Podbić Premier League i wrócić do Widzewa. „Chociaż niektórzy zachowali się nie fair…”

Do niedawna największy talent Akademii Widzewa i reprezentant młodzieżowej reprezentacji Polski. Obecnie wracający po długiej kontuzji piłkarz klubu Premier League, gdzie strzeże bramki drużyny do lat 18. Jak wygląda życie młodego, polskiego bramkarza w angielskiej akademii? Czym różni się szkolenie w Polsce od tego na Wyspach? Jak wiele stracił przez błędne diagnozy lekarzy?  Dlaczego musiał odejść z Widzewa? Kto zakazał mu treningów z drużyną? O tym wszystkim w szczerej rozmowie opowiada nam Piotr Zalewski, polski rodzynek w Brighton & Hove Albion.

Polska w Anglii bramkarzami stoi. Młodymi również: ty w Brighton, Hewelt w Evertonie, Bułka w Chelsea, Stryjek w Sunderlandzie, Wusiewicz w Burnley, Przybek w West Bromwich, Brzozowski w Queens Park Rangers, Kuryłowicz w Tottenhamie, Sokół w Manchesterze City i no ten najsłynniejszy z polskiej kolonii w Anglii, czyli Kamil Grabara w Liverpoolu. Niedługo w Premier League będą malować bramki na biało-czerwono.

Jest nas wielu, od czasu do czasu się do siebie odzywamy. Wiadomo, że codzienne treningi i mnóstwo kilometrów – bo przecież jesteśmy rozsiani po całej Anglii – uniemożliwiają bardziej zażyłe kontakty. W Sunderlandzie poznałem trochę lepiej Maksymiliana Stryjka, zachował się bardzo w porządku: oprowadził mnie po klubie, pokazał wszystko, oferował pomoc. Miły człowiek i życzę mu jak najlepiej, bo jest blisko pierwszej drużyny. Najbardziej znany jest Kamil Grabara, u którego podoba mi się pewność siebie. Chociaż może niekiedy trochę przesadzi, to jednak taka znajomość własnej wartości może mu w życiu pomóc. Poziom U-23 w Anglii jest naprawdę duży, a on broni regularnie. Życzę mu wszystkiego co dobre, bo umiejętności ma ogromne. W ekstraklasie broniłby od deski do deski.

Wyjechałeś w tym wieku, co Wojciech Szczęsny – mając 16 lat. Nie myślałeś o tym, żeby poczekać i jeszcze zostać w Polsce?

– Od dziecka byłem pewien, że wyjadę do Anglii, bo uwielbiam wyspiarską piłkę. Tempo, styl gry, cała ta otoczka – kocham to. Czy się wahałem przed wyjazdem? Po Widzewie mogłem grać w Lechu Poznań, gdzie byli świetni trenerzy bramkarzy i wiemy, że w tamtejszej akademii niejeden się wybił. Przekonała mnie jednak rodzina zastępcza, w której mieszkasz, gdy jesteś juniorem klubu Premier League. Nie chciałem iść do bursy. Wyjeżdżasz i brakuje ci rodziny, ale dzięki temu masz jakąś namiastkę rodzinnego klimatu. W bursie tego nie ma. Poza tym wiemy, co się potrafi w takich akademikach dziać.

Jak funkcjonuje taka rodzina zastępcza?

To są kibice Brighton, którzy zwykle mają już dorosłe dzieci, a chcą wykorzystać puste pokoje i pomóc klubowi w wychowywaniu juniorów. Nawiązują oni współpracę bezpośrednio z klubem, a później to klub decyduje, do której rodziny trafi poszczególny junior. To już moja trzecia taka rodzina, choć każda bardzo mi odpowiadała. Jasne, miałem obawy. Menedżer powiedział mi jednak: „Piotrek, wysyłałem już wielu chłopaków do Anglii i wszyscy chwalili takie rozwiązanie”. Najpierw mieszkałem ze scoutem Brighton, Garym. Fantastyczny człowiek, zna się na futbolu jak mało kto. Później jednak wysłali mnie do innej – być może brakło miejsca u Gary’ego albo zwolniło się gdzieś indziej? W każdym razie tam też było OK. Wszystkich mogę chwalić, bo jestem zachwycony profesjonalizmem tych ludzi. Myślę, że już w tej trzeciej, obecnej, zostanę na dłużej.

Jestem ciekaw, czy tego pomysłu z rodzinami zastępczymi nie można byłoby przenieść na nasz grunt. Wiernych kibiców przecież nie brakuje. 

Można byłoby spróbować, bo w Polsce jeszcze tego nie ma. W Anglii chyba tylko w Manchesterze City jest bursa, w każdym innym klubie raczej preferują rozwiązanie z rodziną zastępczą. Dzięki temu można się lepiej skupić na tym, co najważniejsze: ciężkiej pracy. Mieszkam razem z Serbem i z Litwinem, kolegami z drużyny. Wiadomo, że wszyscy w zespole raczej lubią się wzajemnie, ale najbardziej trzymasz się jednak z tymi, z którymi mieszkasz. Jeśli gdzieś wychodzę na miasto do restauracji to głównie z tą dwójką.

Kilkukrotnie wystąpił w reprezentacji Polski do lat 15.

Duży przeskok odczułeś, przenosząc się z polskich treningów na te angielskie?

Był taki ciężki moment, jeszcze na rok przed moim przyjazdem na stałe. U nas ligę kończyło się 20 czerwca, a u nich zaczynała się 1 lipca. Byliśmy wtedy na obozie w Portugalii. Intensywność pierwszego treningu pamiętam do dzisiaj – taki był trudny. Z każdym dniem było coraz lepiej, bo do wszystkiego można się przyzwyczaić. Najgorzej wspominam basen, chociaż nie bolały mnie w wodzie plecy. Pływać jednak tyle interwałów pod prąd…

Pod prąd?                                                                                                                                

Pod wodą mają na basenie taką specjalną maszynę, która pompuje wodę w taki sposób, by ta płynęła z dość dużą prędkością w twoim kierunku. Ty natomiast musisz przepłynąć 25-metrową długość w dwie strony – i to wiele, wiele razy. Mordęga. Po żadnych treningach w życiu nie byłem tak wyczerpany, jak po tych na basenie. Trudne były też beep-testy, czyli wahadłowe bieganie przez sześć minut na maksymalnej prędkości. Biegniesz w tę i z powrotem, ile masz siły. Chłopaki się śmiali, że jestem bramkarzem i to po kontuzji, więc pewnie będę na końcu. Ale zawziąłem się i skończyłem w połowie stawki. Wyprzedziłem nawet jakiegoś napastnika, więc koniec końców śmiali się z niego.

Czytałem ostatnio autobiografię Stevena Gerrarda, który mówił, że trenując w Melwood juniorzy mieli stały dostęp do największych gwiazd Premier League. U was wygląda to podobnie?

– Oczywiście nie trenujemy na jednym boisku, ale ten dostęp jak najbardziej jest. I to taki z kategorii tych najbardziej motywujących: oni niby gdzieś są, ale trochę oddaleni. Niby na wyciągnięcie ręki, ale żeby tam się dostać, musisz bardzo ciężko pracować. Widok trenującej pierwszej drużyny jest sporym, codziennym zastrzykiem motywacji. Jak patrzę na nich to myślę sobie: zapieprzaj, Piotrek, to niedługo tam trafisz.

Kto z pierwszej drużyny zrobił na tobie największe wrażenie?

Ostatnio na siłowni porozmawiałem dłużej z Timem Krulem. W pierwszym momencie mówię: kurczę, przecież jeszcze niedawno oglądałem go, jak wygrał Holandii ćwierćfinał mistrzostw świata w karnych, a teraz on mówi mi, jak mam pracować, na co zwrócić uwagę, zdradza jakieś niuanse bramkarskiego rzemiosła. Odwiedził nas też Frank Lampard, odpowiadał na każde pytanie. Wspominał o tym, jak wspinał się na szczyt, jak radził sobie z kontuzjami, co chyba jest najtrudniejszym momentem dla każdego piłkarza…

Ty się borykałeś z kontuzją bardzo długo. Zabrała ci niemal cały ostatni rok, a przecież w takim wieku taka absencja to wieczność.

Bardzo długo to leczyłem, bo nie wiedziałem dokładnie, co mi jest. Nikt nie potrafił w Polsce tego zdiagnozować. Na początku poszedłem do fizjoterapeuty w SMS-ie. On stwierdził, że jest kłopot z miednicą, więc pracowałem na siłowni i robiłem wszystko, co mi kazali. Nie pomogło. Dostałem skierowanie do dr Kasprzaka w Łodzi, już miałem za trzy miesiące wchodzić na boisko, ale też żadnych efektów. Pojechałem do osteopaty do Krakowa nawet – to samo.

Czyli do Brighton poleciałeś z urazem?

Tak, bo pomyślałem: jak już w klubie Premier League mnie nie wyleczą, to chyba nigdzie tego nie zrobią. Nie wiedziałem, co mi dolega, a to chyba najgorsze uczucie. Poleciałem do Brighton, tam wzięli mnie do Lonydnu do lekarza, a ten niemal od razu: masz pękniętą kość w plecach. Rozpoczęli rehabilitację, wyleczyli mnie i wróciłem.

Co było przyczyną kontuzji? I czy teraz już nic ci nie dolega?

Na pewno sztuczne boiska, na których non-stop trenowałem i grałem. Uważam, że sztuczna trawa niszczy piłkarzy, a tę kontuzję zgotowało mi tego typu boisko ChKS-ie. Od miesiąca trenuję na pełnych obrotach, przed wyjazdem na święta do Polski zagrałem nawet jeden mecz z Crystal Palace. Chociaż po takim rozbracie z piłką nie jest łatwo wrócić – uważam, że zagrałem dobry mecz.

Stanąłeś między słupkami, choć pewnie konkurencja do bluzy z numerem 1 jest ogromna. 

W drużynie U-18, kiedy leczyłem kontuzję, bronił rok starszy ode mnie bramkarz, który „łapał” także w młodzieżowej reprezentacji Anglii, więc łatwo nie jest. Wiem jednak, że dostanę swoje szanse i mecz z Crystal Palace był tego dowodem. Wierzą we mnie, sam też nie przyszedłem tu dlatego, by zatrzymać się na drużynie U-18. Samo znalezienie się tutaj to na pewno nie jest koniec ani szczyt marzeń. Nie mógłbym mieć zresztą innego podejścia, bo inaczej tak szybko jak tu przyszedłem, tak musiałbym pakować walizki i wracać.

Brighton zajmuje miejsce w środku tabeli Premier League.

Na pewno pomaga ci też to, że pierwsza drużyna – pomimo statusu absolutnego beniaminka – radzi sobie w Premier League bardzo dobrze.

Brighton ostatnio w angielskiej ekstraklasie grał jeszcze przed założeniem Premier League, w 1983 roku. Czuć, że wszyscy mieszkańcy miasta są niesamowicie zakręceni na punkcie drużyny i wiedzą, że są świadkami czegoś niecodziennego. Wracamy pewnego razu z chłopakami pociągiem, zaczęliśmy rozmawiać o meczach. Nagle ludzie obok odwrócili się do nas, dołączyli się do dyskusji i kiedy dowiedzieli się gdzie gramy, mieli milion pytań o Brighton. Razem z innymi juniorami chodzimy na mecze pierwszej drużyny, chłoniemy atmosferę najlepszej ligi świata od wewnątrz. Nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba. Fajne są treningi, a także niektóre zwyczaje na nich. Na przykład jak jako bramkarz nie rzucisz na piłkę, tylko odprowadzisz ją wzrokiem – musisz zrobić pięć pompek. Czekam z niecierpliwością na każde kolejne zajęcia. Nawet nie po to, by od razu bronić w każdej minucie. Dla mnie teraz najważniejsze jest to, by wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji. Wtedy o nic innego nie będę musiał się martwić.

Zanim odszedłeś do Brighton, w prasie i internecie pisano o „dziwnym transferze”. O co chodziło z tym odejściem z Widzewa? Grałeś w tym klubie od samego początku, a przecież do Brighton odszedłeś z SMS-u.

Serce mam czerwono-biało-czerwone, jestem widzewiakiem, kibicem tego klubu i nie wstydzę się mówić o tym głośno. Potraktowano mnie jednak bardzo niefajnie. To w ogóle była strasznie dziwna sprawa.

To znaczy?

Jestem na spotkaniu z menedżerami przed wyjazdem do Brighton na drugie testy. Omawialiśmy bardzo ważne sprawy dla mnie, byli też moi rodzice. Nagle dostajemy telefon od kierownika Akademii Widzewa, że jest coś do podpisania. Nie było powiedziane, że to kontrakt czy coś. Po prostu: coś do podpisu, to mogło być cokolwiek. Nie mogłem jednak ot, tak wyjść sobie i jechać, bo byłem na spotkaniu. Druga sprawa, że jak wróciliśmy do domu, to było już dość późno. Coś po 22. Mama zadzwoniła do klubu, czy ze względu na późną porę moglibyśmy spotkać się jutro.

Zgaduję, że do spotkania nie doszło?

Dziwne, bo nie byliśmy przecież umówieni. Nie było tak, że nie przyszliśmy na wcześniej uzgodnione spotkanie. Poza tym – przecież mogliśmy się spotkać następnego dnia. To ani żaden problem, ani sprawa życia lub śmierci. Normalna sytuacja – umawiasz się, przychodzisz, podpisujesz. My jednak usłyszeliśmy, że jesteśmy nieprofesjonalni i w ogóle: co my sobie wyobrażamy? Trudno, przecież nie musiałem niczego podpisywać, by w Widzewie grać. Pojechałem na testy do Brighton, później Sunderlandu…

Wracasz, a tam niespodzianka.

Po powrocie dostałem wiadomość od trenera Wasiaka, że niestety, ale nie mogę trenować z żadną drużyną. Trener chchciał żebym grał, ale zostałem zawieszony przez klub. Bardzo mnie to zabolało – nawet nie jako piłkarza, ale jako kibica Widzewa. Nie wiedziałem na dobrą sprawę: dlaczego? Oddałem wiele zdrowia temu klubowi, bo jednego tygodnia broniłem nawet w czterech meczach w czterech różnych rocznikach. Zadzwoniłem do trenera Muchińskiego, wysłałem wiadomość kierownikowi Krajewskiemu, ale nic to nie zmieniło. Gdyby nie to, pewnie bym został w Widzewie.

Odszedłeś jednak do SMS-u.

Nie miałem wyjścia, bo przecież nie poszedłbym grać w Łódzkim Klubie Sportowym, a w Widzewie miałem zakaz nawet trenowania z drużyną. Szkoda, bo chciałem dokończyć gimnazjum w Polsce i odejść za granicę z Widzewa.

Reprezentacja Polski U-15 z Piotrem Zalewskim w bramce.

W Widzewie w następnej rundzie bronili młodzieżowcy, którym szło – delikatnie mówiąc – dość różnie. Być może dostałbyś szansę w pierwszej drużynie?

Trenowałem z pierwszym zespołem i miałem obiecany występ w ostatnim meczu sezonu, w którym Widzew awansował z czwartej do trzeciej ligi. Trener Płuska, który mnie wspierał i pomagał mi, mówił: ciężko pracuj, a na zakończenie damy ci szansę się pokazać. Na tym mi najbardziej zależało – zagrać przy widzewskiej publiczności, której jestem przecież częścią. Nawet pięć minut! Przecież o nic nie graliśmy, awans mieliśmy w kieszeni, a też bez przesady, ze zagrałbym jakoś fatalnie i wpuścił pięć bramek. Znam swoją wartość, na pewno by tak nie było. Trener powiedział nawet po jednym z treningów przy mojej mamie, że „postawimy na koniec młodego w klatce”. Nie znalazłem się jednak nawet w kadrze meczowej. Byłem strasznie zawiedziony. Powiedzieli mi później: Piotrek, trenowałeś z drużyną, przyjdź na fetę z okazji awansu do autokaru. Przyjąłem zaproszenie do wiadomości, ale nie poszedłem. Nie czułem, że dorzuciłem swoją cegiełkę do awansu, choć bardzo chciałem to zrobić.

Dla klubu to też byłoby swego rodzaju działanie promocyjne całej Akademii: „Patrzcie, mamy chłopaka, który ma 15 lat i broni nie tylko w kadrze Polski, ale i w pierwszej drużynie. Młodzież w Widzewie istnieje i ma się dobrze”.

Tak się jednak nie stało. Było mi bardzo przykro, bo z Widzewem jestem związany odkąd pamiętam. Chodziłem na trybuny, wyprowadzałem piłkarzy na mecze jeszcze w Ekstraklasie… Całą noc się zastanawiałem: co się stało? Co było przyczyną, że się w tej kadrze nie znalazłem? Źle trenowałem, coś zrobiłem? Do tej pory nie wiem. Żalu do Widzewa jednak nie mam, bo nie potrafię mieć. Wiem, że to właśnie przy Piłsudskiego – jeśli zdrowie i umiejętności pozwolą – chciałbym zakończyć karierę. Zrobię wszystko, by wrócić jako uznany na świecie piłkarz, a nie z podkulonym ogonem.

W czasie gry w Widzewie wystąpiłeś też kilka razy w młodzieżowej reprezentacji Polski, choć tutaj o miejsce jest pewnie jeszcze ciężej niż w Brighton, o czym świadczy choćby ta litania nazwisk polskich golkiperów broniących na Wyspach z pierwszego pytania.

Bardzo szanują w Anglii polskich bramkarzy i to widać na każdym kroku, jak świetną robotę wykonali dla przyszłych pokoleń Wojtek Szczęsny, Łukasz Fabiański czy Artur Boruc. W reprezentacji Polski do lat 15 wystąpiłem czterokrotnie, oczywiście bardzo miło to wspominam. Przestałem być powoływany ze względu na kontuzję, ale jestem w stałym kontakcie z trenerem kadry. Przez cały rok powtarzał mi: Piotrek, jak będziesz zdrowy to daj znać, przyjedziemy cię zobaczyć. Już niedługo powinno to mieć miejsce. Najpierw jednak czeka mnie bardzo ciężka praca na treningach, by w ogóle zacząć myśleć o Premier League czy młodzieżowej reprezentacji. Jestem świadomy tego, gdzie jestem. Wiem, że na moje miejsce czeka tysiące dzieciaków. Szanuję to, że tam jestem i z pokorą, ale pewny siebie mówię:  jeszcze o mnie usłyszycie.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ STAŃDO