Piłka nożna: Liverpool-Arsenal 4:4? To już 8 lat!

Bardzo miło nam się zrobiło, gdy któryś z brytyjskich portali umieścił na swoim profilu na Facebooku informację, że dokładnie 8 lat temu miało miejsce te spotkanie. Lubimy czasem powspominać i cofnąć się do czasów, w których wydarzyło się coś godnego uwagi. Mimo że od 21 kwietnia 2009 roku obejrzeliśmy pewnie około siedmiu milionów meczów, to ten pamiętamy bardzo dobrze. Jesteśmy przekonani, że to jedno z najlepszych piłkarskich spotkań jakie w swoim życiu widzieliśmy.

Sam w sobie klasyk, jakim niewątpliwie jest konfrontacja Liverpoolu z Arsenalem, zapowiada się znakomicie. Dwie uznane firmy, dwa zespoły, które mają mnóstwo kibiców na całym świecie. W końcu dwie ekipy, które co roku walczą o mistrzostwo Anglii, choć w ostatnich latach brzmi to jak kiepski żart. Gdy Howard Webb gwizdnął po raz pierwszy nie spodziewaliśmy się, że będziemy oglądać aż takie meczycho.

4:4.Wyobrażacie to sobie w ogóle? 8 bramek zdobytych w ciągu 90 minut w widowisku, które miało tyle zwrotów akcji, że nawet Hitchcock by lepiej tego nie wyreżyserował. W tym spotkaniu, które na pewno przez długie lata będzie wspominane przez kibiców obu zespołów, był również polski akcent. Mowa o Łukaszu Fabiański, który – delikatnie rzecz ujmując – nie zachwycił. Z pewnością nie jest to spotkanie, do którego wraca on myślami w każdej wolnej chwili.

Ale po kolei.

Jest 15. minuta meczu. Lepiej spotkanie rozpoczęli gospodarze, Fabiański musiał kilka razy interweniować. Swoją szansę miał również Arsenal, ale generalnie obserwowaliśmy normalne spotkanie – bez żadnych fajerwerków. Błąd Mascherano wykorzystał Fabregas, który dograł piłkę wzdłuż pola karnego, a do niej dopadł Arszawin wyprowadzając Kanonierów na prowadzenie.

I potem zaczęło się. Najpierw, chwilę po przerwie, wyrównał Torres, na prowadzenie The Reds wyprowadził Benayoun. Rosjanin wyrównał po piekielnej bombie zza pola karnego, co poprzedził błąd Arbeloi. Fantastycznie dysponowany tego dnia Arszawin miał jednak wyjątkową ochotę do gry i trzy minuty później znakomicie odnalazł się w polu karnym i to Arsenal wyszedł na prowadzenie. Gdy wydawało się, że Kanonierzy już wchodzili do ogródka i witali się z gąską, do wyrównania doprowadził Torres. Piłka po jego strzale wpadła do siatki po nieudolnej interwencji polskiego bramkarza.

 

Jeszcze w 89. minucie było 3:3, co patrząc na przebieg tamtego spotkania, było i tak ponad to, czego się od tego widowiska spodziewaliśmy. Fantastyczną kontrę Arsenalu i znakomity rajd Walcotta wykorzystał Arszawin, który zdobył tym samym swojego czwartego gola w tamtym meczu. Na dosłownie kilka sekund przed końcowym gwizdkiem wyrównał Benayoun i ostatecznie obie ekipy podzieliły się punktami.

Nasze wrażenia? Matko jedyna, co to było za spotkanie. Kapitalne, fantastyczne, znakomite, cudowne, niepowtarzalne, wyjątkowe. Brakuje nam określeń. Co pokazał Arszawin, to my do dzisiejszego dnia nie możemy wyjść z podziwu. Rozumiemy – Messi lub Ronaldo. Ale Arszawin? Cztery gole? W takim meczu? Niesamowita historia.

Na końcu wrzucamy wam filmik, w którym dokładnie możecie zobaczyć, jak te spotkanie wyglądało. My niestety jesteśmy przekonani, że takich emocji długo pomiędzy tymi zespołami już nie będzie. Takie mecze po prostu często się nie zdarzają.

 

Komentarze