Piłka nożna: Juventus i Sevilla bliżej ćwierćfinałów

Po tym co mieliśmy przyjemność oglądać przed tygodniem, i tym co działo się we wtorek na europejskich boiskach byliśmy przekonani, że w środę również zobaczymy kawał dobrego futbolu. Czwarty wieczór w ciągu zaledwie kilku dni spędziliśmy w towarzystwie Ligi Mistrzów i wcale nas taki obrót spraw nie martwił. Chcieliśmy wielkich grzmotów, spektakularnych bramek i nagłych

Po tym co mieliśmy przyjemność oglądać przed tygodniem, i tym co działo się we wtorek na europejskich boiskach byliśmy przekonani, że w środę również zobaczymy kawał dobrego futbolu. Czwarty wieczór w ciągu zaledwie kilku dni spędziliśmy w towarzystwie Ligi Mistrzów i wcale nas taki obrót spraw nie martwił. Chcieliśmy wielkich grzmotów, spektakularnych bramek i nagłych zwrotów akcji.

Porto gościło na swoim boisku Juventus, na Ramon Sanchez Pizjuan do Sevilli przyjechało Leicester City. Zawsze interesują nas konfrontacje hiszpańsko-angielskie. Historia pamięta wiele takich przypadków. Na Estadio do Dragao chyba po raz pięćsetny na przeciwko siebie stanęli Iker Casillas i Gianluigi Buffon. Panowie znają się bowiem jak łyse konie.

Juventus zaczął wolno, spokojnie, bez zbędnego uśmiechu. Zaczął… w swoim stylu, co na pewno nie jest dobrą informacją dla ich przeciwników. Obserwując wloską Serię A bardzo często mamy wrażenie, że Juventus usypia swoich rywali. A to chwilę pogra wszerz, a to zagra do tyłu. Drużyna Allegriego wygląda tak, jakby nie miała pomysłu na swoją grę. Kiedy rywal się jednak wciągnie w tę pułapkę, zmruży oko na kilka chwil, Juve atakuje. Dopada do swojego rywala i wykonuje duszenie.

Sztuka w środowy wieczór była tym łatwiejsza, że po stronie Portugalczyków biegał od 27 minuty jeden zawodnik mniej. Mowa konkretnie o Alaxie Tellesie, który w dwie minuty zebrał dwie żółte kartki i resztę spotkania oglądał pod prysznicem. Spodziewaliśmy się, że Stara Dama błyskawicznie ruszy do ataków, ale zapomnieliśmy, że to przecież Juventus, który zawsze ma czas. Nie potrzebuje spieszyć się nawet na chwilę.

Niby przypadkowa odbijanka, niby nie tak to miało być, ale koniec końców Marko Pjaca wpisał się na listę strzelców. To była 72 minuta. Kilkadziesiąt sekund później w polu karnym Porto znalazł się Dani Alves, który nie najlepiej przyjął sobie piłkę centorwaną z lewego skrzydła, ale jako że miał tyle wolnego miejsca i czasu, że mógłby w międzyczasie strzelić sobie jeszcze szybką kawę, to podanie zamienił na gola. Juventus rozczarowywał, a wywozi z Porto dwubramkową zaliczkę. Musiałby się wydarzyć cud, żeby to ekipa z Casillasem w składzie grała dalej.

W drugim wczorajszym spotkaniu najbardziej zastanawialiśmy się nad tym, czy dyspozycja obu drużyn w lidze przeniesie się na format europejski. W krajowych rozgrywkach Sevilla gra jak z nut, a Leicester zawodzi na całej linii. Na ekipę z Andaluzji patrzymy od jakiegoś czasu rzecz jasna przez pryzmat Ligi Europejskiej. Coś tam grają, ale tylko na zapleczu wielkiej piłki. Z tymi najlepszymi raczej dostawali po głowie. Ten sezon miał zmienić nasze myślenie.

I Sevilla zaczęła mocno te spotkanie i już po kwadransie miała rzut karny. Do piłki podszedł Correa i pokazał wszystkim na świecie jak nie należy wykonywać „jedenastek”. Strzał był słaby, przewidywalny, wprost w bramkarza. Tak nie należy marnować tego typu sytuacji.

Na szczęście dla Sevilli Leicester było w tym spotkaniu tylko statystą. 10 minut po tym felernym karnym na listę strzelców wpisał się Sarabia, kwadrans po zmianie stron gola dorzucił Correa. Na tamten moment wydawało się, że będziemy świadkami egzekucji. Nic nie wskazywało, że mistrzowie Anglii wykażą się w tym meczu jakimkolwiek przebłyskiem. A jednak. Gola zdobył Vardy, co przywraca nadzieję na spotkanie rewanżowe.

Pisaliśmy, że Sevilla kojarzy nam się z drużyną, która potrafi wygrywać, ale tylko na poziomie Ligi Europejskiej. Wczoraj poniekąd nasze słowa znalazły swoje zastosowanie w praktyce. Jovetic i spółka mogli wygrać to nawet 4:0. Zabawić się z Leicester jak z młodym chłopcem w piaskownicy, po czym zabrać mu zabawki i pójść do domu. Dało się jednak zranić, co w perspektywie dwumeczu może oznaczać spore kłopoty. W tym dwumeczu piłka cały czas jest w grze.

W pierwszym opisywanym przez nas spotkaniu emocji być już nie powinno, choć dajemy rzecz jasna szanse Porto w rewanżu. W drugim – będzie się działo. Na tę chwilę bliżej ćwierćfinału są Hiszpanie. Wszystko może się jednak wydarzyć.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem