Po poniedziałku wtorek, po zimie wiosna, Lechia wygrywa derby Trójmiasta

Lechia Gdańsk pokonała Arkę Gdynia w derbach Trójmiasta rozgrywanych w ramach 31. kolejki piłkarskiej Ekstraklasy. Gospodarze walczyli i prowadzili w tym spotkaniu, ale ostatecznie to goście za sprawą trafień Vitorii i Paixao odnieśli zwycięstwo.

Po raz pierwszy pod bramką Lechii zagotowało się w 5. minucie spotkania, gdy przed szansą do zdobycia gola stanął Marcus. Stolarski interweniował wślizgiem i kibice stojący za bramką Kuciaka nie mieli wątpliwości – pomagał sobie ręką. Sędzia potrzebował co prawda chwilę do namysłu, posłużył się VAR-em, ale ostatecznie zdecydował się podyktować jedenastkę. Z wapna bezbłędny okazał się Szwoch, który wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Arka weszła w ten mecz lepiej, bardziej agresywnie, chciała wyjść na prowadzenie, za co została wynagrodzona trafieniem na 1:0.

Gospodarze długo nie cieszyli się z prowadzenia. Widać było, że Lechia będzie próbowała rozgrywać swoje akcje lewą stroną boiska. To właśnie po dośrodkowaniu z tej strefy Oliveiry pozycję w polu karnym wygrał Vitoria, który pewnym strzałem zaskoczył Steinborsa. Nie można mówić w tej akcji o przypadku – kilka minut wcześniej w bliźniaczej sytuacji Kanadyjczyk minimalnie minął się z piłką, a już wtedy mogło nastąpić wyrównanie. Drugi kwadrans pierwszej części gry należał do gdańszczan.

Vitoria strzelił dla Lechii gola na 1:1

Trzy minuty przed końcem pierwszej części gry Lechia przeprowadziła książkową kontrę. Rzut rożny miała Arka, ale po złym dośrodkowaniu to goście przejęli piłkę. Błyskotliwym zgraniem futbolówki na ściankę popisał się Oliveira, celnie dośrodkował Sławczew, a strzałem głową całą akcję wykończył Paixao. Podręcznik wyprowadzania kontr, strona druga – Real Madryt by się nie miał czego wstydzić.

Całe szczęście, że Lechia pograła tuż przed końcem, bo przysypialiśmy. A tak – było nie było – obserwowaliśmy trzy trafienia przed przerwą, co absolutnie wybroniło pierwszą odsłonę i należy jej przyznać plusa.

W drugiej części gry spodziewaliśmy się, że spotkanie rozpocznie się tak, jak się kończyło się w pierwszej połowie – od agresji, walki, bo piłkarze skakali sobie do gardeł. Mieliśmy wrażenie w ostatnich minutach, że w końcu jesteśmy na spotkaniu derbowym, a nie meczu przyjaźni. Zbyt wiele z gry jednak oba zespoły nie miały, rogalem zaskoczyć Sterinborsa próbował Flavio, chwilę później dwa pozytywne akcenty dał wprowadzony za Siemaszko Esqueda. Arka musiała, ale nie wiedziała jak, Lechia nie musiała, więc ograniczyła się do gry obronnej z próbami groźnego skontrowania gospodarzy.

Aktywny na skrzydle był Zarandia, ale właśnie – zawsze coś w nim nie pasowało. Albo dobrze przyjął i źle dogrywał do kolegów, albo źle przyjmował i o dogrywaniu nie było mowy. W każdym razie jako jeden z niewielu żołnierzy Ojrzyńskiego brał grę na siebie i widać było, że chce wrócić do domu w dobrym humorze. Lechia maksymalnie jak się tylko dało przedłużała. Zwalniała każdą możliwą akcję, wszystkie wznowienia były tak ostentacyjnie celebrowane, jakbyśmy oglądali mecz futbolu amerykańkiego. Dwa minuty gry i kilkadziesiąt sekund przerwy w oczekiwaniu na nie wiadomo co.

Bardziej podobała nam się Arka w końcówce, ale… niewiele z tego wynikało. Gospodarze mieli dwie sytuacje w doliczonym czasie gry, ale na posterunku był Kuciak. Gdybyśmy mieli wskazać lepszy zespół, to było równo, bardzo równo, ale… chyba jednak wynik był zasłużony. Powody do wyrzucenia w pierwszej połowie z boiska Vitorii miał sędzia Raczkowski, ale tego nie zrobił, więc nie będziemy gdybać, co by było, gdyby gospodarze grali drugą połowę w przewadze.

 

Pełna oferta LV BET na mecze Ekstraklasy po kliknięciu w baner

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem