Piłka nożna: Liverpool kontra Arsenal!

    Nie będziemy ukrywać, że na początku sezonu myśleliśmy, że obie ekipy stać będzie na nieco więcej. Liverpool, który w Lidze Mistrzów nie występuje, był naszym zdaniem jednym z faworytów do zdobycia mistrzostwa Anglii. Arsenal, który wielokrotnie w poprzednich latach zawodził, rzutem na taśmę zajął drugie miejsce w poprzedniej kampanii, co – umówmy się – jest wynikiem bardzo dobrym. I jedni, i drudzy mieli chrapkę na wielkie granie. Rzeczywistość jest jednak taka, że zamiast o fotel lidera w Premier League, dzisiaj na Anfield Road mecz będzie się toczył o miejsce gwaranujące udział w eliminacjach do Champions League.

    84 zwycięstw Liverpoolu, 78 Arsenalu i 59 remisów – to rezultaty starć pomiędzy tymi zespołami. Ostatnie spotkanie? 4:3 dla Liverpoolu na The Emirates. W tabeli to jednak Kanonierzy są o pozycję wyżej i to mimo tego iż mają rozegrany o jeden mecz mniej.

    Mamy wrażenie, że jeszcze niedawno Liverpool był jednym zespołem w Anglii, który mógł jak równy z równym powalczyć z Chelsea o mistrzowski tytuł. Zgoda, The Blues wyprzedzali The Reds w tabeli i wygrywali mecz za meczem, ale tylko podopieczni Jurgena Kloppa mogli z w miarę bliskiej odległości oglądać plecy uciekającemu pociągowi z Londynu. Potem przyszedł nowy rok i podziały punktów z Sunderlandem i Manchesterem United. Następnie porażki ze Swensea, Hull i Leicester, które spowodowały, że Liverpool był w tabeli coraz niżej i niżej. Dziś – na 5. miejscu w stawce.

    Sytuacja Arsenalu jest teoretycznie lepsza, gdyż wygrywając dziś, Kanonierzy zrównają się punktami z Tottenhamem. Ozil z Sanchezem mogą zapomnieć już o mistrzowskim tytule, bo strata do liderujacej Chelsea, to aż 13 punktów. Perspektywa grania w Lidze Mistrzów bez konieczności kwalifikowania się do niej jest wielce prawdopodobna, ale… no właśnie, czy to o to chodzi? Jeszcze kilka tygodni temu Kanonierzy mieli ambicje, by przejść Bayern w Champions Lague i powalczyć o tytuł w kraju, w – kto wie – być może ostatnim sezonie Arsene Wengera w Premier League. Dziś kibice z coraz większym niepokojem oglądają się za siebie, gdzie przybywa zespołów chcących dobrać się do skóry Arsenalowi.

    Napisaliśmy już, że i jedni, i drudzy dalecy są od optymalnej formy, spróbujmy wytypować, kto okaże się dzisiaj lepszy. Najpierw personalia. W środku pola Kanonierów zabraknie kontuzjowanego od dłuższego czasu Santiego Cazorli, nieobecny też będzie Mohamed Elneny. Prawdopodobnie zabraknie Francise Coquelin, który jest wyraźnie pod formą. Do składu wraca Aaron Ramsey, ale jego występ stoi pod znakiem zapytania. Liverpool zagra bez swojego kapiana, Jordana Hendersona, Daniel Sturridge prawdopodobnie wróci do gry dopiero w przyszłym tygodniu, a występ Dejana Lovrena nie jest pewny.

    Z pięciu ostatnich spotkań wyjazdowych, Arsenal wygrał… raz. Mowa o meczu ze Swensea w połowie stycznia. Poza tym – trzy porażki i jeden remis. Angielska prasa coraz częściej pisze o tym, że kibice The Gunners są już wyraźnie rozżaleni taką postawą swoich ulubieńców i domagają się odejścia z klubu Arsene Wengera. Ten na wczorajszej konferencji prasowej zaznaczył, że nigdzie się nie wybiera. Wielu dziennikarzy przypuszcza, że Francuz obejmie po sezonie FC Barcelonę. Wenger temu zaprzeczył.

    Gdy Arsenal wygra, to zawędruje w tabeli do góry i będzie miał tyle samo punktów na koncie, co Tottenham. Gdy pełną pulę zgranie Liverpool, to utrzyma dystans nad Manchesterem United, który ma jednak do rozegrania jedno spotkanie więcej.

    A my czujemy, że ten mecz nie wyłoni zwycięzcy. Z daleka pachnie nam remisem.

    Komentarze