Początki miały być trudne. I rzeczywiście są…

Gdy reprezentację Polski seniorów rugby XV przejmował Duaine Lindsay, powiedział nam, że najtrudniejsze będą pierwsze trzy spotkania w Pucharze Narodów Europy. Po zaledwie kilku tygodniach weekendowych treningów, przejrzeniu kadr i wstępnym zarysowaniu nowej taktyki trener miał poprowadzić Biało-czerwonych do walki z reprezentacjami państw prezentujących przyzwoity, kontynentalny poziom. Porażka ze Szwajcarią, w drugim z tych meczów boli zupełnie inaczej, niż ta pierwsza.

Przeciwko Szwajcarom nasza drużyna narodowa zagrała w zupełnie innym zestawieniu niż dwa tygodnie wcześniej, a przez niespełna pół godziny totalnie dominowała na boisku. Sęk w tym, że mecz rugby trwa nieco ponad 80 minut…

Stabilizacja? A co to?

To pytanie mógłby zadać Duaine Lindsay. Irlandczyk powiedział nam wprost:

To, że kluby francuskie nie w każdym meczu puszczają swoich zawodników na kadrę to ogromny problem. Praktycznie każde zgrupowanie to budowa zespołu od podstaw. I o ile na jesień, kiedy będziemy mieli już za sobą większą ilość zajęć, gdy każdy z zawodników kadry pozna założenia taktyczne i system gry reprezentacji, będzie dużo łatwiej. Na razie musimy wciąż zaczynać od nowa za każdym razem…

Dwa tygodnie temu rozegraliśmy spotkanie z Holandią (pisaliśmy o nim TUTAJ). Wówczas Lindsay nie mógł skorzystać z zawodników grających we Francji i wystawił następujący skład:

Chróściel, Bobryk, Kostałkowski – Król, Powała-Niedźwiecki – Wiśniewski, Płonka, Zeszutek – D. Plichta – Banaszek – Grabowski, Kępa, Szczepański, Charlat – J. Nowicki

Ze Szwajcarią zagraliśmy totalnie odmienioną wyjściową piętnastką:

Janiec, Bobryk, Kostałkowski – Ławski, Bartoszek – A. Nowicki, Konrath, Zeszutek – M. Plichta – Banaszek – Rokicki, Szczepański, V. Beccou, A. Beccou – J. Nowicki

W porównaniu z drużyną, która 30 do 71 uległa Holandii ostało się 6 zawodników, czyli 60% składu zostało wymienione. A co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? W najbliższy weekend Polacy zagrają z najmocniejszą w naszej grupie Portugalią, ale o stabilizacji wciąż nie będzie żadnej mowy, ponieważ „Francuzów” znowu zabraknie. Po raz kolejny trzeba będzie stawiać nowe fundamenty…

W wyjściowym składzie reprezentacji Polski, w porównaniu z meczem z Holandią, ostało się zaledwie sześciu zawodników/fot.  PressFocus

Miłe złego początki

Pierwsze pół godziny meczu w Genewie Polacy rozegrali tak, jakby chcieli zrobić urodzinowy prezent Duaine’owi Lindsey’owi, ponieważ Irlandczyk tego dnia kończył 47 lat. Na grę Biało-czerwonych patrzyło się z dużą przyjemnością. Przede wszystkim praktycznie przez cały czas byli w posiadaniu piłki, a w takiej sytuacji świetnie wiedzieli, co z nią należy zrobić i cierpliwie ponawiali ataki, szukając dziury w defensywie Helwetów. Gdy chociaż przez chwilę piłka dostawała się w ręce rywali, błyskawicznie zostawała odzyskiwana. Po płycie boiska hulał wiatr, który w pierwszej połowie był dużym sojusznikiem Polaków, a ci z niego korzystali. W pierwszych 25 minutach trzykrotnie przedarli się w pole punktowe gospodarzy. A że dobrze dysponowany był kopiący na słupy Dawid Banaszek, Biało-czerwoni w pewnym momencie prowadzili już 21:0. I właśnie wtedy…

– Do 30 minuty graliśmy perfekcyjnie, zabrakło koncentracji i utrzymania taktyki. Mogliśmy ten mecz zamknąć już w pierwszej połowie, grając bardziej konsekwentnie, niestety to się nam nie udało. Zamiast tego zaczęły się indywidualne błędy i głupie straty – zauważa kapitan Polaków, Piotr Zeszutek.

Odwrócenie ról

Rzeczywiście, Szwajcarzy do przerwy nie pokazali w ofensywie zbyt wiele, a mimo tego pierwszą połowę zakończyli z dwoma przyłożeniami na koncie. Polacy, zamiast znokautować rywala, który leżał już na deskach, sami podali mu rękę. Wynik 12 do 24 pozwolił miejscowym po przerwie powrócić do gry.

Przeciwko Szwajcarii Polacy zagrali znacznie lepiej niż w meczu z Holandią, niestety, nie wykorzystali szansy na zwycięstwo /fot. PressFocus

Po zmianie stron to Helweci grali z wiatrem, dosłownie i w przenośni. Z minuty na minutę radzili sobie coraz lepiej i systematycznie odrabiali straty. W 51 minucie żółtą kartkę obejrzał Kacper Ławski, a chwilę po tym, jak powrócił na murawę, gospodarze tracili już do nas tylko jeden punkt. Czemu po przerwie wyglądaliśmy tak źle? Piotr Zeszutek mówi o jakiejś dziwnej blokadzie psychicznej i decyzjach sędziów, które w ważnych momentach podcinały skrzydła. A selekcjoner?

– Ponieważ graliśmy pod wiatr, mieliśmy trzymać piłkę, szanować ją i nie pozbywać się jej zbyt szybko. Zamiast tego zaczęliśmy popełniać zbyt wiele przewinień, a gra przeniosła się pod nasze pole punktowe. Szwajcarzy w końcu wyszli na prowadzenie i obraz gry znów się odwrócił. Nie wiem, czy oni spanikowali czy nie, ale w ostatnich fragmentach meczu mieliśmy wiele okazji, żeby jeszcze odnieść zwycięstwo. Niestety, nie udało się – żałuje Lindsay.

Rzeczywiście, Polacy powrócili do dobrej gry dopiero w końcówce spotkania, kiedy już przegrywali. Szkoda, bo gdyby prezentowali się przez całe spotkanie tak jak w początkowych 25 minutach oraz przez ostatni kwadrans, pewnie przywieźliby z Genewy nie tylko zwycięstwo, ale i punkt bonusowy. A tak do tabeli RET mogą doliczyć sobie jedynie bonus obronny.

Tabela Rugby Europe Trophy 2018 / źródło: rugbyeurope.eu

Dobre i to, bo przybliża Polaków do utrzymania, chociaż do tego wciąż jeszcze daleka droga…W najbliższy weekend czeka nas kolejny mecz bieżącej edycji Rugby Europe Trophy, ostatni, o którym nasz irlandzki selekcjoner powiedział, że należy w nim przede wszystkim zminimalizować straty. Portugalia walczy o awans do wyższej dywizji, podczas gdy nasza kadra przypomina jeden wielki plac budowy, na którym pojawił się co prawda nowy architekt, ale nigdy nie wie, którzy murarze pojawią się w pracy następnego dnia…