Piłka nożna: Kamil, trochę lodu!

Zagotował się. Wszedł do ciemnego pokoju, zostawił w nim głowę, zamknął drzwi na klucz i wyrzucił przez okno z 11. piętra. Odcięło mu na chwilę prąd, przestał kalkulować, boisko piłkarskie w Turynie potraktował przez kilka sekund jak Madison Square Garden w Las Vegas. Poszedł za głosem tłumu fanów Torino i postanowił zrobić wszystko, by przypaść im do gustu. Co najważniejsze jednak w tym wszystkim – nikomu nic się nie stało.

Umówmy się – to nie było najbardziej rozsądne zachowanie jakie widzieliśmy na boisku piłkarskim. Rozumiemy, że skała. Tytan, którego w walce bark w bark mało kto jest w stanie powalić. Pewnie Mariusz Pudzianowski musiałby się nieźle napocić, żeby dać mu radę, bo takiego fizola jak Glik naprawdę ze świecą szukać. Ale… no właśnie. To już nie była twarda, ale męska walka. To był atak bez pardonu, który mógł skończyć się tragedią. Mógł, ale nie skończył – na całe szczęście.

Nie chcemy żebyście zrozumieli nas źle, ale trochę Glika rozumiemy. Nie, nie akceptujemy takich bandyckich zachowań, ale rozumiemy frustrację, która go ogarnęła. Przecież on mierzył się z Juventusem, który jest największym wrogiem jego ukochanego klubu, którego jeszcze przedwczoraj był kapitanem. Symbolem Torino, którego setki tysięcy osób pamiętają, jako wyprowadzającego swoich kolegów na boisko w starciu derbowym. Oczekiwania fanów, cała ta gorączka i najszczerze życzenia, by gladiator z Torino zameldował się w Cardiff i tam wygrał Ligę Mistrzów, najwyraźniej go przerosły. Glik poczuł wiatr w żagle i stwierdził przez moment, że jest nieśmiertelny. Może wszystko i nic złego nie może mu się wydarzyć.

Do tego to wszystko z udziałem Higuaina. Piłkarza, który jest znakomitym napastnikiem – to nie ulega żadnej dyskusji. Ale nie jest zbyt lubiany na Półwyspie Apenińskim, kosztował prawie 100 milinów euro, zdradził Napoli, któremu wyznawał miłość,  a które skarcił golem już przy pierwszym spotkaniu. Glik, który przesiąknął włoskim myśleniem, poczuł, że powinien rozliczyć Argentyńczyka z tego jego wszystkich grzeszków. Wziąć go jak surowy ojciec na kolano, ściągnąć pasek od spodni i  nastrzelać mu na tyłek za to, że był niegrzeczny.

Glikowi ten plan nie wyszedł i – powtarzamy – bardzo dobrze. Kibicujemy Kamilowi, naprawdę. Wychodzimy z założenia, że zrobił OLBRZYMIĄ KARIERĘ jak na to, skąd zaczynał. Przy talencie, który posiada (ma go naszym zdaniem trochę, nie za wiele) wskoczył w towarzystwo, w którym między nim, Ronaldo, Torresem, a Buffonem rozstrzyga się, kto zagra w wielkim finale LM. Zrobił zdecydowanie więcej, niż się po nim spodziewaliśmy, ale nie umiemy nie wytknąć mu błędu, który kolesiowi z taką klasą nie powinien się nigdy przytrafić. Odnosimy po prostu wrażenie, że boiskowym zakapiorem Glik nie jest. Jest facetem, który w oktagonie pokonałby Higuaina, Dybalę, Alvesa i Cuadrado naraz, ale nie w tym rzecz. Na boisku piłkarskim chodzi jednak głównie o to, by strzelać więcej od przeciwnika. W przypadku Kamila – by bronić więcej niż Chiellini i Bonucci.

Także, Kamil, więcej tak nie rób. Sam przecież zdajesz sobie sprawę, co z resztą przyznałeś w pomeczowym wywiadzie, że to było nieeleganckie. Nie w twoim stylu.

A za półfinał LM – wielkie gratulacje. Dobra robota, El Toro!

Komentarze