Reprezentacja polskich szczypiornistów pokonała Bahrajn 26 do 18 i awansowała finału rozgrywanego w Ergo Arenie turnieju towarzyskiego 4 Nations Cup. W piątek w decydującym spotkaniu podopieczni Piotra Przybeckiego zmierzą się z Białorusią, z którą mają rachunki do wyrównania. 

Smutne puste trybuny

Ergo Arena bardzo dobrze kojarzy się naszym reprezentantom. Polacy w hali na granicy Gdańska i Sopotu przeważnie wygrywali, odnieśli w niej wiele cennych zwycięstw, najczęściej występowali przy wypełnionych po brzegi trybunach. Słabsze wyniki osiągane w tym roku przez naszą kadrę i brak awansu do styczniowych Mistrzostw Europy nie uszły jednak uwadze sympatyków Biało-czerwonych. W mogącym pomieścić ponad 10 tysięcy kibiców obiekcie zobaczyliśmy nie więcej niż 1,5 tysiąca fanów piłki ręcznej, podczas gdy jeszcze do niedawna nawet tak egzotyczni rywale potrafili wypełnić go do ostatniego miejsca. Jeszcze żałośniej efektowna hala wyglądała 3 godziny wcześniej, gdy swój mecz rozgrywały reprezentacje Japonii i Białorusi, a trybuny świeciły pustkami. No cóż, środek tygodnia, turniej towarzyski, mało atrakcyjni rywale… Może w piątek podczas finału będzie lepiej?

Reprezentacja Piotra Przybeckiego walczy o odzyskanie zaufania kibiców / fot. PressFocus

Przybecki wciąż szuka

Selekcjoner naszej reprezentacji wciąż szuka. Zarówno najlepszego systemu gry dla tej kadry jak i wykonawców na poszczególne pozycje. Na zgrupowaniu w Gdańsku przebywało aż 27 zawodników, w meczu Piotr Przybecki każdemu z szesnastki dał szansę pokazania się na parkiecie. Pierwszy mecz w Biało-czerwonych barwach zaliczył 26-letni Stanisław Makowiejew. Z pewnością w finałowym spotkaniu z Białorusią nie obędzie się bez kolejnych roszad w składzie. Z samego meczu z Bahrajnem trudno wyciągać jednoznaczne wnioski, ponieważ to za mało wymagający przeciwnik. Można się jednak domyślić, jak Piotr Przybecki wyobraża sobie grę tej reprezentacji. I nie będzie to z pewnością taka drużyna, do której przyzwyczailiśmy się przez ostatnie lata, oparta głównie na światowej klasy rozgrywających. Takimi po prostu w tej chwili nie dysponujemy i selekcjoner szuka innych rozwiązań.

Przede wszystkim Polacy mają dobrze bronić, co z kolei ma się przekładać na szybkie kontry. Ciężko oceniać postawę naszej defensywy na tle niewysokich, chociaż dość szybkich rywali. Przede wszystkim ich poziom wyszkolenia pozostawiał wiele do życzenia, a po przerwie, kiedy Biało-czerwoni uszczelnili swoją obronę, po prostu nie wytrzymali trudów meczu pod względem fizycznym. Prawda jest taka, że w piłce ręcznej bardzo trudno oszukać różnicę kilogramów i centymetrów, a tutaj była ona zbyt widoczna, żeby prędzej czy później nie dać o sobie znać. Tak też się stało.

Na bramkę rzuca Paweł Genda / fot. PressFocus

Na skrzydłach do światowej czołówki?

Co ciekawe, ogromna część „nowej” kadry świetnie się zna właśnie z…Gdańska. Prawie połowa meczowej szesnastki uczyła się w tutejszej Szkole Mistrzostwa Sportowego, więc wielokrotnie już grali ze sobą, a na parkiecie było to widać. Nie ulega wątpliwości, że obecnie jedną z najjaśniejszych postaci naszej kadry jest zaledwie 20-letni Arkadiusz Moryto, prawoskrzydłowy Zagłębia Lubin. Jego rywalizacja z Michałem Daszkiem jest chyba najciekawszą w tej chwili w reprezentacji, można powiedzieć, że to najmocniej obsadzona pozycja obecnej kadry. Arek zdobył 6 bramek i zdobył tytuł gracza meczu, 4 trafienia zaliczył jego 5 lat starszy kolega. Wygląda na to, że właśnie na skrzydłowych Piotr Przybecki chce oprzeć swoją kadrę. Jego logice trudno nie przyznać racji nie tylko po tym, ale także po poprzednich spotkaniach tej reprezentacji.

Słaby rywal

Sam mecz nie należał do najbardziej emocjonujących. Aż do 8 minuty kibice zobaczyli zaledwie 2 trafienia, dopiero gol na 2:1 wspomnianego Arkadiusza Moryto otworzył spotkanie. Po kwadransie gry Polacy prowadzili 7:2, ale dali rywalom wrócić do meczu, dając się zaskoczyć własną bronią, czyli kontrami. Chwila dekoncentracji oznaczała, że do przerwy Biało-czerwoni prowadzili tylko dwiema bramkami, 12 do 10. W przerwie selekcjoner najwidoczniej zaapelował do swoich podopiecznych o większą czujność w obronie, bo w zasadzie po kilku minutach odskoczyli Bahrajnowi na tyle, że losy spotkania były przesądzone. 26 do 18 to najniższy wymiar kary, ponieważ sam Daszek nie wykorzystał chyba z trzech sytuacji sam na sam. Po kontrach oczywiście. Do widoku naszych skrzydłowych biegnących sam na sam z bramkarzem drużyny przeciwnej powinniśmy się powoli przyzwyczajać.

Arkadiusz Moryto sam na sam z bramkarzem gości to pewny gol / fot. PressFocus

Finał z Białorusią

W finale Polska zmierzy się w piątek z Białorusią, która wcześniej wygrała z Japonią 31 do 27.

– Pamiętam dobrze nasze dwa ostatnie mecze z Białorusią w Mińsku i Płocku. Tam przegraliśmy chyba dziesięcioma bramkami, u nas był remis. Wiemy, że Białoruś jest dobrym zespołem, poza tym chcemy im udowodnić, że jesteśmy w stanie zagrać lepiej niż w tamtych dwóch meczach. Na pewno będzie jutro ciekawe spotkanie – zapraszał po meczu na finał Michał Daszek.

*

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem