Polscy bohaterowie mundiali – Grzegorz Lato cz. I. „Nikt nie liczył na taki sukces”

Grzegorz Lato ma na swoim koncie aż dwa medale mistrzostw świata. Zarówno w 1974, jak i w 1982 roku wywalczył z reprezentacją Polski trzecie miejsce MŚ. Postanowiliśmy wspomnieć ten wspaniały okres i porozmawiać z legendarnym napastnikiem o tym, jak kiedyś wyglądały mundiale.

Grzegorz Lato to najlepszy strzelec reprezentacji Polski na mundialach, na których zdobył aż 10 bramek. Ponadto wraz z biało-czerwonymi brał udział w trzech edycjach najważniejszego piłkarskiego turnieju na świecie, a z dwóch z nich wracał z medalem za zajęcie trzeciego miejsca. Jak wspomina tamte czasy, które z MŚ były najlepsze pod względem atmosfery, o co piłkarze mieli żal do Jacka Gmocha? Zapraszamy na rozmowę z legendą polskiej piłki.

Najlepsi bukmacherzy

1
  • Duża ilość bonusów
  • Aplikacja mobilna
  • Nowoczesny wygląd serwisu
  • Stale rozwijana oferta na sporty motorowe
2
  • Szeroka oferta na bonusy
  • Funkcja Cash-Out
  • Wysokie kursy na tle konkurencji
  • Zbyt spokojny design
3
  • Nawet 600 PLN w bonusie powitalnym
  • Skromna i elegancka szata graficzna
  • Prosty, czytelny interfejs użytkownika
  • Mała oferta zakładów
  • Kursy nie zawsze są zadowalające

Marcin Karwot, dziennikarz portalu Łączy Nas Pasja: Może pan się pochwalić występem na trzech różnych mundialach, ale tym najbardziej pozytywnym był dla pan ten pierwszy w 1974 roku, kiedy Polska sięgnęła po brązowy medal, a pan został królem strzelców. 

Grzegorz Lato, medalista mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich: Chyba tak, ale trzeba też pamiętać, że w 1982 roku zdobyliśmy taki sam medal. Nie tylko ja mogę pochwalić się występami na trzech mistrzostwach świata. Ba, Władek Żmuda jest rekordzistą, bo był na czterech takich imprezach. 

Bramka Jana Domarskiego na Wembley jest chyba najważniejszą bramką w historii polskiego futbolu

Jak pan wspomina ten mundial w RFN w 1974 roku? Śmiało można nazwać pana jednym z bohaterów tych mistrzostwach świata, bo 7 goli i tytuł najlepszego strzelca robiły duże wrażenie. 

– Ja bym jeszcze zaczął od meczu Anglia – Polska na Wembley. Jakby nie było, nikt nie wierzył, że pojedziemy w ogóle na te mistrzostwa świata. Gdyby Anglicy wygrali, to nie moglibyśmy wtedy myśleć o wyjeździe na mundial. Nie byliśmy faworytem tego meczu. Bramka Jana Domarskiego na Wembley jest chyba najważniejszą bramką w historii polskiego futbolu, bo to ona otworzyła nam te drzwi na wyjazd. Co ciekawe, przed tym meczem na Wembley zagraliśmy z Holandią w Amsterdamie. Było 1:1 i trener gospodarzy powiedział, żeby Anglicy się nie pakowali na mistrzostwa świata, bo jeszcze muszą wygrać z Polakami. To były prorocze słowa.

DARMOWY ZAKLAD 20PLN + BONUS 3333PLN
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem

Potem nastąpił mundial w 1974 roku, ale Polska nie była w gronie faworytów. 

– Tak, nie byliśmy faworytami. Niektórzy nawet sądzili, że nie wyjdziemy z grupy, bo mieliśmy tam Argentynę i Włochów. Włosi byli przecież aktualnymi wicemistrzami, a Argentyna zawsze się liczyła. Dlatego przed mundialem mówiono, że dwa pierwsze miejsca były zarezerwowane właśnie dla tych dwóch reprezentacji. Wszystko jednak się zmieniło po naszym pierwszym grupowym spotkaniu. Pokonaliśmy Argentynę 3:2 i nagle wszyscy zaczęli brać nas na poważnie. Staliśmy się faworytami do wyjścia z grupy, a niektórzy fachowcy mówili nawet, że powalczymy o medale. 

Strzelił pan w tym meczu dwa gole. 

– Dokładnie, na 1:0 i 3:1. Później graliśmy z Haiti, które rozgromiliśmy 7:0 i wtedy też trafiłem dwa razy. Wtedy byliśmy już pewni awansu do kolejnej fazy. Na koniec pokonaliśmy Włochów 2:1 i wicemistrzowie musieli pożegnać się z mundialem. Zabrakło im wtedy tylko jednej bramki, ale taki jest już futbol. 

Polska trafiła do grupy z RFN, Jugosławią i Szwecją. 

– To była bardzo silna grupa. Gospodarze z RFN, Jugosławia, która była wówczas niezwykle mocna oraz niewygodni Szwedzi. Pierwszym naszym przeciwnikiem byli właśnie Szwedzi, których pokonaliśmy 1:0 po mojej bramce, a kolejny mecz graliśmy z Jugosławią i tam z kolei wygraliśmy 2:1 także po moim trafieniu. Na deser pozostał wtedy słynny mecz na wodzie z RFN, który decydował o wejściu do finału. Z perspektywy czasu można teraz śmiało powiedzieć, że to spotkanie nie powinno się odbyć. To była duża sprawa. Też trochę nie rozumieliśmy naszych władz związkowych, które nie protestowały. To nie była piłka nożna, a waterpolo. Na tym boisku nie dało się grać, a my musieliśmy ten mecz wygrać. Bohaterem tego pojedynku był na pewno bramkarz Niemiec, Sepp Maier, który bronił niebywałe sytuacje. Ostatecznie przegraliśmy wtedy 0:1 i do dzisiaj wszyscy się pytają “co by było gdyby”. Nasi działacze mówili tylko, że to organizatorzy i FIFA mają decydować, a tam co chwile przychodziła chmura i stan boiska się pogarszał. 

W obecnych czasach nie do pomyślenia. 

– Dokładnie. Na pewno sobie pan przypomina mecz z Anglią na Stadionie Narodowym w Warszawie. Sędzia kopnął dwa razy piłkę i stwierdził, że to nie ma prawa się odbyć. PZPN-owi zarzucano wtedy, że nie zamknęliśmy dachu. Ale wtedy ani związek polski, ani związek angielski o tym nie decydował. Sędzia zawołał dwóch kapitanów i obserwatora FIFA i pytano się ich, czy zamykamy dach. Obu drużynom nie przeszkadzał deszcz, ale nikt sobie nie zdał sprawy, że ta murawa nie miała praktycznie żadnego drenażu. Dlatego wyglądało to tak jak wyglądało. 

Wróćmy do mundialu w 1974 roku, który zakończył się happy-endem. 

– Wygraliśmy z Brazylią 1:0, a ja zanotowałem wtedy swoją siódmą bramkę na tych mistrzostwach świata. Zdecydowanie największy sukces polskiego futbolu w tych czasach. Niektórzy niemieccy piłkarze mówili potem, że to my byliśmy najlepszą ekipą tego mundialu. Taka jest piłka nożna. Szkoda tego meczu z RFN, bo mogliśmy nawet wyżej zawędrować, ale i tak “Orły Górskiego” przeszły do historii. Nikt nie liczył na taki sukces. Na pewno działacze i przedstawiciele związku nie sądzili, że sięgniemy po medal. Był jednak taki jeden, który w nas wierzył. Chodzi oczywiście o trenera Kazimierza Górskiego. Wspaniały szkoleniowiec, wspaniały człowiek. Mieliśmy do niego wszyscy ogromny szacunek. 

Był pan na igrzyskach olimpijskich w 1972 roku, gdzie Polska sięgnęła po złoto, ale zagrał pan tylko w jednym spotkaniu. Można uznać, że to na mundialu w 1974 roku zderzył się pan po raz pierwszy z tak wielkim futbolem? 

– W zasadzie moja reprezentacyjna kariera ruszyła jednak ciut wcześniej, bo w 1973 roku, kiedy miałem 23 lata. Graliśmy wówczas w Warnie z Bułgarią i ja tam strzeliłem dwa gole. Od tego czasu grałem we wszystkich meczach w pełnym wymiarze. Potem były eliminacyjne spotkania z Walią i Anglikami, które rozgrywane były na wypełnionych po brzegi stadionach. Więc to chyba wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z poważną piłką nożną i trochę bramek już się wtedy strzeliło. Potem był pierwszy, drugi i trzeci mundial, a ja zagrałem we wszystkich meczach w pełnym wymiarze. 

A jak pan właściwie wspomina te mistrzostwa świata w 1974 roku? Mam tu na myśli całą otoczkę. 

– My spaliśmy w małym miasteczku, które zwie się Murrhardt. Muszę przyznać, że mieszkali tam wspaniali ludzie. Cieszyli się, że Polacy u nich mieszkają, przez co byliśmy także ich drużyną. Kibicowali nam w każdym spotkaniu. Wyjątkiem był mecz z RFN, ale wtedy także trzymali w rękach polską i niemiecką flagę. Byli trochę rozdarci, ale zachowywali się wspaniale. Po każdym meczu witał nas dyrektor hotelu oraz kelnerzy z gotowymi szampanami. Czuliśmy się jak w domu, to była wspaniała atmosfera. 

Wylądowaliśmy na lotnisku w Mielcu i jechaliśmy na wózkach golfowych przez centrum miasta. Przyjęto nas na hali, gdzie była masa ludzi. Klub zachował się wtedy rewelacyjnie. Oczywiście w Polsce nikt nie wierzył, że możemy na mundialu sięgnąć po medal, dlatego też nas tak przyjmowano

A jakie były reakcje po powrocie reprezentacji do Polski? Był to dla pana inny świat?

– Byliśmy przyjmowani w Warszawie przez władze, ale najlepsze powitanie miałem w Mielcu. Wylądowaliśmy na lotnisku w Mielcu i jechaliśmy na wózkach golfowych przez centrum miasta. Przyjęto nas na hali, gdzie była masa ludzi. Klub zachował się wtedy rewelacyjnie. Oczywiście w Polsce nikt nie wierzył, że możemy na mundialu sięgnąć po medal, dlatego też nas tak przyjmowano. Przed mistrzostwami świata obiecano nam duże pieniądze na tamte czasy za wyjście z grupy i tak dalej. Później się okazało, że były to obiecanki-cacanki. Niektórzy działacze chcieli się z tego wycofać, ale ostatecznie zostali trochę przyparci do ściany i wypłacili nam premię. Ten mundial dał naszej reprezentacji sporo pewności. W zasadzie zaczęło się to od złotej medalu na igrzyskach w 1972 roku. 

Później był także medal podczas igrzysk olimpijskich w 1976 roku.

– W Montrealu sięgnęliśmy po srebrny medal, co było odebrane jako wielka porażka. Działacze trochę zachłysnęli się wtedy tymi wielkimi sukcesami, ale trzeba przyznać, że przez dwie dekady polska reprezentacja była w dziesiątce najlepszych zespołów na świecie. W 1978 roku na mistrzostwach świata w Argentynie zajęliśmy piąte miejsce i to był także spory sukces. 

Chciałem zapytać właśnie o ten mundial w Argentynie. Inny kontynent, inna atmosfera i także inny trener reprezentacji Polski, bo na tym turnieju kadrę prowadził Jacek Gmoch.

– Było to wielkie święto futbolu. Argentyna była głównym faworytem. Graliśmy nawet w meczu otwarcia przeciwko RFN, który zakończył się bezbramkowym remisem. Później było 1:0 z Tunezją po mojej bramce i 3:1 z Meksykiem. Udało się wtedy wyjść z grupy z pierwszego miejsca i trafiliśmy do południowoamerykańskiej grupy, bo znaleźli się tam też Argentyńczycy, Brazylijczycy i Peruwiańczycy. Pierwszy mecz przegraliśmy z Argentyną, ale też nie wiadomo jak to by się potoczyło, gdyby Kaziu Deyna wykorzystał rzut karny przy wyniku 1:0 dla Argentyny. Różnie mogłoby to być. Są jednak też takie zasady, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Jacek Gmoch wymyślił jednak, że Argentyna gra dołem, więc wyrzucił Gorgonia ze składu, a w jego miejsce wstawił Kasperczaka z pomocy. W sumie to trener rozrzucił dwie formacje. No i co się okazało? Kempes dwa gole strzelił głową i tyle było z ich gry dołem. 

Ma pan żal do Gmocha za tę decyzję?

– Dzisiaj to sobie można gdybać. Na pewno zawodnicy mają trochę żalu, bo tak jak mówiłem wcześniej, zwycięskiego składu się nie zmienia. Gdyby Kaziu strzelił to też byłoby inaczej, a on zazwyczaj strzelał sto na sto. Lewandowski też się dwa czy trzy razy pomylił, a jest bezwględnym egzekutorem jedenastek. 

Potem było Peru i Brazylia. 

– Z Peru wygraliśmy 1:0 po golu Szarmacha, a z Brazylią przegraliśmy 1:3 i odpadliśmy z mistrzostw. Jakby policzyć punkty to byśmy zajęli piąte miejsce. Mundial był jednak wspaniały. Były to najlepsze mistrzostwa świata pod względem otoczki, to jest ta słynna “mañana”. Tam były różne podteksty o doping i tak dalej. Wtedy nie było takich kontroli jak jest dzisiaj. 

Kolejna część wywiadu z Grzegorzem Lato na temat MŚ w 1982 roku, a także jego przewidywań na temat zbliżających się MŚ w Katarze zostanie opublikowana 5 listopada.

Bonus do 3333PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem