Piotr Pawlicki: „Chciałbym być tak dobry jak Neymar”

30.05.2021
Neymar? Dla mnie to jeden z najlepszych piłkarzy na świecie. Nigdy nie porównywałem piłki nożnej do żużla, ale musiałbym wykonać kawał dobrej roboty, by jeździć na takim poziomie, na jakim on gra. Mogą mnie nazywać Neymarem, mogą mnie nazywać jak chcą - ja mam nazwisko. Pawlicki. I jeżdżę na żużlu – przyznał w rozmowie na żywo na kanale Łączy Nas Pasja kapitan FOGO Unii Leszno.

Bartłomiej Stańdo: Po dwóch kolejkach przyznał pan, że „na analizy i wnioski jest zbyt wcześnie”. Czy teraz można się o takowe pokusić? Czy jest pan zadowolony z dotychczasowego przebiegu sezonu w wykonaniu Unii Leszno – zarówno w wykonaniu swoim, jak i całego zespołu? Co można było zrobić lepiej, a co pozytywnie pana zaskoczyło?

Piotr Pawlicki, kapitan FOGO Unii Leszno: Myślę, że nie jest źle. Dajemy z siebie wszystko. Mamy trochę inną drużynę w tym roku i na pewno jest trochę ciężej wygrywać tak zdecydowanie, jak w poprzednich latach. Piątka seniorów, która jest w Unii Leszno, musi punktować równo na swoim poziomie, żebyśmy meczem wygrywali. U mnie z formą jest jak na razie średnio. Nie mogę powiedzieć, że tragicznie, aczkolwiek przed rozpoczęciem sezonu zakładałem, że moja dyspozycja będzie dużo lepsza już od pierwszej kolejki. Tak na razie nie jest, ale wykonujemy sporo pracy z teamem, by wejść na odpowiednią ścieżkę i pomóc drużynie wygrywać. Na ten moment jesteśmy na dobrym miejscu, mamy play-offy, na co z pewnością mocno liczymy i co było naszym celem minimum. Może nie spełniamy oczekiwań, ale robimy na tyle dobrą robotę, że ten cel minimum jest w zasięgu naszej ręki. Oczywiście mamy chrapkę na więcej i jesteśmy zmotywowani jako drużyna, by osiągać lepsze wyniki. Pracujemy dużo nad sprzętem, bo okazało się, że nie jest z nim za wesoło. Myślę jednak, że zawsze po burzy wychodzi słońce. Coś w tę niedzielę powinno drgnąć w dobrą stronę.

Dlaczego dobór sprzętu na ten sezon nie wyszedł najlepiej?

Każdy rok jest inny, na razie jeździmy przy innych warunkach niż w zeszłym roku. Wtedy zaczynaliśmy sezon w czerwcu i ta pogoda była zupełnie inna, więc może to jest przyczyną tego, jak pracują nasze silniki? Choć sam jestem zdania, że kiedy silniki są dobre, to chyba powinny pracować w każdych warunkach, a później kwestią indywidualną powinien być tylko dobór przełożeń i ustawień, pasujących pod dany tor. Jest na pewno w moim przypadku popełnianych dużo błędów. Silniki mogłyby czasami dać z siebie więcej, natomiast ja sam też potrafię się nieźle pogubić. To wynika z tego, że te silniki nie do końca dają mi powody do pewności siebie i odpowiedniego zdecydowania podczas zawodów, co przekłada się później na błędy, ale jestem dobrej myśli. Teraz poświęciliśmy czas na zmiany i zobaczymy, jakie przyniesie to skutki w najbliższej przyszłości.

Użytkownik Mayer na czacie pytał przed rozpoczęciem transmisji: gdzie jest Neymar? Wiąże się z tym moje kolejne pytanie o tekst Wojciecha Koerbera ze Sportowych Faktów, który napisał: „Znam słabe strony tego Byczka, który nie lubi być stratny na swojej żużlowej działalności. Stąd też woli niekiedy spaść z motocykla i dać sobie drugą szansę, niż się na nim utrzymać, mając na piersi napisane szprycą – „koniec wyścigu”. To taki odruch bezwarunkowy, by walczyć o swoje”. Co pan sobie pomyślał po przeczytaniu tej opinii?

Myślę, że to są dwa różne sporty i nie ma sensu porównanie do Neymara, kiedy jeździsz na motocyklach przy 120 kilometrach na godzinę, gdzie małe wytrącenie przez rywala powoduje upadek lub ty sam kładziesz motocykl celowo, żeby nie uderzyć w stojącą 20 metrów dalej bandę przy jeszcze większej prędkości, by sobie krzywdy nie zrobić. Nie zrozumie tego nikt, kto nie siedział na motocyklu. Wsadziłbym na niego wszystkich tych, którzy tak piszą w komentarzach czy w mediach społecznościowych i pokazał, jak się przy takiej prędkości jedzie w kontakcie, kiedy nawet jak zawodnik cię nie dotknie, ale przestawi linię jazdy. Jak to jest, kiedy musisz się ratować zwykłym uślizgiem wyglądającym na specjalny upadek. Osobiście chciałbym być tak dobry jak Neymar, bo dla mnie to jeden z najlepszych piłkarzy na świecie. Nigdy nie porównywałem piłki nożnej do żużla, ale musiałbym wykonać kawał dobrej roboty, by jeździć na takim poziomie, na jakim on gra. Mogą mnie nazywać Neymarem, mogą mnie nazywać jak chcą – ja mam nazwisko. Pawlicki. I jeżdżę na żużlu.

Niekiedy określa się pana mianem krnąbrnego. Być może właśnie dzięki niemu osiągnął pan wiele, ale czy potrafi on czasem przeszkadzać?

Nie zwracam na to zbytnio uwagi. Mam charakter jaki mam i akceptuje samego siebie. Kiedy trzeba wyładować emocje albo sobie krzyknąć, bo czuję, że to ma mi pomóc, a są to ułamki sekund, to… krzyknę. Nigdy się jakoś specjalnie nad tym nie zastanawiałem. Może czasem pomaga, a czasem przeszkadza, w zależności od sytuacji na torze?

Jak na chłodno, z perspektywy czasu, ocenia pan zajścia z Vaculikiem czy Karczmarzem?

W sytuacji z Martinem Vaculikiem być może odezwał się ten mój charakter. Wiele razy zdarzało się, że jechałem z Martinem w biegu i odsuwał mnie na pierwszym łuku, co jest normalne oczywiście – i tu można powiedzieć, że charakter mi nie pomógł. Wkurzenie spowodowało, że w niefajny sposób podjechałem pod Martina i o mały włos go nie wywaliłem, za co szczerze później przepraszałem. W sytuacji z Karczmarzem zdecydowanie jestem cały czas zdania, że chłopak słyszał mnie z wyjścia, że już go mijam i zaczął mi zjeżdżać na prostej do krawężnika, po czym zahaczył o mój hak. Wiele razy to analizował i z kamer faktycznie wygląda to tak, jakbym ja go zahaczał, ale ja w szycie łuku miałem już prosty motocykl i wiedziałem, gdzie pojadę. To on w ostatnim momencie wyjścia z łuku zmienił kierunek jazdy, zahaczając przednim kołem o mój hak. Zdaję sobie sprawę, że to ja go miałem i może powinienem zachować większą ostrożność podczas manewru, dlatego zostałem wykluczony. W wielu takich sytuacjach sędziowie wykluczają tego zawodnika, który był na moim miejscu. Nie zgadzałem się jednak z tymi decyzjami sędziów już przed tym zdarzeniem z Karczmarzem. Ale jasna sprawa – przepis jest taki, że zawodnik mijający nie powinien przeszkodzić mijanemu, nawet jeśli i tak bym go minął. Mój błąd, może mogłem bardziej przykontrować motocykl w szczycie łuku i pojechać bliżej środka toru. W zasadzie nie miałem nawet ochoty dojeżdżać do bandy, ale nie przewidziałem, że będzie zjeżdżał na mnie i chciał mnie przyblokować. Nie wierzę, że Rafał specjalnie wjechał we mnie, żeby się przewalić, ale może myślał, że przestraszę się tego manewru, kiedy spróbuje mnie przyblokować? Już byłem jednak na wyprostowanym motocyklu, nabierałem prędkości.

Wróćmy do pytań na czacie. Użytkownik Tomas pyta o SEC 2021 i życzy powodzenia. Dołączam się do życzeń i mam nadzieję, że zostaniesz indywidualnym mistrzem Europy.
Bardzo się cieszę. Dostałem mnóstwo wsparcia po tym, jak poinformowałem o dzikiej karcie na moich mediach społecznościowych. To fajne uczucie widzieć, ze tyle osób chce twojego sukcesu, na który mocno pracujesz. Nie mogę się już doczekać turnieju o indywidualne mistrzostwo Europy. Jest to trudny turniej, zdaje sobie z tego sprawę, ale mam tez świadomość tego, ze stawałem na podium Grand Prix i niejednokrotnie rywalizowałem z najlepszymi na arenie międzynarodowej. Myślę, że teraz będę miał chłodniejszą głowę. Cel jest prosty: wygrać i awansować do Grand Prix.

Użytkownik cfc1905​ prosi, by spytać o zamieszanie z tunerami, a konkretnie o umowy z żużlowcami. Czy faktycznie jest tak jak piszą?

Nie wiem, co mam powiedzieć. Wydaje mi się, że czasami to wszystko wychodzi poza ludzkie granice. Jestem logicznie myślącym człowiekiem i to tak, jakbym dostał auto od sponsora i sponsor powiedziałby mi, że moja mama czy moja żona nie może jeździć tym autem. Mniejsza. Może nie będę się szerzej wypowiadał na ten temat. Trochę się pozmieniało teraz. Mamy w sumie dwóch, trzech podstawowych tunerów na świecie, którzy robią silniki na bardzo wysokim poziomie. Ten rynek jest trochę wąski, w zasadzie wszyscy najlepsi zawodnicy rywalizujący indywidualnie czy drużynowo w największych rozgrywkach świata, jeżdżą na jednostkach od tych dwóch, trzech tunerów. Dlatego może też wynikły takie sytuacje, ale może nie chciałbym o nich mówić.

Krzysztof Polak pyta, ​czy jazda na rowerze pomaga ci w jeździe na żużlu? Faktycznie, na Instagramie bardzo często dzieli się pan z kibicami zdjęciami z jazdy na rowerze, biegania czy siłowni. Przebiegł pan 18,11 kilometra w biegu charytatywnym Wings for Life World Run. Jak bardzo to pomaga w uprawianiu dyscypliny sportowej, która przecież nie jest sportem sylwetkowym?

Taki mam styl życia. Jestem typem człowieka, który nie siedzi na kanapie i nie ogląda TV z pilotem w ręku. Jestem bardzo aktywny na co dzień, zwłaszcza kiedy mam chwilę wolnego na regenerację i odpoczynek. Lubię zarzucić sobie wędką, w skupieniu patrzeć na spławik, który po chwili tyka w dół i schodzi do wody, później czekasz i zacinasz rybkę. Zawsze wpuszczam je z powrotem do stawu, który dla lata temu sam zarybiałem – mam swoją drogą już fajne, duże sztuki, wpuściłem karpia i amura. Dopóki jednak nie zakończę łowienia to trzymam je ze sobą, żeby się trochę pochwalić. Lubię połowić, zrobić ognisko przy stawie – takie klimaty są ze mną od małego. Całe dzieciństwo wychowywałem się na ranczo, wśród koni, tam też mieliśmy staw. Łowiliśmy z tatą, z bratem i tak pozostało. Do tego rower czy bieganie, choć niestety jeden za długi skok na motokrosie wykluczył u mnie częste biegi. Raz na jakiś czas mogę sobie na takowy pozwolić, ale musiałem się przenieść na rower, którym swoją drogą się mocno zajarałem. Lubię pojeździć, lubię poboksować. Uprawiam kickboxing od kiklu lat. Moja dziewczyna często towarzyszy mi podczas treningów – robimy tarczę, worek, trochę pobiegamy.
Slucham człowieka aktywnego i tylko sobie wyobrażam, jak trudny musiał być moment lockdownu, kiedy zewsząd pojawiały się głosy o tym, by zostać w domu.
Zdecydowanie nie było mi do śmiechu. Jestem bardzo otwarty na wyjścia do restauracji na dobre jedzenie czy kawkę. Lubimy z dziewczyną wyjazdy w miejsca w Polsce, w których wcześniej nigdy nie byliśmy. Na początku lockdownu wydawało się, że zaraz to wszystko minie, ale tak nie było. Teraz, kiedy otworzyli hotele, kiedy można usiąść gdzieś w ogródku i normalnie zjeść, często z tego korzystamy i bardziej to doceniamy.
Jak wyglądał natomiast ten lockdown sportowo w pańskich oczach? Zamknięto stadiony, mecze odbywały się bez udziału kibiców.
Na początku było bardzo dziwnie. Wiadomo, ze człowiek potrafi się dostosować i przyzwyczaić do różnych sytuacji, tak było i teraz, ale było dziwnie. Czasem czulem się, jakbym był na treningu.  Było słychać słowa wypowiadane z dalkiej odległości, nawet gdzieś z parkingu. Pamiętam czasy, kiedy rywalizowaliśmy o złoty medal w Lesznie, to już na samej prezentacji śpiewy kibiców powodowały ciarki i dreszcze. Brak fanów odczuliśmy mocno wszyscy, tego wsparcia brakowało, ale i tak należą się brawa Ekstralidze za to, że mimo wszystko mogliśmy jeździć, później już w jakiejść części zapełnienia trybun.

Wracając do pasji – jedną z nich są sporty walki. Ona sprawi, że zobaczymy pana kiedyś w klatce? Pojedynek żużlowców zorganizował Marcin Najman, który będzie kontynuował pomysł. Sceptyczny wobec niego był Marek Cieślak, który w Przeglądzie Sportowym przyznał: „Jeżeli żużlowcy pójdą się bić między sobą, to będę ich traktował jak małpy w cyrku”. Jak pan do tego podchodzi?

Jełśli któryś z chłopaków chce się pokazać walcząc w klatce czy w ringu, to moim zdaniem nie jest to nic złego. Nie jesteśmy od tego, by to negować. Sam do nich nie dołączę, bo wolałbym dołączyć do Speedway Grand Prix i rywalizować o tytuł mistrza świata na żużlu. To jest to, co kocham robić i oddaję temu całe życie, a sporty walki o tylko dodatek. Dzięki niemu można czasem złapać oddech, a po słabych zawodach trochę się wyżyć. Niektóre elementy treningu, jak podejmowanie decyzji w ułamku sekund na dużym zmęczeniu, mogą zaś przydać się na torze.

Według bukmacherskich kursów faworytem do zdobycia mistrzostwa Polski jest właśnie Unia (2.75), choć niewiele większe kursy są na Spartę Wrocław (3.00) oraz Stal Gorzów (3.50). Jak pan wyceniałby te szanse? Kto według pana będzie stanowił największą przeszkodę do zdobycia piątego mistrzostwa Polski z rzędu?

Na dzień dzisiejszy jest ciasno w tabeli. Czestochowa, która przegrala na swoim torze dwa mecze, między innymi z nami, pojechala do będącej wówczas liderem Stali Gorzów i wygrała. Trudno więc ocenić szanse. Cieszy na pewno, ze w nas wierzą, bo zrobimy wszystko, by piąty raz z rzędu sięgnąć po drużynowe mistrzostwo Polski.

Tomas​Piter pyta na czacie, czy pomaga pana próba toru, gdy startuje pan dopiero w trzecim biegu meczu?

Wiele razy ta próba toru na pewno mi przeszkadzała, aczkolwiek kiedy drużyna potrzebuje, bym pojechał na próbę toru – to jak najbardziej jestem na to otwarty. Często zdarza się, że zawodnicy nie chcą tego robić. Tor na próbie jest inaczej przylany, inaczej się zachowuje, więc potrafi wprowadzić w błąd. Ale to kwestia tego, żeby wyciągać odpowiednie wnioski. Najważniejszy moment jest wtedy, kiedy nie ma na to chętnych – wtedy kapitan musi wyjechać i wyczuć tor, by powiedzieć chłopakom, jak się zachowuje. Trochę już jeżdżę na żużlu, mam czucie maszyny i potrafię przekazać takie informacje. Więc kiedy drużyna potrzebuje, to po prostu jadę.

W poprzednich sezonach istotną częścią sukcesu Unii była mocna para juniorów, na którą zaś w tym sezonie wielu ekspertów narzeka. Słusznie?

Na pewno w poprzednich sezonach tych punktów ze strony juniorskiej było więcej, ale to nie znaczy, ze tutaj trzeba się czepiać aktualnie jadących juniorów. Uważam, że Damian Ratajczak jest bardzo dobrze zapowiadającym się zawodnikiem. Potrzebuje trochę czasu, żeby nabrać swobody i pewności siebie. Z meczu na mecz Kacper Pludra jedzie coraz lepiej – wygrał bieg na wyjeździe w Grudziądzu, wygrał w Lesznie. Do tej pory przyzwyczajeni byliśmy jazdą Bartka Smektały i Dominika Kubery, którzy są naprawdę świetnymi zawodnikami i nie porównywałbym ich do obecnie jeżdżących w Unii juniorów, którym dałbym więcej swobody i zaufania. To im pomoże, poczekajmy trochę. Trener mówił, i ja też zdążyłem to zauważyć, że chłopaki się rozkręcają. Potrzeba im dać trochę czasu.

W 2019 roku przyznał pan, że w drużynie Unii „odczuwamy wszyscy jakąś taką naturalną więź”. Czy coś się w tej kwestii zmieniło przez ten czas, wraz ze zmianami kadrowymi?

Nie ma co ukrywać, że tak. Wiadomo, że z Dominikiem i Bartkiem znamy się praktycznie od zawsze. Pamiętam moment, kiedy chłopaki przyszli do szkółki i zaczęli jeździć. Pamiętam, że Bartuś przychodził na salę w takich długich włosach – ten widok utkwi mi w pamięci do końca życia.Dominika spotkałem pierwszy raz, kiedy byłem na rehabilitacyjnym masażu, blisko jego domu. Przyszedł i powiedział, że chciałby jeździć. Spojrzałem na niego i pomyślałem sobie: kurczę, chłopaszku, ty musisz naprawdę dużo pobiegać, potrenować… Nie miał postury sportowca, a tu proszę, jaki świetny zawodnik z niego wyrósł. Potrafił zmienić swoje życie i dostosować je tak, by stać się dobrym żużlowcem. Osobiście byłem… Może nie wściekły, bo to za duże słowo, ale na pewno przykro było mi gdy dowiedziałem się, że chłopaki nie będą z nami jeździć. Może nie byliśmy super przyjaciółmi, którzy chodzili na obiadki, ale byliśmy dobrymi kumplami w drużynie, co zawsze nam pomagało. Zawsze mówiliśmy sobie prawdę i z chęcią siebie wspieraliśmy. Pomagało dobre słowo gdy jeden z nas widział, że ten drugi jest załamany czy zły. Ta więź była mocniejsza, ale to naturalne. Trochę się pozmieniało, ale takie jest życie i sport. Chłopaki jeżdżą w innych drużynach, osobiście im kibicuje.

Po kilku sezonach przerwy ponownie będzie pan występować w barwach jednego klubu z bratem, tym razem w  Masarnie Avesta, zaś niebawem staniecie naprzeciw siebie w meczu ligowym w Polsce. Lubi pan braterską rywalizację, czy wręcz odwrotnie: wolałby pan unikać takich meczów, co będzie miało miejsce na szwedzkich torach?

Zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, ze rywalizujemy nie tylko indywidualnie, ale też jadąc drużynowo dla swoich klubów. Darzymy się szacunkiem i miłością, krzywdy sobie nie zrobimy, ale na torze fajnie jest wygrać. Nie mówię, że z bratem, ale tak ogólnie. Pod taśmą spotyka się czterech zawodników i każdy chce wygrać. Przemek to jednak z niewielu osób, których się obawiam na starcie. Potrafi sobie dobrze skleić motocykl. Jego osoba na pewno była czynnikiem, który mnie skusił do podpisania kontraktu z Masarną Avesta. Chciałem być przy Przemku w jednej drużynie choćby z Szwecji.

Czy w trakcie sezonu często wymienia pan uwagi z bratem na temat żużla? Czy jest to temat, który się nie nudzi i przewija bardzo często w rozmowach?

Staramy się nie rozmawiać, ale to nie wychodzi. Unikamy tematu, jak to bracia – mamy mnóstwo swoich, ale z drugiej strony wzajemne uwagi, odczucia na temat żużla też są bardzo cenne. Zawsze mówimy sobie prawdę, więc rozmowa jeśli chodzi o testowanie sprzętu czy ogólnie spostrzeżenia, wnioski, jest pomocna.

Pański tata blisko 20 lat temu miał poważny wypadek, podczas którego uszkodził kręgosłup i rdzeń kręgowy. Przez lata wracał do sprawności, a Pan był tego świadkiem. Czy to w jakimś stopniu nie zniechęcało pana do uprawiania tego sportu?

Nigdy takiego momentu nie miałem, choć przez tatę byliśmy raczej dystansowani od żużla. Nie chodziliśmy na stadiony, żużel nie był tematem w domu. Odkąd tata stracil zdrowie na żużlu to nie chciał, żebyśmy jeździli. W dużej mierze dzięki mamie, która pomogła nam wejść tacie na ambicje, podpisał papiery i zgodził się na to, żeby Przemek zaczął jezdzić. On był pierwszy z racji wieku, później do niego dołączyłem i tak to się zaczelo. Duży wpływ miało też miasto Leszno. Wszyscy wiedzą tu, co żużel czy gdzie jest stadion im. Alfreda Smoczyka. Oczywiście tego nie żałuję. Dzisiaj jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo robię to, co kocham i czasem nawet dobrze.

Czas wyleczył rany i teraz już o żużlu z tatą rozmawiacie?

Raczej nie. Tata zajmuje się teraz pomaganiem mojej siostrze w jeździe konno, jest reprezentantką Polski w skokach przez przeszkody. Ma sporo pracy, razem dbają o ranczo i konie – tam, gdzie tata kiedyś wybudował nam stadion żużlowy, gdzie czasami też trenujemy. Przez chwilę nawet kilku chłopaków szkoliło się u taty. On ma jednak co robić. Tematów żużla nie poruszamy z tego względu, że tata też był dobrym żużlowcem i ma swoje odczucia, a ja mam swoje. Czasami się po prostu nie zgadzaliśmy i lepiej było zostać na dobrej relacji ojciec-syn niż kłócić się o sport, który wszyscy kochamy.

Greg Hancock trzykrotnie po czterdziestce zdobywał indywidualne mistrzostwo świata, ostatnio w wieku ponad 46 lat. Planuje pan być długowiecznym żużlowcem?

Oby zdrowie, motywacja i chęć pozwoliły, ale nie każdy jest taki jak greg. Choć wydaje mi się, że to jest do zrobienia. Jesteśmy profesjonalistami, dobrze się prowadzimy, odżywamy, dbamy o swoje ciało, więc może tej siły starczyć na wiele lat. Moim marzeniem jest jednak sięgnięcie po tytuł mistrza świata znacznie wcześniej. Czy będę jeździł tak długo? Zobaczymy. Może będę już tak najedzony sukcesami, że już tylko będę odpoczywał?

Bonus do 3333PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem