Piłka nożna: Monako i Juventus w półfinale Champions League!

Założymy się, że wielu z was przed pierwszym gwizdkiem na Camp Nou miało przed oczami spotkanie z PSG. Pamiętna Remontada, która przeszła do historii futbolu wyostrzyła wszystkim piłkarskim kibicom apetyty na to, by zasiąść wygodnie przed telewizorem i mimo bardzo jednostronnego pierwszego spotkania przygotować się na wielkie emocje. Hiszpańscy dziennikarze zgodnie podkreślali, że kolejny cud jest możliwy. Nie tylko w teorii.

I my prawdę mówiąc też do końca nie skreślaliśmy Dumy Katalonii. Z jednej strony wiedzieliśmy, że Juventus to nie jest pierwszy lepszy przeciwnik tylko wielka drużyna, która frajersko meczów nie przegrywa, no ale… No właśnie. Jak nie Barca, to kto? Jeśli nie dziś, to kiedy? Pozornie prostych pytań było sporo. Byliśmy gotowi na wielkie granie.

Cudu jednak nie było. Teoretycznie Barca była dużo lepsza. Więcej miała z gry i naprawdę odrobina szczęścia i szybkie zdobycie gola mogło ustawić resztę spotkania. Ale Bonucci to nie Marquinios, a Chiellini to nie Thiago Silva. Aktywny był Neymar, często pokazywał się kolegom Iniesta. Messi rzucał piłki na skrzydła, ale to wszystko było jakby za wolne, jakby nie w tempo. Buffon nie miał zbyt wiele pracy, bo mało które uderzenie Messiego i spółki znajdowało drogę do bramki. W całym meczu Barca oddała tylko jeden celny strzał (!!!). Mimo że sytuacji, tych dogodnych, trochę miała. Gdyby strzeliła połowę z nich, to pewnie do teraz cieszyłaby się z gry w półfinale.

Ale, żeby było jasne, Juventus zagrał kapitalnie. Niby bronił, niby cofnął się i stał za podwójną gardą, ale tak naprawdę miał plan na wszystkie boiskowe wydarzenia. Allegri tak to wszystko poustawiał, że nic sensacyjnego nie miało się prawa wydarzyć. Do tego Stara Dama miała swoje sytuacje z przodu. Gdyby trochę więcej zimnej krwi zachował Cuadrado. Teraz możemy gdybać. W ocenie dwumeczu Juve zdecydowanie lepsze. Zasłużony awans do półfinału.

***

Nie wiemy, czy też tak macie, ale za każdym razem, gdy mówimy “Monako”, to przed oczami mamy ten fantastyczny zespół z sezonu 2003/2004. Prso, Morientes, Giuly, Evra. Pamiętacie to, prawda? Wczoraj ekipa z Księstwa zapewniła sobie awans do półfinału CL po raz pierwszy od tamtego właśnie sezonu. Tym razem ofiarą Glika i jego kolegów była Borussia Dortmund.

Borussia, która miała przed tym spotkaniem wiele argumentów w ofensywie, dzięki którym, przynajmniej teoretycznie, mogła odwrócić losy rywalizacji. Emocje jednak skończyły się w 17. minucie, gdy gola na 2:0 dla Monako zdobył Radamel Falcao.

Znowu – wszystko mogło się jeszcze wydarzyć. Pewnie wielu z was wierzyło, że tak właśnie się stanie, ale czy serio myśleliście, że Monako taką zaliczkę wypuści z rąk? Prowadzenie 5:2 po 107 minutach dwumeczu i straci cztery gole u siebie na boisku?

Wspomniany przed sekundą Reus trafił na 2:1, a Valere Germain na 10 minut przed końcem wbił gwóźdź do dortmundzkiej trumny i ustalił wynik meczu. Było 3:1. Monako zameldowało się w najlepszej czwórce Europy, Borussii zostały już tylko krajowe rozgrywki.

Mamy zatem najlepszą czwórkę. Real, Atletico, Monako i Juventus powalczą o Puchar Europy.

Faworyt całych rozgrywek? Naszym zdaniem Real Madryt.

Czarny koń LM? Tu – bez żadnych niespodzianek – Monako.

I Juve, i Atletico rozkręcają się jednak, co w kontekście dwumeczów gwatantuje ogromne emocje. Mamy nadzieję, że oba zespoły nie wpadną na siebie już w półfinałach.

Na koniec, ciekawostka. Wyczytaliśmy na Twitterze, że po raz pierwszy od 2009 roku w półfinale Ligi Mistrzów zabraknie drużyny z Bundesligi. Jak pokazuje życie – bez Niemców i Anglików też można grać w piłkę.

 

Komentarze