PIłka nożna: Haraslin, na boisku przede wszystkim głowa!

    Zwykle, gdy oglądamy piłkarzy w dobrej formie, zastanawiamy się, jakim cudem nagle, tak o, po prostu, wskoczyli na wyższy poziom niż jeszcze kilka tygodni temu. Nie szło im, grywali ogony, w drużynie pełnili rolę statystów lub maskotek drużyny. Nagle – bach, kaprys trenera, szczęśliwy zbieg okoliczności i zawodnik zamiast brylować w szatni, jest królem na boisku. Zamiast podawać bidony, strzela i asystuje, zamiast przeglądać Facebooka na smartfonie przez bite 90 minut, ciągnie swój zespół od zwycięstwa do zwycięstwa.

    Dziś poświęcimy kilka słów Lukasowi Haraslinowi, czyli skrzydłowemu Lechii. Chłopakowi, który do Gdańska dołączył już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno stał się pełnoprawnym członkiem ekipy znad morza. Niby już dawno temu był, pobierał co miesiąc wypłatę za swoją pracę, chodził w klubowym dresie po Jelitkowie i dumnie mówił znajomym, że jest piłkarzem, ale dopiero od niedawna z czystym sumieniem może powiedzieć, że stanowi o sile biało-zielonych.

    Nie wierzycie? Przez pierwsze 25 kolejek tego sezonu Haraslin zagrał 423 minuty, czyli średnio niespełna 17 na mecz. Wynik to niezbyt imponujący mając na uwadze, że przychodząc do Gdańska wiązano z nim spore nadzieje. Potem jednak coś drgnęło, Piotrowi Nowakowi odwidziało się, Słowak zaczął grać i w ostatnich 10 meczach minut zaliczył już 605 strzelając przy tym 2 gole i notując 3 asysty. Aż ośmiokrotnie wychodził na boisko od pierwszego gwizdka, czyli – umówmy się – zacząć być ważnym ogniwem w gdańskiej układance.

    I ten sam Haraslin, który nie mógł się dopchać do wyjściowej jedenastki, który utknął gdzieś na ławce rezerwowych między Piotrem Wiśniewskim, a Michałem Makiem, w końcu wrzucił piąty bieg. Coraz więcej kibiców ekipy znad morza to właśnie w nim zaczęło upatrywać lidera drużyny. Piłkarza dynamicznego, szybkiego, grającego bez kompleksów, nie bojącego się pojedynków jeden na jednego. I wczoraj, gdy Lechia rozjechała Jagiellonię, to właśnie on się wyróżniał najbardziej. Oczywiście, to Marco zdobył trzy gole, ale Haraslin był tym, który akcje Lechii napędzał. Sam zresztą ustalił wynik na spotkania na 4:0.

    I nie napisaliśmy o nim nic, bo skorzy do wystawiania laurek nie jesteśmy, gdyby nie to, co Lukas zrobił w bodajże 88 minucie meczu. Jagiellonia szła z akcją prawym skrzydłem. Wolno, mozolnie, opornie, czyli charakterystycznym dla siebie stylu, konstruuje coś, co nie ma prawa się udać, bo:

    a) Jagiellonii wczoraj nic nie wychodziło

    b) Obrona Lechii grała jak z nut

    c) Kilka tego typu akcji skończyło się już wcześniej niczym

    d) Sorry, ale to przecież Jagiellonia przegrywająca  po 88 minutach 0:3

    I ten Haraslin, który przebiegł wczoraj 335472 kilometrów, wykonał 23943 sprintów i odebrał 13420 piłek sfaulował piłkarza Jagiellonii, który był 20021 metrów od bramki. Ujrzał za to żółtą kartkę, która eliminuje go z arcyważnego meczu w Poznaniu z Lechem.

    I tak sobie myślimy… Po co? W jakim celu był ten faul? Bo co, bo nagle Jaga strzeli i powalczy o zwycięstwo? Bo Lechia drży o wynik i boi się, że coś, co sobie wypracowała mozolną tyrką przez 88 minut nagle ktoś jej zabierze? Bo Haraslin trzy razy wywinął wczoraj orła i Nowak chce go ściągnąć z boiska? Przykro nam, myślimy nad tym od wczoraj, ale nie wiemy. Myślimy, pytamy co mądrzejszych to ludzi, analizujemy, ale nie – nie wiemy.

    Szukamy analogii poza sportem. Wyobraźcie sobie, że w wieku 15 zakochaliście się na koloniach w dziewczynie, która wyleciała do Stanów. Po trzech latach przyjeżdża do Polski na kilka dni, a wy w międzyczasie cały czas z nią piszecie, flirtujecie. Ona może wam poświęcić tylko jeden wieczór, bo resztę spędza z rodziną. A wy wiedząc o tym szybciej, na ten czas, kiedy ona jest wolna, umawiacie się do dentysty na kontrolę lub pierzecie wszystkie pary spodni i nie macie w czymś wyjść z domu. Robicie totalną głupotę, sami nie wiecie czemu, ale nie spotkacie panny, która przez trzy lata nawijała wam makaron na uszy. Sami sobie komplikujecie życie.

    Haraslin czekał na swoją szansę, czekał i czekał. W końcu ją dostał, zaczął spłacać kredyt zaufania, a dziś znowu mecz Lechii będzie oglądał przed telewizorem. Nieuniknione, że w kolejnym domowym spotkaniu Haraslin na boisko już nie wyjdzie, bo rywal słabszy i w ogóle, a na Legii Nowak znowu coś wyczaruje, a Lukas nie odnajdzie się w tej koncepcji trenera.

    Także – w nodze jest, w głowie już nie. Jak to było? Od stóp do szyi każdy jest piłkarzem. A dalej? Nie, Lukas, ty na pewno nie. Jeszcze daleka droga.

     

    Komentarze