Piłka nożna: Mission Impossible. Atletico walczy o chwałę!

    Utopia. Nie wiemy jaki jest hiszpański odpowiednik tego słowa, ale pierwszym określeniem, które przyszło nam na myśl, była własnie utopia. Marzenie ściętej głowy i cel, który jest tak daleko, że nawet przez dobrą lornetkę go nie widać. Umówmy się – to nie ma prawa się udać. Wiadomo – wszystko możliwe, dopóki piłka w grze, ale takich zwrotów akcji nie ogląda się często. Nie ogląda się praktycznie wcale. Nie w sytuacji, gdy naprzeciw siebie staje TAKI REAL  i takie atletico (pisownia nieprzypadkowa).

    3:0. Ciężki nokaut, demolka, egzekucja. Nie bójmy się tego powiedzieć – Real zabawił się przed tygodniem z Atletico. Teoretycznie wszystko było przed pierwszym gwizdkiem możliwe. My sami przewidywaliśmy piłkarskie szachy, w których do końca nie będzie wiadomo, kto okaże się lepszy. Tymczasem po pierwszym spotkaniu wiemy niemalże wszystko. Ziemia musiałaby się przestać kręcić, a słońce zmienić kolor, by Atletico zagrało w finale. Ale…

    Ale piłka jest nielogiczna, skomplikowana, niby prosta, ale w gruncie rzeczy trudna. Raz za razem jesteśmy świadkami meczów dziwnych, rozstrzygnięć niespodziewanych, emocjonujemy się wielkimi sensacjami i spektakularnymi porażkami. Czekamy na potknięcia faworytów i historyczny występ drużyny skazywanej na porażkę. Przy 0:3, gdy wszystko jest już teoretycznie pozamiatane, częściej włączamy telewizor po to, by zobaczyć niespodziewany zwrot akcji, sytuacje, która zapadnie nam w pamięci, niż kolejne 3:0, w których emocji będzie tyle, co przy obieraniu ziemniaków.

    Zwłaszcza, że rywalizacja pucharowa w Lidze Mistrzów od zawsze wzbudza wielkie emocje. Pamiętamy doskonale spektakularne spotkania, w których już nikt nie wierzył w to, że może nastąpić przełom. W których wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno mówiły – Nie, sorry, ale tu już jest pozamiatane. A jednak. Pamiętamy:

    1999 rok – Bayern Monachium – Manchester United 1:2 (do 90 minuty – 1:0)

    2004 rok – AC Milan – Deportivo La Coruna 4:5 w dwumeczu (pierwszy mecz – 4:1, drugi 0:4)

    2005 rok – AC Milan – Liverpool 3:3 (w karnych zwycięstwo Liverpoolu, do przerwy 3:0)

    2017 rok – FC Barcelona – PSG 6:5 (pierwszy mecz 0:4)

    Tak, to wszystko wydarzyło się naprawdę. To nie jest żadna bajka ani since fiction opowiadane po pijaku przez wujka z Ameryki, który na krokodylu jeździ do pracy. To wszystko wydarzyło się na naszych oczach, byliśmy tego świadkami i w każdej z sytuacji otwieraliśmy oczy ze zdumienia, pytając: Jak? Jakim cudem to mogło się wydarzyć?

    “Musimy podejść do rewanżu tak, jak robiliśmy to dotychczas. Musimy wyjść na boisko i skupić się na zrobieniu maksimum, żeby zwyciężyć. My zawsze chcemy grać i pokazywać maksimum, by wygrywać. Zobaczymy, co się stanie, ale nasz zamysł nie zmienia się. Nasza droga zawsze jest zawsze taka sama i staramy się zawsze dawać z siebie maksimum.”

    To wypowiedź z wczorajszej konferencji Zinedine Zidane’a, który stawia sprawę jasno – w tym momencie Realu nie ma w finale Ligi Mistrzów. Wszystko wskazuje, że tak się właśnie stanie, ale póki co Atletico ma szanse. Między wierszami można była wyczytać z późniejszych jego wypowiedzi, że Francuz zdaje sobie sprawę z tego, że skoro pierwszy mecz wygrał u siebie 3:0, to rewanż może takim samym wynikiem przegrać.

    Zwłaszcza, że Atletico gra u siebie, a wszystkie kluby w Europie wiedzą, co to oznacza. Przed rokiem na Calderon nie dała rady Barcelona, którą Los Colchoneros wyrzucili za burtę Champions League. W tej edycji LM po zwycięstwo w grupie do Madrytu przyjechał Bayern Monachium, który również musiał obyć się smakiem. Z tym że sytuacja tym razem jest zupełnie inna. Zwycięstwo, mimimalne, rzutem na taśmę, niczego Atletico nie da. Jeśli Cholo chce pojechać do Cardiff nie na wycieczkę, to musi dziś wygrać przynajmniej 3:0. Potem dopiero myśleć o taktyce na dogrywkę.

    Tak myślimy sobie… Pierwszy gol do 13 minuty. Drugi jeszcze w pierwszej połowie. Potem jakiś rzut karny, wolny, rożny i bramka na 3:0. Możliwe? Tak, ale tak naprawdę mało realne. Grubymi nićmi szyte. Odnosimy wrażenie, że za grubymi.

    Ale nic, nie zabijajmy emocji. Jak to mówił Kazimierz Górski: Dopóki piłka w grze…

    Komentarze