Piłka nożna: Rollercoaster w Bournemouth, Chelsea odskakuje w tabeli

Dziennikarstwo to jednak ciężki kawałek chleba. To, że trzeba pracować w weekendy i wieczorami, gdy wszyscy spędzają czas z przyjaciółmi i z rodziną, to już nas nie boli – przyzwyczailiśmy się. Czasami nasze życie w ciągu kilku chwil wywraca się jednak do góry nogami. Piszesz sobie relację z meczu, zaczynasz wysnuwać kolejne wnioski, spisywać myśli na papier, aż tu nagle… BACH! Wszystko trzeba wyrzucić do kosza i zacząć tworzyć od nowa.

Pisaliśmy kilka dni temu o tegorocznym sezonie w lidze angielskiej. O Chelsea, Liverpoolu i pucharowiczach, którzy do tej pory w Premier League radzą sobie ze zmiennym szczęściem. I zdarzyło nam się napisać może niezbyt długi, może minimalny, ale zawsze – komplement na temat ekipy prowadzonej przez Jurgena Kloopa. I gdy sami byliśmy z siebie dumni, że potrafimy oddać Cesarzowi to, co cesarskie przyszła niedziela, godzina 14:30. Na przeciw Hendersona i jego kumpli stanęli piłkarze Bournemouth.

Liverpool po 22 minutach prowadził z Bournemouth 2:0, by w 64 minucie strzelić bramkę na 3:1. Gdy wszystko szło zgodnie z planem Jurgena Kloopa, a The Reds już wchodzili do ogródka i witali się z gąską Boruc wraz z kolegami za sprawą Frasera i Cook’a najpierw zdołali wyrównać, by w doliczonym czasie spotkania strzelić bramkę dającą im zwycięstwo.

Jak sami pewnie się domyślacie – mamy prawo być wkurzeni. Mieliśmy już jakiś pomysł na kolejny artykuł, byłby on co prawda nudny jak flaki z olejem, ale pewnie ktoś zechciałby przeczytać co mamy do powiedzenia na temat dziesiątej w sezonie wygranej Liverpoolu. W pewnym momencie zdaliśmy sobie jednak sprawę, że nasze wypociny najpierw trzeba troszkę zmodyfikować, by z czasem zupełnie zacząć zmieniać sens całego wpisu.

bournemouth-laczy-nas-pasja

Zachowując jednak pełną powagę – byliśmy świadkami znakomitego widowiska. Pamiętacie ostatnie spotkanie Borussii z Legią, prawda? No to tu było podobnie. Hulaj dusza, piekła nie ma – zdawali się powiedzieć obaj trenerzy swoim piłkarzom, którzy odpięli wrotki do tego stopnia, że zostaliśmy świadkami jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego spotkania jak dotychczas w tym sezonie Premier League.

Mówiliśmy już o szybkim prowadzeniu The Reds. Najpierw Mane wykorzystał gapiostwo obrońcy i w sytuacji sam na sam pokonał Artura Boruca, by chwilę później wycieczkę na jagody polskiego bramkarza i nieobecność między słupkami wykorzystał Origi. Z karnego bramkę kontaktową zdobył Callum Wilson i to dzięki niemu Bornemouth cały czas pozostawało w grze.

Po zmianie stron – to był dopiero rollercoaster! Najpierw bramkę kolejki po indywidualnej akcji Mane strzelił Emre Can, by skutecznie kontrę gospodarzy płaskim strzałem zakończył Ryan Fraser znowu łapiąc kontakt. Dwie minuty później Cook zabawił się w Zlatana Ibrahimovica, który najpierw sobie piłkę przyjął, by potem kropnąć ją nie do obrony, a dzieła zniszczenia dokonał Ake, który wykorzystał błąd Lorisa Kariusa, wybijającego ślamazarnie piłkę przed siebie.

Chcieliśmy napisać po sześćdziesięciu kilku minutach, że liderzy wygrywają swoje spotkania, ale wciąż peleton depcze im po piętach. Teraz musimy to zmienić i zaznaczyć, że tylko Chelsea swój mecz wygrała, a Liverpool przegrał. Ekipa Antonio Conte jest samodzielnym liderem w tabeli, a The Reds spadli na trzecie miejsce. Drugi jest Arsenal Londyn.

 

Komentarze