Policzek dla Guardioli od angielskiej piłki

Ghana – 120 milionów funtów. Paragwaj 145, Armenia 225, Bośnia 250, Łotwa 280… To wydatki, jakie te kraje wydały na armię i całą resztę, w skrócie: na obronę narodową. Manchester City wydał jeszcze więcej, bo po zakupie Laporte’a z Athletic Bilbao za swoją defensywę zapłacił już 281 milionów funtów. Na nic się to jednak zdało w meczu z Burnley, które zaskoczyło wszystkich akcją, która nie miała prawa być niespodzianką. Dziwić się w Anglii po golu z dośrodkowania to jak być zszokowanym, że dwa plus dwa równa się cztery.

Pamiętam, jak jeden z bohaterów meczu w europejskich pucharach z drużyną z ligi angielskiej w latach 80. opowiadał mi o trzech chłopakach, którzy za oknem grali w piłkę. U nas jeden stanąłby na bramce, a dwóch – do zachodu słońca bombardowałoby go strzałami z rzutów wolnych czy karnych. Oni, typowo po angielsku, ustawili co prawda „grubego z bluzą, który się rzucał” między słupkami, ale pozostała dwójka do bólu wykonywała jeden schemat. Jeden rozpędzał się z piłką i dośrodkowywał, a ten drugi – nabiegał w wyimaginowane pole karne i kończył akcję strzałem głową. I tak non-stop, bez ustanku. Wrzutka, strzał, wrzutka, strzał…

Angielska piłka też może

Właśnie w ten sposób na pięć minut przed końcem losy spotkania rozstrzygnęli ambitni gospodarze, którym trzeba oddać jedno: nie poddali się, nie schowali się na podwójną gardą przez cały mecz (chociaż, jak mówi klasyk, „momenty były”). Kiedy dostali przepięknego gonga na 0:1 od Danilo, postanowili zaryzykować. Jasne, zdarzały się okresy, kiedy zostali zamykani niczym w hokejowym zamku i wyglądali, jakby tylko prosili o najniższy wymiar kary. Ale chwilę później raz za razem – wręcz bezczelnie – kontratakowali, a gol w 85. minucie wielu z kibiców zgromadzonych na Turf Moor mogło skwitować pytaniem: „dlaczego tak późno?”.

Ruszyli dopiero wtedy, kiedy do siatki trafił Danilo. Ten gol pokazał dwie rzeczy: po pierwsze, dbałość Pepa Guardioli o absolutnie każdy element meczu piłkarskiego, bo że ten rzut rożny to do bólu wypracowywany na treningach schemat – mogliśmy się o tym przekonać w drugiej połowie, kiedy brazylijski prawy defensor znów uderzył na bramkę po niemal identycznym rozegraniu. Wiadomo jednak, że tak nie strzela się co kilkanaście minut. Niektórzy nie strzelają tak nawet raz na całe życie.

Przez wiele minut wydawało się, że można grać ambitnie, „jeździć na czterech literach”, walczyć i szarpać, ale jeśli przychodzi co do czego – różnicę robi właśnie taki strzał, na który niewielu piłkarzy Burnley mogłoby sobie pozwolić. W City może zrobić to każdy, bo przecież takiej petardy nie odpalił ani Kevin de Bruyne, ani Raheem Sterling, ani Sergio Aguero, tylko często rezerwowy w ekipie Obywateli i niechciany w Realu Madryt Danilo.

Są najedzeni?

22 zwycięstwa, trzy remisy i zaledwie jedna porażka z Liverpoolem – to bilans piłkarzy Pepa Guardioli, którzy na 12 kolejek przed końcem mieli 15 punktów przewagi nad drugim Manchesterem United. Nieważne, ile godzin Hiszpan nie montowałby filmów motywacyjnych, szukał dających dodatkowe pokłady adrenaliny kawałków do puszczenia w szatni czy stosował przemowy jak Al Pacino w „Męskiej grze” – gdzieś z tyłu głowy to siedzi, że masz komfort.

To zupełnie inne granie niż w sytuacji, kiedy jesteś „na styku”. Kiedy wiesz, że musisz coś zrobić za wszelką cenę, bo inaczej cały wysiłek pójdzie na marne. Kiedy decyduje każde podanie, każde dośrodkowanie, każdy strzał. W Manchesterze City tej pazerności za wszelką cenę i dążenia do bramki, choćby się paliło i waliło, trochę zabrakło.

Burnley trzeba oddać wiele po tym spotkaniu. Co najmniej tyle, ile jego zawodnicy zostawili zdrowia. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy punkty powinni goście wywieźć na Etihad i nikt nie powinien być tym faktem zaskoczony. Aguero i spółka stworzyli sobie tyle klarownych sytuacji, że przy „dokręceniu śruby” kolejny gol byłby tak pewny jak to, że niedziela jest po sobocie.

Gdy nie trafił Sterling w stuprocentowej (lub, jak określają trenerzy w niższych ligach zaginając prawa matematyki – w dwustuprocentowej) sytuacji było wiadomo, że to się dla gości skończyć może tragicznie. Nawet nie o samą sytuację chodziło, a o rekcję drużyny na nią. Piłkarze z błękitnej części Manchesteru nie byli jak rekin, który poczuł krew i pędzi na swoją ofiarę, by dokończyć dzieła zniszczenia. City machnęło ręką. „Jest 1:0, kolejna sytuacja przyjdzie sama”.

Nie przyszła. Zamiast tego mieliśmy kolejny, milionowy już epizod serialu „Niewykorzystane lubią się mścić”. W tym odcinku główną rolę zagrał Johann Gudmundsson, a w postać „od bohatera do zera” wcielił się Danilo, który w kluczowej dla losów spotkania sytuacji nie upilnował Islandczyka. Ederson dwoił się w tym meczu i troił, ale tego strzału zatrzymać nie mógł. Odwrotnie do Burnley, które powstrzymało maszynę Guardioli.

Fani City mogą śpiewać bez żadnych zmartwień: „nic się nie stało”, bo przewaga w tabeli nadal jest miażdżąca i nadal robi ogromne wrażenie. Żaden z nich, doświadczony poprzednimi sezonami i „cudem z Queens Park Rangers” w ostatniej kolejce pewnego sezonu – kiedy Andrzej Twarowski niemal stracił głos, a Sir Alex Ferguson zwymiotował swoim „Football, bloody hell” sprzed lat – nie powie jednak, że już po wszystkim. Nie tutaj. Nie w Premier League.

Bonus do 3333PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem