Polska jest faworytem do złota na mistrzostwach Europy w siatkówce i co najważniejsze: gra jak faworyt. Teraz pod kołami biało-czerwonej maszyny znaleźli się Czesi, którzy podzielili los Estończyków i Holendrów.

Kiedy Estonia urwała Polsce jednego seta, a następnie przegrała do zera z Czarnogórą, która to została rozjechana przez Holendrów – można było się zastanawiać, czy aby na pewno każdy mecz w fazie grupowej mistrzostw Europy w siatkówce mężczyzn będzie dla polskiej drużyny bułką z masłem. Drugi mecz rozwiał jednak wątpliwości, a trzeci umocnił nie tyle w wierze, co w wiedzy.

Polska jest na tym turnieju najsilniejsza i pewnie zmierza po tytuł mistrza Europy.

Jeśli nie stanie się nic niespodziewanego, po ośmiu latach nasz kraj znów będzie mógł się poszczycić mianem najlepszej męskiej drużyny w siatkówce na Starym Kontynencie. Biało-czerwony dream team tym razem rozgromił Czechów: najpierw do osiemnastu, później do dwunastu, a na koniec do piętnastu. Polska wygrywa 3:0. Pewnie, zasłużenie, zdecydowanie.

Wielu zastanawiało się, czy pomimo polskiego obywatelstwa w reprezentacji Polski powinien grać Wilfredo Leon. Jeśli kwestie pozasportowe zostawimy na boku, to po meczu z Czechami trzeba przyznać jedno: czysto sportowo nie tyle zasłużył, co po prostu rozjechał rywali w końcówce tego spotkania grając z biało-czerwoną flagą na piersi. Jeśli ktoś nie wiedział, o co tyle szumu – mógł się przekonać, dlaczego ktoś chciał go dokooptować do drużyny nie byle jakiej, bo przecież najlepszej na świecie.

Leon dobrze wszedł do naoliwionej maszyny, która z meczu na mecz coraz bardziej się rozpędza. Aż do mistrzostwa?

Życzylibyśmy sobie tego. Być może i na całym turnieju, ale na pewno w fazie grupowej nie ma na siatkarzy Vitala Heynena mocnych. Selekcjoner reprezentacji Polski podkreślał przed tym spotkaniem: – Nie graliśmy perfekcyjnie, ale zrobiliśmy krok do przodu. To, co mówiłem wcześniej, musimy się rozkręcać w trakcie tego turnieju.

Cóż, nie tylko kolejny krok został zrobiony, ale i cała maszyna wygląda na mocno rozkręcającą się, już zaprogramowaną na zwyciężanie. To, jak w drugim secie Polacy ze stanu 4:8 wyszli na 25:12, od tego momentu punktując 21-krotnie przy zaledwie czterech „oczkach” rywali mogło imponować. Tak jak świetny Michał Kubiak, wbijający gwoździe Leon, niezawodny w ważnych momentach Nowakowski…

Długo by wymieniać. Wszyscy byli znakomici, włącznie z kibicami. „Gramy u siebie” głośno rozbrzmiewało w hali w Rotterdamie, a co najważniejsze: przyniosło efekt, bo polscy siatkarze faktycznie grali jak u siebie. W domu. Na luzie. Bez problemów. Zabawa. Oby tak do złota, choć zdajemy sobie sprawę, że ta prawdziwa zabawa zacznie się od ćwierćfinału…

Płacisz tylko 1/2 podatku
Polski Bukmacher Sp. z o. o. posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez MF. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.