Polanski pokazał, jak bardzo „kocha” Polskę. I wylądował na lodzie

Naprawdę żenująco układają się losy "farbowanych lisów" po tym, jak przestano się nabierać na ich usługi w reprezentacji Polski za czasów Franciszka Smudy i Grzegorza Laty. Nie tylko na boisku, ale również poza nim. Ponoć "charakterny" i "nasz" Ojgen (nie Eugen czy Eugeniusz, jak sam podkreślał!) Polanski jest w rozpaczliwej sytuacji, co nie przeszkodziło mu się kilka miesięcy temu "wypiąć" na polską piłkę.

Lukas Podolski grał dla reprezentacji Niemiec, ale zawsze podkreślał przywiązanie do biało-czerwonych barw. Jest Niemcem, a mimo wszystko większymi uczuciami darzy kraj nad Wisłą niż wielu tych, którzy grali z orłem na piersi choćby w największym wydarzeniu na polskiej ziemi od czasów Zjazdu Gnieźnieńskiego, czyli na Euro 2012.

Grali, choć na to nie zasłużyli. Dlaczego? Kto więc powinien grać w reprezentacji Polski?

Historia naszego kraju dla Polaków to często bardzo trudna, skomplikowana i nie jednowymiarowa sprawa. Nie żyliśmy nigdy na osamotnionej na wielkim oceanie wyspie, której jedynymi troskami były te własne. Życie w Polsce to nie była idylla bez konfliktów, sporów, wojen, rozbiorów czy wreszcie emigracji bądź repatriacji.

Polanski kazał na siebie mówić Ojgen, nie Eugen. Przypominał też, że kreski nad n w nazwisku również nie ma.

Nie jest więc łatwo ferować wyroków: ciebie nigdy nie było na wyspie, przypłynąłeś nie wiadomo skąd, jesteś obcy. Kwestia polskości w Polsce jest znacznie bardziej złożona, z pewnością nie można jej nazwać czarno-białą. Ten ma dziadka Polaka, ten babcię, ten mówi po polsku, a tamten jest potomkiem żołnierza.

Odpowiedź jest jednak prosta i krótka: Polacy. Na pewno nie „farbowane lisy”, których podręcznikową definicję mogliśmy oglądać na przestrzeni pierwszych dwóch dekad XXI wieku lat. Taki Ludovic Obraniak nie potrafi mówić po polsku do dziś, choć od momentu otrzymania przez niego obywatelstwa minęło już dziesięć lat.

Eugen Polanski potrafi, a swoją grą i zachowaniem w pewnym momencie nawet kupił serca wielu biało-czerwonych fanów, ale to klasyczny „farbowany” model.

Gdy miał szansę na grę w reprezentacji Niemiec, jeszcze grając w hiszpańskim Getafe, na pytanie: komu kibicowałby w meczu Polska-Niemcy, bez wątpliwości w głosie odpowiadał – Niemcy. To właśnie on był kapitanem reprezentacji Niemiec do lat 21. W tym wieku raczej już wiadomo, czy czujesz się Polakiem, czy też nie. Polanski czuł jedynie, że zbliża się Euro2012.

Niemcy U-21. Kapitan Eugen Polanski

Nie ma co winić jego i jemu podobnych – ktoś mu grę w naszej kadrze zaproponował, ktoś go chciał powołać, wystawiać do gry, a nawet oglądać. Nie zmienia to faktu, że nie była to gorąca miłość do Polski, a chłodna kalkulacja. Tak, jak w przypadku Sebastiana Boenischa (bardzo długo trzeba było go namawiać, zgodził się dopiero po odniesieniu bardzo poważnej kontuzji i utracie szans na grę w Die Maanschaft). Damien Perquis? Podobnie jak Obraniak, po polsku „ani me, ani be, ani kukuryku”. Tyle, że z całej czwórki na dodatek grał najgorzej.

Wróćmy jednak do Polanskiego, bo jego wielu uznawało za niefarbowanego. Swój inny od biało-czerwonego kolor sierści potwierdził nie tylko wtedy, gdy odmówił udziału w zgrupowaniu reprezentacji pod pretekstem urlopu czy odpoczynku, ale też nie tak dawno – już dawno po szczycie formy i momencie, w którym jego wartość była największa.

Nie jest tajemnicą, że znalazłby sobie bez problemu klub w Ekstraklasie. Czy to Legia Warszawa, Wisła Kraków czy niedawno Cracovia – „Pasy” w obliczu problemów z Miro Covilo – zgłosiły się po jego usługi. – Rozmawialiśmy między innymi z Januszem Golem, który nam odmówił. Dzwoniliśmy też do Eugena Polanskiego, ale też wybrał inny kierunek – mówił Michał Probierz. Dziwnie wygląda odmowa byłego kadrowicza w perspektywie najnowszych słów:

Jak sam przyznaje, jest w trudnej sytuacji i rozważy każdą propozycję. Nawet egzotyczną, ale widocznie Ekstraklasa jest dla niego zbyt egzotyczna. Polska liga, czyli – przynajmniej w teorii – rodzima liga nie jest godna, by w niej grać. Być może magnesem byłby „powrót do rodzinnego kraju”, do siebie, do domu… Nie czarujmy się jednak: dom Polanskiego jest po zachodniej stronie Odry.

Wiemy, że poziom Ekstraklasy to nie są Himalaje. Ale dla kogoś takiego jak Polanski, który po wygaśnięciu kontraktu z TSG Hoffenheim pozostaje bez klubu? Jeśli faktycznie czułby związek z naszym krajem, nie zastanawiałby się długo. Tak, jak nie zastanawiali się w przeszłości Smolarek, Wichniarek, Świerczewski, Kałużny, Jeleń, Żurawski, Frankowski, Brożek i wielu, wielu innych, którzy na koniec kariery pokopali jeszcze chwilę w swojej lidze. Swojej prawdziwej, nie przyszywanej w obliczu dobrej koniunktury…

Samego Polanskiego nam jakoś nie żal. Szkoda tylko, że taki niechętny Polsce nie był wtedy, gdy zamieniał barwy niemieckie na polskie i zabrał jakiemuś Polakowi możliwość wzięcia udziału w imprezie, która prędko się nad Wisłą nie powtórzy.