowej roli w klubie.

Czyli wasz duet…

ML: Duet pozostaje bez zmian!

Miałem na myśli to, że wcześniej wspólnie z Damianem prowadziliście także kadrę B. Jak wyglądało wasze rozstanie z ZPRP? Umowa wygasła?

ML: Nie… Ówczesny trener kadry Talant Dujszebajew stwierdził, że chce mieć na tym stanowisku swojego człowieka. Ta drużyna to takie bezpośrednie zaplecze pierwszej reprezentacji. My jego ludźmi nie byliśmy…

Chyba jednak swoją robotę wykonaliście dobrze, skoro w kadrze powołanej przez nowego selekcjonera, Piotra Przybeckiego, w tym pierwszym zespole znalazło się mnóstwo zawodników, z którymi wy wcześniej pracowaliście na tym zapleczu właśnie.

ML: Oczywiście mieliśmy wytyczne ze Związku, mieliśmy powoływać chłopaków młodych, perspektywicznych. Nie było presji wyniku, chodziło o ciężką pracę i ogrywanie ich. Cieszę się, że Piotrek poszedł właśnie tą drogą, nie próbował za wszelką siłę zatrzymać starej gwardii. Liga, reprezentacja, Liga Mistrzów, Igrzyska, wszelkie kwalifikacje – chłopacy byli normalnie zmęczeni. Te pierwsze porażki w ostatnich eliminacjach to było typowe zmęczenie materiału. Piotrek poszedł inną drogą, zainwestował w młodość i zrobił to, czego nie zrobili jego poprzednicy. Przez nich jesteśmy teraz w czarnej…, wiadomo gdzie jesteśmy…

Ja w każdym razie jestem bardzo dumny z tych chłopaków, chociaż zdaję sobie sprawę, że takich rzeczy, jak doświadczenie czy boiskowe cwaniactwo jeszcze im brakuje. Tutaj potrzebne są godziny spędzone w hali i na parkiecie w meczach międzypaństwowych, a być może niejedna łza przelana w przypadku porażki. Jednak przy ciężkiej, intensywnej pracy za rok, za dwa lata będziemy mieli z nich dużo pociechy.

Piotr Przybecki jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu?

ML: Tak, jak najbardziej. Piotrek jest przedstawicielem nowej fali, trenerów młodych, głodnych, z zupełnie innym podejściem niż to było do tej pory. Znam go osobiście, uważam go za bardzo porządnego, inteligentnego człowieka i jestem pewny, że wykona dobra robotę.

Jego pierwsze powołania to był szok dla mniej zainteresowanych piłką ręczną kibiców w naszym kraju, ale to chłopacy, którzy byli do tego przygotowywani już od dłuższego czasu. Większość z nich grała w SMSach.

ML: Po to właśnie są te SMSy, po to są łożone środki ministerialne i związkowe, żeby ci chłopcy, którzy są selekcjonowani, dobierani i intensywnie szkoleni, w przyszłości stanowili trzon reprezentacji. Sądzę, że tych SMSów powinno być więcej, co najmniej cztery, po jednym w każdej ćwiartce Polski (w tej chwili są dwa – przyp. MF). Nie jest to łatwe, ale mam nadzieję, że wzorem Francuzów, Duńczyków czy innych nacji wiodących prym w piłce ręcznej kiedyś do tego dojdzie. W młodzież trzeba inwestować.

Mówisz, że chłopakom brakuje doświadczenia i cwaniactwa. Myślisz, że to tylko kwestia ogrania, czy ci zawodnicy to jednak nie ten rozmiar kapelusza co zespół w którym występowałeś ty, który otworzył nowy rozdział w historii polskiej piłki ręcznej?

ML: Z tamta drużyną było trochę inaczej. Ja wyjechałem z Polski do Niemiec w wieku 24 lat i tam tak naprawdę dopiero nauczyłem się grać w piłkę ręczną. Tutaj sobie grałem, wydawało mi się, że jestem dobry, jednak dopiero wyjazd pokazał mi w jakim jestem miejscu. I tam przez kontakt z najlepszymi nabiera się tych najważniejszych cech, nie tylko sportowych, ale i wolicjonalnych. Tam nauczyłem się profesjonalizmu, tego jak zawodnik powinien się prowadzić, żeby być w najwyższej formie fizycznej. Równocześnie do Bundesligi poszedł Grzegorz Tkaczyk i inni. Trzon zespołu Bogdana Wenty stanowili zawodnicy uznani w Europie, a uzupełnieniem byli zawodnicy z polskiej ligi. W tej chwili sprawa wygląda zupełnie inaczej. Życzę tym chłopakom, którzy teraz grają w kadrze, żeby jak najszybciej łapali doświadczenie międzynarodowe, podpisywali zagraniczne kontrakty. Żeby co tydzień mierzyli się z najlepszymi.

Siłą waszej drużyny było rozegranie, wielu zawodników na światowym poziomie. Teraz ta kadra będzie zmuszona grać inaczej i to już było widać w pierwszych meczach kadry Piotra Przybeckiego.

ML: Siłą naszej kadry rzeczywiście była druga linia, ale mieliśmy tam Karola Bieleckiego, Michała Jureckiego, Grzesia Tkaczyka, grałem ja i mój brat, dodatkowo Damian Wleklak, Mariusz Jurkiewicz  i kilku innych. Przy takim bogactwie wiadomo było, że oprzemy taktykę na rozegraniu. W myśl zasady: jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma, obecna kadra będzie musiała wykreować nowych liderów.

Te dwa ostatnie mecze eliminacyjne, remis z Serbią i wygrana „jedną bramką na luzie” z Rumunią, czyli tak trochę po staremu, to światełko w tunelu dla tego zespołu?

ML: Światełko w tunelu to chyba za mało powiedziane, ja uważam, że to wręcz taki halogen, który świeci. Proszę spojrzeć na te poprzednie mecze kwalifikacyjne. Sromotna porażka u siebie z Serbią. Nie przypominam sobie takiej przegranej, oczywiście porażki się zdarzały, ale zawsze po walce i ciężkich bojach, natomiast tu nie było na co patrzeć. Tak samo katastrofa w Rumunii. Dwumecz z Białorusią i jeden punkt to troszeczkę za mało. No i nagle zmienia się trener, człowiek patrzy na listę powołania i jest takie „uuuuuuuuuu, nie ma tego, nie ma tego, nie ma tamtego, nie ma tych…Kim on będzie grał?” Tym czasem wchodzą młodzi i walczą! Grają! Było widać przede wszystkim tą pasję, oni chcieli, oni byli strasznie nakręceni. Wiadomo, że jeśli chodzi o umiejętności, to jeszcze daleko w porównaniu do mojego brata czy Michała Jureckiego czy każdego ze starej gwardii. Ale tam była ta sama chęć, było zaangażowanie, była determinacja. Jeśli to wszystko opakuje się jeszcze umiejętnościami technicznymi, kilkuletnią pracą i dobrą atmosferą w drużynie, to powinno wystarczyć. Będziemy mieli fajny zespół.