Piłka nożna: Monako, Atletico i Real bliżej półfinału LM!

    Działo się. Całkiem przypadkiem sprawy ułożyły się w ten sposób, że środowe oglądanie zaczęliśmy dwie godziny szybciej. Wtedy to w Dortmundzie, w cieniu nieszczęścia, które wydarzyło się niespełna dobę wcześniej, zabrzmiał pierwszy gwizdek. Naprzeciwko Borussii stanęła absolutna rewelacja tej edycji LM, czyli Monako. Pamiętacie dwumecz z Manchesterem City, nie? No właśnie. My chwilę przed rozpoczęciem spotkania jeszcze raz obejrzeliśmy skróty z tamtych piłkarskich spektakli i rozgrzani do czerwoności czekaliśmy na więcej. Liczyliśmy na wielkie grzmoty od pierwszej minuty.

    I Monako zaczęło w swoim stylu – agresywnie, mocno, dynamicznie. Gdy Falcao został wycięty w polu karnym przez Sokratisa, to mieliśmy wrażenie, że dla Borussii zaczyna kreślić się najgorszy możliwy scenariusz. Wszystkie te wydarzenia pozaboiskowe i w dodatku problemy na murawie od początku spotkania. Fabinho karnego nie strzelił, a Monako zamiast się tym faktem podłamać, ruszyło jeszcze mocniej. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia.

    Najpierw gola zdobył będący na kilometrowym spalonym Mbappe, później piłkę do swojej bramki zapakował Bedner, który prawdopodobnie do tej pory szuka sprawiedliwości i ma pretensje do sędziego, że ten nie odgwizdał (właśnie, czego?). Gdy wydawało się, że Monako ma wszystko pod kontrolą, odpowiedziała Borussia. Do pustaka Dembele piłkę wystawił Kagawa i Francuz zdobył gola kontaktowego. Chwilę później wielbłąda Piszczka wykorzystał Mbappe i był 3:1. Na koniec spotkania błysnął po raz drugi Kagawa, który tym razem wpisał się na listę strzelców. Wynik 2:3 z pewnością nie rozstrzyga losów dwumeczu, ale Borussii będzie bardzo trudno cokolwiek wskórać w Monako. Ekipa z Księstwa u siebie spisuje się bardzo dobrze.

    ***

    Grano, już o normalnej porze, w Monachium, gdzie Bayern podejmował Real. Mieliśmy wrażenie po zeszłoweekendowych zmaganiach ligowych, że Bawarczycy na spokojnie poradzą sobie z Królewskimi. Jakoś nie mogliśmy wyobrazić sobie sytuacji, że tak dobrze naoliwiona niemiecka maszyna nie wygra z Realem. Wszystko zaczęło się zgodnie z planem. Najpierw gola zdobył Vidal, który okazał się najlepszy w polu karnym po rzucie rożnym. Chwilę później rękę-widmo gwizdnął arbiter i Bayern miał karnego. Do piłki podszedł Vidal i kopnął gdzieś w okolice 73. rzędu. Legenda głosi, że stewardzi już futbolówkę znaleźli.

    I zaczęło się. Zamiast 2:0 i spokojnego prowadzenia, Bayern osłabł. Najpierw chwilę po przerwie gola zdobył Ronaldo, chwilę później za dwie żółte kartki otrzymane w przeciągu dwóch minut wyleciał Martinez i Bayern grał przez pół godziny o jednego piłkarza mniej. W 77. minucie Real podwyższył za sprawą gola Ronaldo na 2:1 i trzeba powiedzieć sobie szczerze, że taki wynik był najniższym wymiarem kary. Gdyby nie Neuer…ehhhh, byłby pogrom. Tak, emocje będziemy mieli, przynajmniej wszystko na to wskazuje. Real u siebie jednak jeszcze w tym sezonie nie przegrał.

    ***

    Na koniec spotkanie, które najmniej nas grzało, choć ubiegłoroczny finalista mierzył sięz mistrzem Anglii. Wiedzieliśmy przed tym meczem, kto jest faworytem i nie pomyliliśmy się w swoich przypuszczeniach. Znów znakomicie zaprezentował się Griezmann, aktywny był Torres. Gola zdobył ten pierwszy, ale po karnym, którego równie dobrze sędzia mógł nie gwizdnąć. Faul był bowiem na skraju pola karnego, a po obejrzeniu kilkunastu powtórek nie mamy 100% pewności, czy wapno się należało czy też nie. Czasu jednak nie cofniemy, a te trafienie zdecydowało, że to Atletico pojedzie na King Power Stadium z przewagą jednego gola. Banda Cholo jest blisko awansu do półfinału Champions League.

    Mamy dla was trzy informacje – dwie dobre i jedną złą. Zła jest taka, że w tym tygodniu Champions League już nie będzie. Dobre są jednak takie, że po pierwsze jutro zmagania Ligi Europejskiej, a po drugie za tydzień spotkania rewanżowe.

    Lubimy taki środek tygodnia.

    Komentarze