Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Półtoragodzinna definicja futbolu na Anfield

Natłok atakujących z każdej strony informacji, milion meczów tygodniowo w telewizji, tysiące godzin spędzonych na dyskusjach z rodziną, znajomymi i pozostałymi kibicami w domu, samochodzie, tramwaju i internecie. Mijają dni, tygodnie, miesiące i lata, a zainteresowanie piłką nożną nie słabnie. Dziś na Anfield piłkarze Jurgena Kloppa i Pepa Guardioli przypomnieli nawet tym najbardziej zmęczonym futbolem,

Natłok atakujących z każdej strony informacji, milion meczów tygodniowo w telewizji, tysiące godzin spędzonych na dyskusjach z rodziną, znajomymi i pozostałymi kibicami w domu, samochodzie, tramwaju i internecie. Mijają dni, tygodnie, miesiące i lata, a zainteresowanie piłką nożną nie słabnie. Dziś na Anfield piłkarze Jurgena Kloppa i Pepa Guardioli przypomnieli nawet tym najbardziej zmęczonym futbolem, dlaczego kochają tę dyscyplinę sportu.

Średnio raz na miesiąc mamy do czynienia z „meczem roku”, ale ten naprawdę może do tego miana kandydować. O takich spotkaniach mówi się, że było w nich „wszystko”. Tu z takim zjawiskiem nie mamy do czynienia, bo nikt nie dostał czerwonej kartki, nie było gola samobójczego, rzutu karnego, nikt nikomu nie pociągnął „z bańki” ani nie biegał na golasa po murawie. Musielibyśmy jednak skłamać mówiąc, że czegoś nam przez te dziewięćdziesiąt minut z hakiem brakowało.

Dla samej bramki Firmino warto było obejrzeć to spotkanie, a przecież powodów było dużo, dużo więcej!

Przypomnieli, czym jest futbol

„Będzie 4:4” – takie opinie przewijały się wśród kibiców obu drużyn przed tym spotkaniem i o mały włos, a te niestandardowe typowania sprawdziłyby się w rzeczywistości. Już przed meczem było przecież wiadomo, jak mniej więcej to spotkanie będzie wyglądało. Liverpool będzie genialny w ataku, ale popełni niejeden błąd w obronie. Manchester City zaś przytrzyma piłkę u siebie zdecydowanie dłużej, aniżeli rywal i także coś ustrzeli.

To wszystko się sprawdziło, a i tak ten mecz 23. kolejki Premier League oglądało się jak najlepszy na świecie spektakl. Zwłaszcza gospodarze pokazali, o co tak naprawdę chodzi w piłce nożnej, dlaczego setki milionów ludzi na całym świecie chłonie futbolowe mecze i wiadomości jak gąbkę i słono płaci za bilety czy pakiety telewizyjne.

The Reds połączyli to, co kibicowskie tygryski lubią najbardziej: hektolitry wylanego potu i nie szczyptę, a pełną garść piłkarskiej magii. Taki Sadio Mane potrafił zagrać piętą tak, że nawet oglądające przez przypadek to spotkanie barany zbaraniały, ale i na 30. metrze od  własnej bramki odebrać piłkę wślizgiem.

https://twitter.com/anupforlfc/status/952612104090955776

Gino Wijnaldum czy Alex Oxlade-Chamberlain zarówno dali kuksańca rywalowi i wchodzili „bark w bark” z impetem Pendolino bez hamulców, ale też wypieścili prostopadłą piłkę czy uderzyli po długim rogu, otwierając wynik spotkania.

Poezja z błędem ortograficznym

Manchester City był sobą, więc był genialny. Tego popołudnia w czerwonej części Merseyside nie wystarczyło to jednak na grupę ludzi, która zakładała pressing z pianą na ustach i siekierami w oczach. Dziesiąta minuta – wszyscy zastanawiają się, jak długo Liverpool wytrzyma w takim tempie. Podobne pytania zadawali sobie fani co chwilę, ale odpowiedź do niemal samego końca była taka sama: jeszcze trochę.

https://twitter.com/ToastyJonas/status/952594288071802882

Pary zabrakło kilka minut przed końcem, ale zanim kibice na Anfield w myślach zdążyli skończyć artykułowanie tego pytania, sędzia zagwizdał po raz ostatni. Kamień z ich serc słychać było przez ekran telewizora.

Przede wszystkim: tempo. Takiego dawno nie zaznali nawet śledzący na co dzień wyścigi Formuły 1. Nie była to jednak gra równie szybka, jak bezmyślnie. „Ura bura, ciocia Agata”, jak powiedziałby Wojciech Łazarek, ale nie w tym przypadku. Tu z ogromnym tempem w parze szedł wysoki poziom. Wyższy niż skocznia w Planicy, Wieża Eiffla i Empire Stade Building razem wzięte.

Współczuć można było środkowym pomocnikom, którzy przecież najszybciej muszą poruszać oczami i najbardziej instynktownie podejmować decyzję, kiedy akcja przerzuca się z jednej strony boiska na drugą z częstotliwością tej od tenisa stołowego na Mistrzostwach Azji. Nawet najlepszy na swojej pozycji w Premier League Fernandinho oraz najlepiej grający nogami bramkarz Ederson popełniali błędy. Ale nie dlatego, że byli słabi. Wszystko przez to, że do tych błędów zmusili ich natrętnie nacierający gospodarze.

Guardiola będzie wyciągał wnioski i obwiniał siebie wraz z piłkarzami, ale niepotrzebnie. Dziś powinien powiedzieć „Football, bloody hell..”

Jeden ćpa, drugi bije dziewczynę, ale…

Mówiliśmy o tym, że ten mecz był definicją futbolu. Nierozerwalną częścią piłki nożnej są też błędy, więc i takowe mogliśmy oglądać na Anfield. O pomyłkach piłkarzy Pepa Guardioli już mówiliśmy, czas na kamyczek do ogródka Liverpoolu. Przede wszystkim – jest ogromny problem z prawym obrońcom. Jon Flanagan został aresztowany za pobicie dziewczyny, w organizmie leczącego kontuzję Nathaniela Clyne’a wykryto kokainę, więc Jurgen Klopp postawił na Joe Gomeza. Ten ponownie popełnił błąd (niejeden w jednej akcji!), przez który Leroy Sane doprowadził do wyrównania. Strzał w krótki róg nie przynosi chluby bramkarzowi Kariusowi, zaś dramatyczna końcówka to wręcz stały punkt programu.

O tym jednak nikt nie będzie pamiętał, bo każdy z wychodzących z Anfield kibiców – chociaż pozbawił się kilku dni życia, które zamienił na wiele siwych włosów, o ile takowych w doliczonym czasie nie wyrwał – był zadowolony.

Jasne, miał uwagi, przebąkiwał o prawie wypuszczonym z rąk pewnym zwycięstwie. Koniec końców jednak wróci. Bo dostał to, czego chciał najbardziej: walkę, zaangażowanie, bramki, ofensywny styl gry bez kalkulacji z obu stron, najwyższy poziom techniczny, ogromne tempo, sporą kreatywność. I to najważniejsze, czyli emocje.

Bez nich futbol nie ma sensu, dlatego– chociaż Liverpool przerwał passę spotkań bez porażki City – w tym meczu nie ma przegranego. Zamiast analizować, krytykować czy ganić, kibice całego świata, n a czele z tymi The Reds i The Cityzens, powinni piłkarzom i trenerom po prostu podziękować. My dziękujemy. Bawiliśmy się świetnie, a o to w tej najważniejszej z nieważnych rzeczy chodzi najbardziej.

Bartłomiej Stańdo