Piłka nożna: Męczarnie Jagiellonii, zwycięska Legia!

Poniedziałek rano w ostatnich tygodniach służy temu, by podsumowywać, co działo się w weekend na polskich boiskach. Nie będziemy rzecz jasna analizować wszystkich spotkań i zdawać relacji z każdego z boisk, a zajmiemy się tym, co działo się na samej górze. Jakiś czas temu czteroosobowa ucieczka postanowiła między sobą rozdzielić mistrzowski tytuł i to na te ekipy patrzymy ze szczególną uwagą. Liderzy tym razem zgodni nie byli, niektórzy pogubuli swoje punkty.

W tym wypadku, nieco inaczej niż zwykle, musimy zacząć od końca, czyli od spotkania Lecha z Legią. Mecz szczególny, wyjątkowy, mający wiele wątków pobocznych, jak kontrowersje, które wzbudziła poprzednia konfrontacja obu zespołów, gdy stołeczny zespół strzelił gola po ewidentnym spalonym. Dziś obie drużyny są w znakomitej formie, a Kolejorz szumnie zapowiadał, że w tej kampanii zdobędzie to, co im się niewątpliwie należy. Mowa rzecz jasna o mistrzowskim tytule.

I, niestety, jak to ma bardzo często miejsce podczas szlagierów, zawiedliśmy się. W pierwszej połowie ziewnęliśmy jakieś milion razy, bo naprawdę emocji było tyle, co podczas Mody na Sukces. Niby coś się działo, niby tłumaczyliśmy sobie, że dyscyplina taktyczna itp., ale generalnie to zaczęliśmy w międzyczasie sprawdzać Facebooka, usuwać Spam z maila i przeglądać na telefonie zdjęcia z Sylwestra. No nie był to mecz, o którym marzyliśmy. Raczej siedzieliśmy przed telewizorem, bo po prostu wypadało przed nim siedzieć.

Ruszło się w drugiej połowie, a jak już piłkarze postanowili pograć w piłkę, to zaczęło się. Najpierw gola zdobył Lech, a konkretnie Tomasz Kędziora. To była 82. minucia spotkania. Wydawałoby się, że Kolejorz jest w znakomitej sytuacji, by ten mecz ostatecznie wygrać. Sześć minut później wyrównał Maciej Dąbrowski, a w ostatniej akcji meczu zwycięstwo Legii zapewnił Kasper Hamalainen. Boże, jakie życie kreśli scenariusze. Jeszcze niedawno biegał w niebieskiej koszulce i robił wszystko, by Legię zakopać pod ziemią, teraz zabiera jej punkty w ostatniej sekundzie meczu. Drugi raz w tym sezonie pozbywa remisu Kolejorza. Lech – Legia 1:2

***

W niedzielę grano również w Gliwicach, gdzie Piast podejmował Lechię. Tu sytuacja była nieco inna, bo my zawsze podczas meczów z udziałem gdańszczan zastanawiamy się, czy te żarty i zmowa z niewygrywaniem meczów na wyjazdach, w końcu się skończą. Dla przykładu, przed tą kolejką Legia miała w siedmiu ostatnich meczach aż 21 punktów zdobytych na obcym stadionie. Ile po tym meczu ma Lechia? 3. Tak, słównie: TRZY na możliwych 21 do zdobycia.

Wszystko przez wczorajszy remis, choć już tak stroniąc od szydery, powinna to Lechia wygrać. Poprzeczkę obijał wczoraj Flavio, Marco z przewrotki był blisko strzelania gola tego sezonu, ale bardzo czujny był wczoraj między słupkami Szmatuła. Generalnie Lechia względem ostatnich spotkań poza domem nie wyglądała źle, ale… kogo to interesuje? To wynik idzie w świat, a ten mówi jasno: tygrys, który na swoim terenie zagryza kolejne ofiary, na wyjeździe jest małym kotkiem szukającym mleczka. Stara Lechii do Jagielloni to już pięć punktów.

***

Na koniec spotkanie Jagiellonii, choć ta grała jako pierwsza. Pisaliśmy w piątek, że Zagłebie to jedna z niewielu ekip, która lepiej radzi sobie na obcym boisku niż na własnym. W piątek Miedziowi strzelili trzy gole, a mimo wszystko nie zdobyli nawet punktu. Bohaterem białostocczan został Arvydas Novikovas, który gola dającego zwycięstwo zdobył w doliczonym czasie gry. Jaga uciekła spod topora drugi raz z rzędu w ostatnim momencie, bo sytuacja tydzień wcześniej wyglądała niemalże identycznie. O zwycięstwie ekipy Probierza przesądził doliczony czas gry.

Jagiellonia 55, Legia 54, Lechia 50, Lech 49. Do końca regulaminowego czasu gry dwie minuty. Siedem na pewno doliczy arbiter. Ciekawe, kto zachował więcej sił w płucach na tę lotną premię.

Komentarze