Piłkarze zwolnili trenera Widzewa – już dawno temu…

Przed meczem z Sandecją Nowy Sącz Widzew zmienił trenera. Co prawda na raty, z małą przerwą na trening, ale ostatecznie Enkeleida Dobiego zastąpił dotychczasowy asystent, Marcin Broniszewski. W Łodzi zastanawiają się: Widzew, czyli kto? Zarząd Widzewa, który podjął ostateczną decyzję i podpisał się pod dokumentami dotyczącymi rozstania z albańskim szkoleniowcem? Czy może drużyna Widzewa, której według medialnych czy kibicowskich spekulacji było z trenerem nie po drodze?

Nikt konfliktu na linii piłkarze-trener w Widzewie nie potwierdził, ale jednocześnie nie ukrywano, że zwolnienie nie ma podłoża wyłącznie sportowego. – Na końcowy sukces w piłce nożnej składa się zarówno sposób gry zespołu, jak i zarządzanie nim. Nasza decyzja ma związek z oceną obu tych obszarów – powiedział Piotr Szor, p.o. prezesa klubu w oficjalnym komunikacie. – Zamknąłbym to w określeniu ogólne zarządzanie grupą – stwierdził zaś na łamach Weszło. Wątpliwe, by chodziło o organizacyjny bałagan np. w kontekście planowania treningów – znacznie bardziej prawdopodobne są niedostatki w tzw. umiejętnościach miękkich. Innymi słowy: relacje na linii trener-zespół były złe.

Na ów zespół wylała się więc fala krytyki. Najdelikatniejszą z próśb kierowanych do zespołu była ta, by jego znaczna część odeszła jak najdalej w trybie pilnym. Zadawano pytanie: dlaczego ogon kręci psem?

Kibicom nie chodziło tylko o sam fakt, że Enkeleida Dobiego już przy Piłsudskiego 138 nie będziemy oglądać. Umówmy się: kto śledził poczynania Widzewa nie tylko za sprawą Flashscore’a czy Telegazety wie, że nie zatrzymano rozpędzonej maszyny, która była w stanie taranować wszystkich rywali. Nie włożono kija w szprychy pędzącemu rowerowi. Raczej zmieniono trenera w zespole, który nawet gdy wygrywał – nie porywał tłumów. Jego gra nie zwiastowała świetlanej przyszłości, a punkty często były dziełem mieszanki szczęścia, przypadku czy nieporadności rywali. Gra w defensywie uległa poprawie, to nie ulega wątpliwości, lecz z drugiej strony gdy tylko napotkała większy opór – jak w Sosnowcu z Zagłębiem czy w drugiej połowie derbów Łodzi – nie okazywała się monolitem. O ofensywie szkoda mówić: Widzew w tym sezonie strzelił 22 bramki w 24 meczach.

Większość fanów krytykując decyzję o zmianie trenera miała na myśli rządy piłkarzy. Ci, którzy w teorii powinni zajmować się graniem, a nie decydowaniem o obsadzie stanowisk w klubie, mogli mieć wpływ na decyzję o zmianie swojego przełożonego. Złość miała też inne podłoża: do rotacji na stanowisku trenerskim przy Piłsudskiego dochodzi zbyt często, a sami zawodnicy swoje za uszami mają. Porażka i remis w derbach czy porażka w klasyku z Legią to tylko ten sezon, ale złe (i świeże) wspomnienia kumulują się niczym zamiatany pod dywan brud. Wiosna poprzedniego bądź ta z 2019 roku była źródłem jeszcze większej frustracji niż obecna. I nawet, jeśli odpowiedzialni za nią byli inni ludzie niż obecni (do Widzewa w przeciągu 2,5 lat trafiło 52 nowych zawodników), to grupa „piłkarze” na pobłażliwość u fanów musi sobie zapracować. Dlaczego taka sytuacja mogła mieć miejsce w Widzewie i co wspólnego z tym wszystkim ma to, jak wygląda struktura klubu – to natomiast temat na inny tekst. W tym skupimy się na wspomnianym kręceniu psa przez ogon.

Zacznijmy od tego, że w idealnym świecie piłkarze wraz z trenerem tworzą zgraną paczkę. Rozumieją się bez słów, panuje powszechna zgoda i kapitalna atmosfera, jedni za drugim wskoczyliby w ogień, a konflikty nie istnieją. Czy tak powinno być? Jak najbardziej! Czy tak jest zawsze? Niestety, tak jak w idealnym świecie nie ma konfliktów – tak czasami piłkarska szatnia nie jest idealnym światem. Co więc zrobić w sytuacji, gdy pojawia się spór na linii trener-piłkarze? Czy ci drudzy sygnalizujący władzom klubu brak chemii, chęci współpracy i dobrych perspektyw na przyszłość w takim składzie personalnym sztabu szkoleniowego – to sytuacja patologiczna?

W Bayernie Monachium mogliby się z tym nie zgodzić, przecież po interwencji przez długi czas skonfliktowanego z trenerem zespołu nastąpiła zmiana, a Niko Kovaca zastąpił Hansi Flick – również dotychczasowy asystent. Gra została z czasem odmieniona w oszałamiającym stylu, serię meczów zwycięskich lub bez porażki trwały w nieskończoność, a ostatecznie doprowadziły do mistrzostwa, krajowego pucharu, dwóch superpucharów, Ligi Mistrzów i Klubowego Mistrzostwa Świata. W stolicy Bawarii chyba nikt nie sądzi, że machający ciałem ogon zrobił psu krzywdę. Okej, można jednak uznać, że to zupełnie inni piłkarze. Tacy, którzy serią mistrzostw Niemiec z rzędu zapracowali sobie na to, by ich głos był brany pod uwagę przy wyborze trenera. Nawet jeśli pytanie, czy fakt odwrócenia hierarchii i „wybierania sobie trenera” przez zespół zależy od klasy zawodników, pozostaje otwarte. Bayern to inny świat – pozostańmy więc w tym samym miejscu, w którym jesteśmy od początku, czyli przy Piłsudskiego 138.

Czy kibice Widzewa zwyzywaliby również legendy własnego klubu?

Jest rok 1976. Widzew jest świeżo upieczonym pierwszoligowcem, bowiem na najwyższy szczebel rozgrywek awansował ledwie rok wcześniej. Leszka Jezierskiego, który wraz ze Stefanem Wrońskim i Ludwikiem Sobolewskim wylał fundamenty pod budowę „Wielkiego Widzewa”, zastępuje Janusz Pekowski. Drużyna, delikatnie mówiąc, nie przyjmuje tej zmiany najlepiej. Ba, na linii trener-piłkarze dochodziło do regularnej wojny. Gdy na pierwszym obozie urządził poranny rozruch wbrew przyzwyczajeniom zawodników, ci wyszli na dół w klapkach. Gdy ze złości urządził szkołę przetrwania na treningu i sponiewierał piłkarzy, kapitan Wiesław Chodakowski w imieniu drużyny powiedział, że ta wyszła na trening dwa razy – pierwszy i ostatni. Andrzeja Grębosza trener wpuścił na boisko tylko po to, by po kilku minutach go zdjąć.

Tak w książce „Wielki Widzew” opisuje to Marek Wawrzynowski: „Zawodnicy mówiąc między sobą o Pekowskim, nie używali jego nazwiska, zastępowali je którymś z obraźliwych epitetów. Możejko: – Doszło do jakiejś rozmowy, było dość ostro. Kociołek (asystent trenera) powiedział do Pekowskiego: „Janusz, idziemy”. Ktoś z końca sali krzyknął: „A idźcie w pizdu”.

Drużyna pod wodzą Pekowskiego wygrała m.in. wszystkie mecze w Pucharze Intertoto, w zespole debiutował wówczas Mirosław Tłokiński, ale w lidze była na dość odległej pozycji, zaś atmosfera gęstniała. Wreszcie po derbach Łodzi (0:0) ocena meczu trenera i zespołu tak bardzo się rozjechała, że ten pierwszy rzucił kredą w tablicę i nakazał dzwonić do ówczesnego prezesa, legendarnego Ludwika Sobolewskiego. Ten przyjechał, kazał piłkarzom przeprosić trenera, na co ci odpowiedzieli: „My się na niego nie gniewamy, tylko on na nas”. Legendarny działacz przyznał zawodnikom rację. Wiedział, że to trener jest problemem. Pekowski został zwolniony bez żalu – w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Jezierskiego, na którego pożegnaniu kilku zawodnikom „Parszywej Dwunastki” poleciała łza. Pekowskiego pożegnał potężnym uściskiem ręki Wiesław Surlit, brat śp. Krzysztofa. – Szkoda, że tak krótko, trenerze – przeciągał słowa i ściskał dłoń tak mocno, że trener aż uklęknął.

Czy Sobolewski żałował, że zespół – wówczas z awansem do pierwszej ligi jako jedynym sukcesem – buntował się przeciwko takiemu trenerowi? Raczej nie, bo następca – Paweł Kowalski – doprowadził do pierwszego podium w historii klubu  jeszcze w tym samym sezonie. Zdobył wicemistrzostwo, awansował do Pucharu UEFA, w którym później zespół prowadzony przez Waligórę wyeliminował Manchester City. To zapoczątkowało złotą erę Widzewa – klubu, który w pucharach eliminował takie potęgi jak Manchester United, Juventus czy Liverpool.

Czy ta piękna historia miałaby miejsce, gdyby w 1976 roku istniały media społecznościowe, portale czy fora kibicowskie, a fani domagaliby się wypędzenia „kręcących niczym ogon” zawodników we wszystkie strony świata? Gdyby Sobolewski uznał, że hierarchia musi być zachowana, a piłkarz – zwłaszcza jeszcze nieutytułowany – nigdy nie ma racji w sporze ze szkoleniowcem? Wreszcie: czy na takich piłkarzy jak Burzyński, Kostrzewiński, Janas, Chodakowski, Możejko, Błachno, Pyrdoł, Tłokiński, Rozborski, Boniek, Dawid, Gapiński i Zawadzki – którzy grali w zremisowanych bezbramkowo derbach – wylałoby się równie wielkie wiadro pomyj?

Nie chodzi o to, by promować postawę piłkarzy „zwalniających trenera”, ale by poddać w wątpliwość zero-jedynkowość ewentualnych sporów między trenerem i jego podwładnymi. Piłkarski świat nie jest czarno-biały. W Widzewie, tak jak 45 lat temu, postanowiono zwolnić trenera. Czy to dobra decyzja? Czas pokaże. Co kryło się pod słowami „złe zarządzanie zespołem”? Czy jakiś wpływ na „stracenie szatni” miało choćby odesłanie do rezerw Wojciecha Pawłowskiego za znacznie mniejsze przewinienia, aniżeli innych piłkarzy – później grających w podstawowym składzie? Bramkarz zawalił początek sezonu, był rezerwowym i stosunkowo łatwym „celem” do odstrzału. Czy trener Dobi był więc silny wobec słabych, a słaby wobec silnych?

Kilka lat temu rozmawiałem z Andrzejem Możejką, który powiedział ciekawą rzecz o relacjach ze szkoleniowcami: „Ogólnie każdy zawodnik inaczej podchodzi do danego trenera, ale jeśli ogół stwierdza, że ktoś nie pasuje do naszej grupy – to już jest jego wina”.

Nie wiemy, czy następca Dobiego naprawi relacje sztabu z drużyną, a także czy – zachowując odpowiednią skalę – pójdzie w ślady Hansiego Flicka. Tego życzymy wszystkim kibicom Widzewa, zaś samemu klubowi – by zamieszanie z „zarządzaniem grupą” zaowocowało w następnych latach taką erą, jak po zwolnieniu Janusza Pekowskiego.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem