Po Bolcie czystka będzie straszna. Van Niekerk nadzieją na uratowanie lekkiej

Mimo że Usaina Bolta zobaczymy jeszcze na bieżni raz, podczas sztafety 4 x 100 m, a Mo Farah powalczy o złoto w wyścigu na 5000 m, to coś niewątpliwie się kończy. W jednym momencie odchodzi dwóch mistrzów, którzy w ostatnich latach błyszczęli na arenach międzynarodowych. Którzy wizerunkowo mieli w garści całą lekką atletykę i decydowali o jej obliczu. Teraz, gdy obaj wynoszą kolce na strych, zostaje bezkrólewie. Chyba że ktoś podejmie się wyzwania i będzie gotowy wziąć promocyjną odpowiedzialność za całą dyscyplinę na swoje barki.

Kenenisa Bekele, Blanka Vlasic, Jelena Isinbajewa, chwilę wcześniej Asafa Powell, Jeremy Wariner, Haile Gebrselassie, a ostatnimi czasy Palima Jelimo, David Rudisha czy Genzebe Dibaba – to nazwiska, które globalnie generowały największą popularność wśród wszystkich lekkoatletów. Pomijam oczywiście Bolta i Faraha, którzy całą grupę zjadali promocyjnie niczym małą kanapeczkę na śniadanie. To oni byli frontmanami Królowej Sportu i to na ich barkach spoczywało dbanie o to, aby stadiony wypełniały się kibicami podczas mityngów Diamentowej Ligi. To oni dbali o sprzedaż biletów na imprezy mistrzowskie i obecność setki fotoreporterów podczas eliminacyjnej sesji porannej na mistrzostwach świata. To oni robili wszystko, aby między Messim, Ronaldo, Mayweatherem i McGregorem każdy największy portal na świecie był w stanie na swojej czołówce napisać o Bolcie, który znowu wygrał i Farahu, który zabawił się na ostatnim okrażeniu ze swoimi rywalami jak ojciec z dzieckiem na placu zabaw pod blokiem.

Po Londynie lekką atletykę czeka poważny kryzys, który na pewno będzie brzemienny w skutkach dla popularności całej dyscypliny na świecie. Gdy Jelena Isinbajewa zdobywała swój ostatni złoty medal mistrzostw świata w 2013 roku i ogłosiła światu, że zamierza zakoczyć sportową karierę, nikt specjalnie się tym nie wzruszył. Caryca, która przez tyle lat porywała tłumy i ściągała miliony kibiców przed telewizory stała się mało znaczącym elementem lekkoatletycznej układanki, której brak na nikim nie zrobi żadnego wrażenia. Jej rekordy świata, który były wspominane jeszcze kilka lat wcześniej przez wszystkich i słowa wypowiedziane tuż po nich, które były zapisywane zlotymi zgłoskami, nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Kowalski sprzed telewizora wiedział, że Bolt daje obecnie jeszcze więcej, a oglądanie jego poczynań interesuje jeszcze bardziej. Był bardziej zainteresowany zobaczeniem Jamajczyka w akcji i podziwiania show, które ten potrafi stworzyć, przez co Jelenę świadomie odstawił na boczny tor. Elektryzował się czymś ekstra teraz, zapominając o czymś ekstra z przeszłości. Bez chwili żalu postanowił przejść obojętnie wobec dawnej bohaterki, której klasa sportowa – tu zdziwienie – może być nawet większa niż ta Bolta. Stwierdził, że tyczka kobiet jest mu mniej potrzebna do zaspokojenia własnych potrzeb niż sprint mężczyzn na najbardziej prestiżowym dystansie świata.

I tak było z wieloma innymi lekkoatletami, którzy niegdyś porywali tłumy. Kenenisa Bekele, czyli absolutnie najwybitniejszy biegacz w historii ludzkości od kilku lat z powodzeniem rywalizuje w biegach maratońskich, gdzie może się obecnie pochwalić drugim wynikiem na listach światowych. Pewnie kwestią czasu jest, gdy zestawienie te będzie otwierał. On również był możliwie najjaśniejszą postacią bieżni, następcą Gebrselassie i sportowym ambasadorem całej Etiopii. W momentach chwały Bekele wypełniał stadiony i kazał czekać wszystkim aż do swojego startu w biegu na 10000 m, który prawie zawsze odbywał się na samym końcu. Gdy kolce zamieniał na Adidasy, świat nie uronił łzy, bo na bieżni był już Bolt, który zastępował wszystkich bez wyjątku. Los Bekele nagle przestał ludzi interesować.

Tak samo było z wieloma innymi, wybitnymi jednostkami, które mieliśmy przyjemność oglądania w ostatnich latach. Legenda głosi, że ktoś w ciągu kilku ostatnich latach chociaż raz pomyślał o Jeremy Warinerze, który po znakomitych występach na mistrzostwach świata w Osace miał sobie wybrać kiedy i gdzie pobije legendarny rekord świata Micheala Johnsona. Warinerowi życie się pokomplikowało, na bieżni nie był już tak szybki i najpierw przestał wygrywać, by chwilę później, jako niespełna 30-letni facet, w ogóle przestać bawić się w bieganie. Nikt po nim nawet nie zapłakał, bo znowu – uwaga była skoncentrowana na kim innym. Bez żalu wszyscy przeszli obojętnie wobec gościa, który miał papiery na to, by Magica, który był zresztą jego menadżerem, raz na zawsze wykreślić ze światowych list. Wariner wyzwaniu nie podołał, a świat po nim nigdy nie zapłakał.

Identycznie było z Blanką Vlasic, która w Chorwacji była jedną z najbardziej popularnych sportsmenek początku XXI wieku. Asafa Powell, który był prekursorem jamajskiego panowania w sprincie, został zgaszony przez Bolta do tego stopnia, że jadąc w towarzystwie swojego bardziej utytułowanego kolegi w świat, nie musiał się martwić tym, że ktoś pod hotelem będzie na niego czekał i prosił o autograf. Cały splendor spadał na Bolta, a Powell, mimo że wybitny i jeden z najlepszych w historii, nie był dla żadnego z fanów łakomym kąskiem.

Wielu znakomitych Kenijczyków, Jak Pamela Jelimo, oraz rekordziści świata – Genzeba Dibaba i David Rusisha, są dziś globalnie tak mało istotną układnką dla lekkoatletycznego kibica, że gdyby już nigdy więcej na bieżnie nie wrócili, to pewnie w żadnym domu, ani w Brazylii, ani w Rosji, nie padłoby pytanie: a co się z nimi dzieje? Wilson Kipketer, który na dystansie dwóch okrążeń poprawił rekord świata należący przez wiele długich lat do Sebastiana Coe, był na przełomie wieków gwiazdą największego formatu. Gdy Rudisha podczas igrzysk w Londynie pobił jego rekord świata bez pomocy zająca wydawało się, że świat stanął na głowie. – Takiego 800-metrowca świat już nigdy nie zobaczy – głosili eksperci. I fakt – sportowo na pewno przez kilkanaście, a kto wie, być może i kilkadziesiąt lat, lepszego od Kenijczyka nie będzie. Co z tego, skoro jego facebook’owy fan page śledzi raptem 164 tysiące fanów? Bolta obserwuje prawie 20 milionów użytkowników. To tylko pokazuje, jak blado na tle sprintera wypada absolutnie wyjątkowy sportowiec.

 

Te wszystkie rekordy – Rudishy, Dibaby, Bekele, Isinbajewy, złote medale Blasic, Warinera, Jelimo i wielu innych były ważne, ale zawsze ktoś był ponad nimi. Ktoś, kto i tak zbierał największe laury i błyszczał najjaśniejszą gwiazdą.

Problem w tym, że teraz już tego kogoś nie będzie.

Rudishy w Londynie nie ma, gdyż nabawił się kontuzji mięśniowej. Jelimo już od dłuższego czasu na bieżni nie widać, a Dibaba do finału biegu na 1500 m awansowała dopiero na 6. miejscu w swojej serii półfinałowej. Wcześniej wspominany Bekele dorabia do emerytury na ulicy, a Vlasic, Wariner, Gebrselassie oglądają mistrzostwa w telewizji. Po odejściu króla, czyli Bolta i drugiego pod względem rozpoznawalności obecnie lekkoatlety świata, czyli Faraha, zostaje czystka, którą trudno będzie zastąpić.

Jest jeden lekkoatleta, który ma szanse koneserów Królowej Sportu przed telewizory ściągnąć. Nazywa się Wayde van Niekerk, ma 25 lat, pochodzi z RPA i jest rekordzistą świata na 400 m. Ma wszystko, by swój najlepszy wynik w karierze jeszcze poprawić (43,03) i granice ludzkich możliwości na dystansie jednego okrążenia wyśrubować do takiego stopnia, przy przez kilka dekad nikt się do jego osiągnięć nie był w stanie zbliżyć. Pytanie, czy ktokolwiek kiedykolwiek będzie w stanie przylecieć przez pół świata, żeby zobaczyć w akcji gościa, który stanie na starcie, pobiegnie, wygra i nic poza tym. Czy przyzwyczajeni do standarów Bolta, który  był – jak to mówił wielokrotnie Włodzimierz Szaranowicz – gwiazdą rocka, będziemy umieli zadowolić się w pełni kimś, kto “tylko” szybko biega. Czy gość, który poprawnie, składnie i grzecznie odpowiada na pytania dziennikarzy, rozdaje setki autografów, uśmiecha się do zdjęć, ale nie daje niczego “ekstra” będzie w stanie lekkoatletykę promocyjnie ciągnąć za uszy. Czy nie wrócimy do tęsknoty za Warinerem, Bekele, Vlasic i Isinbajewą, którzy sportowo już na zawsze będą zapisani w lekkoatletycznych annałach, a którzy przez Bolta zostali schowani do trzeciej przegródki z nadzieją, że już nigdy nie trzeba będzie do nich zaglądać. Czy ktokolwiek wśród obecnych gwiazd lekkiej ma papiery na to, by spróbować w jakimkolwiek stopniu naśladować Bolta, który swoim stylem bycia wyznaczał przez tyle lat standardy w światowym sporcie?

Czy dziś jesteśmy się w stanie zachwycać sportowcami, którzy odnoszą spektakularne sukcesy, ale za którymi nie idzie nic więcej? Czy próba “odwzorowania” Bolta, a w mniejszym stopniu również i Faraha, będzie przez ludzi postrzegana jako coś fajnego, czy jako plagiat i to w dodatku niedoskonałe kalkowanie czegoś, co nie ma prawa zostać odwzorowane? Jedno jest pewne – sportowo van Niekerk jest obecnie jedynym tak znakomitym lekkoatletą, który może stawać w jednym rzędzie z Usainem Boltem. Teraz pytanie, czy przez jamajskiego gwiazdora i showmana publiczność nie potrzebuje czegoś więcej niż tylko szybkie bieganie. Jeżeli tak, to van Niekerk odchodząc na emeryturę będzie tyle samo wart co reszta znakomitych sportowców, którzy przepadli w przeciętności. Za którymi nikt nadzwyczajniej w świecie nie tęskni.

 

LV BET przygotował kursy na lekkoatletyczne mistrzostwa świata, które odbywają się w Londynie. Pełna oferta znajduje się TUTAJ.

Jakub Borowicz

Komentarze