Piłka nożna: Nowe rynki kosztem starego kibica!

Kilka tygodni temu prezydentem UEFA , europejskiej – podkreślamy to mocno w kontekście całego tekstu – federacji piłkarskiej został Słoweniec Aleksander Ceferin. Już na początku swojej prezydentury wyszedł on z pomysłem mocno kontrowersyjnym.

Zasugerował bowiem, że finał Ligi Mistrzów, najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych na Starym Kontynencie, może już w niedalekiej przyszłości odbywać się w Chinach czy Stanach Zjednoczonych.

Oczywiście od pomysłu do jego realizacji droga daleka, ale jeśli taka myśl zakiełkowała w głowie Słoweńca, to boimy się, że będzie starał się swoje plany wprowadzić w życie. Motywacja może być oczywiście tylko jedna – pieniądze. Szumne określenia typu „poszukiwanie nowych rynków” nie powinny nikogo zmylić, liczy się tylko kasa. Co w takim wypadku z kibicem – tym europejskim?!

Sam Ceferin stwierdził, że czas podróży pomiędzy np. Portugalią a Azerbejdżanem jest porównywalna do czasu podróży pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi i dla kibiców nie byłby to większy problem. Oczywiście, można posługiwać się skrajnościami, tylko czy na pewno kibic nie widziałby różnicy?

ceferin-portret-laczy-nas-pasja

Gdybyśmy chcieli się przyczepić, to moglibyśmy stwierdzić, że skoro finałowe spotkanie Champions League jest rok w rok najbardziej prestiżowym spotkaniem zespołów klubowych w Europie, to powinno odbywać się na najbardziej uznanych arenach naszego kontynentu, przed europejską publicznością. W tym roku gospodarzem tego meczu będzie Millenium Stadium w Cardiff.

Miejsce się zgadza, ale narodowy stadion Walii to nie jest obiekt porównywalny z „Teatrem Marzeń”. Pal licho, Walijczycy też zasłużyli żeby mieć u siebie jakieś duże wydarzenie sportowe, przynajmniej jest na miejscu. A podróż potrwa pewnie krócej niż do Los Angeles.

Załóżmy jednak, że finał odbędzie się w Chinach i miejscowi zakochają się w klimacie „kaszanki”, a słuchanie jej stanie się wręcz narodową tradycją, za którą będą w stanie zapłacić górę pieniędzy. I nie mamy na myśli tylko ostatniego spotkania rozgrywek. Będą chcieli chłonąć wszystko jak leci. Co wtedy z godzinami rozgrywania meczów? Czy UEFA pozostanie wierna europejskiemu kibicowi i uszanuje świętą dla niektórych godzinę 20.45?

Skoro Liga Mistrzów jest produktem na sprzedaż, a chiński klient zapłaci więcej, to trzeba będzie iść na rękę chińskiemu klientowi. Różnica czasu między Warszawą a Pekinem to sześć godzin. Nasza 20.45 to dla nich 2.45. Jeśli dostosujemy się do nich, to finał zaczniemy oglądać tuż przed 15. Mamy nadzieję, że nikt nie podchwyci koncepcji pana Ceferina, bo jakoś zwyczajnie nam się ona nie podoba.

Komentarze