Partyka: Cały czas jestem kibicem. Chyba już nigdy nie odejdę od sportu

Jak wicemistrz olimpijski wspomina Javiera Sotomayora i czym Kubańczyk wkupił się w łaski kolegów? Który lekkoatleta słucha jego komentarza i lubi na ten temat polemizować? Dlaczego na treningach radził sobie dużo gorzej niż podczas zawodów? Dlaczego Sylwek Bednarek jest dla niego kozakiem? Czemu nie odszedł od sportu i cały czas jest kibicem, który przeżywa wielkie

Jak wicemistrz olimpijski wspomina Javiera Sotomayora i czym Kubańczyk wkupił się w łaski kolegów? Który lekkoatleta słucha jego komentarza i lubi na ten temat polemizować? Dlaczego na treningach radził sobie dużo gorzej niż podczas zawodów? Dlaczego Sylwek Bednarek jest dla niego kozakiem? Czemu nie odszedł od sportu i cały czas jest kibicem, który przeżywa wielkie sukcesy Polaków? Czy skoczył kiedyś wyżej, niż wynosi rekord świata? Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Arturem Partyką!

Co pan robi pomiędzy sezonami? Błogie lenistwo?

Artur Partyka: Nie, zdecydowanie nie! Pod koniec stycznia organizujemy już po raz kolejny mityng lekkoatletyczny w hali, więc wyłączając okres świąteczno-noworoczny, zostało nam naprawdę niewiele czasu na przygotowania. Musimy działać, bo szykujemy naprawdę duże wydarzenie. Do tego odwiedzam bardzo często szkoły, rozmawiam z dzieciakami, opowiadam im o sporcie. To również mnie zajmuje w ostatnim czasie, ale sprawia mi to wiele radości.

Czy to, że na początku marca odbywają się lekkoatletyczne mistrzostwa świata powoduje, że mityng w Łodzi będzie miał poważniejszą rangę? Wielu zawodników będzie chciało wystartować podczas prestiżowych zawodów.

AP: Może tak być, mamy na pewno taką nadzieję. Zapowiada się dużo lepszy sezon halowy, niż miało to miejsce w poprzednim roku, gdy po igrzyskach olimpijskich wielu zawodników odpuściło starty pod dachem. W Birmingham powinna wystąpić cała światowa elita, zawody będą prestiżowe, a do wygrania sporo pieniędzy, więc my zawody zorganizujemy cztery tygodnie przed mistrzostwami świata i liczymy na to, że wielu znakomitych zawodników zdecyduje się przyjechać do Łodzi i na polskiej ziemi wystąpi.

Czy pan jest smutny, gdy kończy się sezon lekkoatletyczny, a co za tym idzie, nie komentuje pan mityngów Diamentowej Ligi?

AP: Nie wiem, czy smutny to dobre określenie, ale na pewno oddaje się innym czynnościom, którą również są związane ze sportem. Na pewno komentowanie mityngów sprawia mi wiele przyjemności i bardzo lubię to robić. W ostatnich latach jest jeszcze fajniej, bo nasi zawodnicy odnoszą sukcesy i stać ich na wygrywanie poszczególnych mityngów, ale i całych cykli, więc powody do radości są ogromne. Dobrze jest brać udział w czymś, nawet z perspektywy stanowiska komentatorskiego, co idzie dobrze i powoduje dumę w naszym kraju. Na pewno we wrześniu, gdy zawody się kończą, myślę o sezonie halowym, a w międzyczasie śledzę biegi maratońskie, które również generują spore emocje. Każdy zerka w kierunku Berlina, bo tam osiągane są raz za razem znakomite wyniki i niewiele brakuje do tego, żeby pobić rekord świata.

A na trasie w Berlinie wielu zawodników, których zna pan ze stadionu.

AP: Dokładnie, wielu zawodników obiera taką drogę. Kończą biegać po bieżni i rozpoczynają karierę na ulicy. Najprawdopodobniej Mo Farah będzie biegał maratony i ciekaw jestem, czy będzie w stanie osiągać tak znakomite rezultaty, jak miało to miejsce na bieżni. A jeżeli tak, to czy od razu będzie potrafił się przekwalifikować. Wydłużali się Gebreselassie i Bekele i obaj osiągali spektakularne wyniki. Pytanie, czy tak samo będzie z Farahem.

Jak pan myśli?

AP: Dobre pytanie. Gdy spojrzymy na skuteczność Faraha podczas wielkich imprez, to był niemożliwy. Nie bił jednak rekordów, tak jak dwaj przed sekundą wspomnieni przeze mnie Etiopczycy. Z tego co pamiętam, to ma tylko rekord Europy na 1500 metrów, znakomity rezultat, ale niczego na świecie nie pobił. Nie ukrywam, że coraz bardziej interesuje się biegami średnimi i długimi. Gdy skakałem wzwyż, to wszystko, co ponad 800 metrów, było dla mnie problemem. Teraz lubią oglądać, podziwiam najlepszych na świecie. Obecne mityngi i biegi długie są niezwykle emocjonujące, bo na każdym dystansie ściganie jest do ostatniego metra. Zawodnicy biegną 5000 metrów czy przeszkody, a wszystko rozgrywa się na ostatnim okrążeniu.

„Interesuję się”, „emocje”. Jest pan kibicem?

AP: Tak, na pewno się interesuję i na pewno emocjonuję się zawodami, które komentuję lub oglądam. Żyję tym, to się nie zmienia i chyba już się nie zmieni. Pamiętam rok, chyba 2014, gdy podczas mityngu w Nowym Jorku skoczkowie skakali ponad 2,40 lub później w Brukseli. Mutazz Isa Barszim uzyskał 2,43 i atakował później rekord świata. To wciąga, nie umiem przejść obok tego obojętnie.

Nie tylko skokiem wzwyż pan się emocjonuje.

AP: Dokładnie. Przeżywam starty Sylwka Bednarka, ale zawsze ciekawi mnie, co u Adama Kszczota czy Andżeliki Cichockiej, która ma za sobą znakomity sezon. Przez cały 2017 rok łączyła dwa dystanse i cały czas była w światowej czołówce, w Londynie wystąpiła w dwóch finałach, co jest naprawdę trudne do osiągnięcia. Z drugiej strony, rola komentatora i eksperta polega też na tym, aby czasami trzeźwo spojrzeć na daną sytuację i konstruktywnie wypowiedzieć się, powiedzieć, co było nie tak. Nie zawsze jest przecież dobrze, nie zawsze są zwycięstwa i medale.

Kiedyś znakomity skoczek, dziś równie dobry komentator

Ale czasami skrytykować trzeba. Ma pan z tym problem?

AP: Nie, problemu nie mam, ale zawsze staram się konstruktywnie wypowiedzieć swoje zdanie, nie krytykować, żeby po prostu komuś dowalić. Mówiłem w tym sezonie kilkukrotnie, że Konrad Bukowiecki startuje zbyt często. Był taki tydzień, że wziął udział w czterech mityngach. Moim zdaniem dla wciąż młodego chłopaka tego jest najzwyczajniej w świecie za dużo. Rozmawiałem z nim o tym, przyznał, że dobrze się czuje podczas zawodów. Kilka razy „dostał” ode mnie Sylwek Bednarek, ale to były wszystko słowa poparte konkretną logiką, nikt nie może zarzucić mi brak konstruktywności. Zdaje sobie sprawę, że wielu zawodników później ogląda zawody i słucha naszego komentarza lub dochodzą do nich słuchy, co Partyka powiedział na ich temat. Gdy jednak sytuacja jest ewidentna i trzeba jasno wypowiedzieć się na dany temat, to nie mam z tym problemu. Pytany o wpadki dopingowe Sotomayora jestem bezwzględny, bo to jedyny słuszny ton wypowiedzi na ten temat.

Na temat lekkiej atletyki może wypowiadać się każdy? Czy trzeba mieć sukcesy na swoim koncie takie jak Artur Partyka, żeby mówić, co jest dobre, a co złe?

AP: Znam wielu ludzi, którzy uprawiali lekką atletykę, ale bez sukcesów, a są pasjonatami, którzy mają naprawdę sporą wiedzę na temat tej dyscypliny. Znają się na tym i ich spostrzeżenia na pewne sprawy są dla mnie niezwykle cenne.

Piotr Małachowski powiedział kiedyś, że krytykę po tym, gdy spalił cztery próby, jest w stanie zaakceptować. Nie lubi jednak i nie toleruje, gdy komentator podpowiada mu, jak powinien mieć ułożone palce na dysku, bo wychodzi z założenia, że on nie ma prawa się na tym znać.

AP: Piotrkowi kilka razy się ode mnie oberwało, ale nigdy nie wchodziłem w szczegóły techniki, bo nie jestem od tego, nie mam na ten temat aż takiej wiedzy. Choć obserwując go od tylu lat i widząc wiele jego znakomitych prób, ale i kilka tych słabszych, jestem w stanie powiedzieć, kiedy Małachowskiemu idzie dobrze, a kiedy już niekoniecznie. Przyzwyczaił nas do pewnego obrazu i wszystko, co wygląda nieco inaczej, jest po prostu nieco gorszą jego dyspozycją, choć przecież w sporcie jest to normalne. Żeby jednak wypowiadać się na temat niuansów, decyduję się na to tylko w momencie konkurencji mojej, czyli w skoku wzwyż i ogólnie skoków, bo wydaje mi się, że na ten temat również mam sporą wiedzę.

Jak Piotrek Małachowski reaguje, gdy pan powie na jego temat coś nie tak? Prywatnie jesteście kolegami. Nie ma z tym problemu?

AP: Nie, absolutnie. Czasami się do naszych słów odniesie, czasami napisze SMS-a na temat naszych rozważań. Tomek Majewski był bardzo aktywny zawsze i lubił wchodzić z nami w polemikę. Dyskutowaliśmy na pewne tematy, przedstawialiśmy swoje spojrzenie w danych sytuacjach.

W ogóle mam wrażenie, że nie boicie się wchodzić w polemikę.

AP: Oczywiście, zależy nam na tym, żeby to było żywe, aby ludzie mogli do nas napisać, a żebyśmy my mogli się do tego odnieść. To nie ma być sztuczna, poważna i napięta rozmowa i relacjonowanie tego, co dzieje się na stadionie, a dyskusja, stawianie tez, wypowiedzi, opinie. Wtedy takie wydarzenie ogląda się lepiej. Są kontrowersje, są falstarty, pojawia się temat wpadek dopingowych, o których trzeba mówić i pewne spojrzenie przekazywać odbiorcom. Na temat Justina Gatlina Przemek ma swoje zdanie, moje jest nieco inne, ale od tego jest spora i różnica poglądów – aby o tym dyskutować i przekazywać swoje argumenty.

Pan szybko zaczął odnosić sukcesy na arenach międzynarodowych. W wieku juniora był pan dwukrotnym mistrzem świata. Jakim był pan wtedy chłopakiem? Ukierunkowanym i skupionym tylko na sporcie?

AP: Myślę, że tak. Już w wieku juniora bardzo sprofesjonalizowałem swoje podejście do sportu. Wcześnie doszedłem do przekonania, że sport wyczynowy to ciężki kawałek chleba i trzeba się temu oddać w stu procentach, by zaistnieć i odnosić sukcesy. W wieku 19 lat byłem na pierwszych igrzyskach olimpijskich. Szybko zrozumiałem, że to właściwa droga, którą należy kroczyć. Na całe szczęście szybko doszedłem do wniosku, że aby zrobić karierę, należy być profesjonalnym pod każdym względem, bo inaczej medalu z igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata nie uda się przywieźć.

Kto wtedy podpowiadał, doradzał?

AP: Ówczesny trener, Marek Maciejewski i starsi koledzy z mojej grupy, później Edward Hatala i znowu starsi koledzy. Ich spojrzenie i ich rady mnie ukształtowały. To bardzo ważne dla młodego sportowca, by wpaść w takie towarzystwo, w którym można zrobić progres patrząc na lepszych od siebie. Ja miałem to szczęście, że zawsze byłem najmłodszy w grupie i miałem się komu przyglądać. Widzieli we mnie potencjał i chcieli mi pomóc, abym został ukierunkowany i nie chodził po omacku, a miał punkt zaczepienia i motywację w postaci starszych od siebie.

Dziś młodzi są tacy, jaki był Artur Partyka w wieku juniora?

AP: Pewnie, niewiele się zmieniło. Czytam i słucham, że teraz mamy inną młodzież i fakt – pewnie coś w tym jest, ale podejście do sportu tych, którzy chcą trenować, jest bardzo podobne. Jeżdżę po szkołach, obserwuję dzieci – są inni, mają swoje zabawki, aparaty, telefony, ale jest w nich naprawdę wiele wspaniałych cech i jeżeli ktoś będzie chciał iść w kierunku sportu i świadomie się na to zdecyduje, to ma wszystko, żeby wygrywać. Podejście jest podobne, są lepsze warunki do treningu i inne czasy, większa świadomość. Takich jak Partyka jest wielu i wielu z nich odnosi spektakularne sukcesy.

Artur Partyka zawsze koncentrował się tylko na najważniejszych imprezach

Często wraca pan myślami do skoku w Atlancie na 2,37? Nie wiem ile, ale zapas miał pan taki, że było blisko rekordu świata.

AP: Wracam, pewnie, że tak. Gdyby zamiast 2,37 było 2,43 lub 2,44, to pewnie poprzeczka zostałaby i bym jej nie strącił. Największy problem jest w tym, że najlepsze skoki to nie są te na najwyższych wysokościach. Sotomayor też niejednokrotnie przy mnie skakał wyżej, niż wynosi obecny rekord świata. Po tym 2,37 poprzeczka zawisła na 2,41, a już próby nie były tak udane i zabrakło sporo do tego, żeby to pokonać.

Miał pan kiedyś lepsze próby niż ta w Atlancie?

AP: Oczywiście, że tak. Rzadko kiedy, nie mówię, że nigdy, ale rzadko kiedy najlepsze próby są wykonywane na rekordowych wysokościach.

Anna Rogowska mówiła kiedyś, że podczas treningów niejednokrotnie pokonywała pięć metrów.

AP: Tak, pewnie tak było. Odchodzi presja i stres i można takie wyniki osiągać. Ja na przykład najwyżej na treningu skoczyłem 2,34. Nigdy nie byłem typem treningowca.

Właśnie, jak to się stało, że na tych najważniejszych zawodach pan potrafił dać z siebie maksa?

AP: Nie wiem, na pewno nigdy nie skupiałem się na treningach i wynikach, które się na nich osiągało. Skupiałem się na zawodach, a doping i podniosłość podczas oficjalnych startów działały na mnie motywująco. Potrafiłem sobie z tym radzić, a nie każdy tak ma.

W naszym kraju w ostatnich kilku, kilkunastu latach pojawiło się wielu znakomitych skoczków. Który z nich miał papiery na to, żeby zrobić największą karierę?

AP: Wielkim talentem było obdarzonych trzech skoczków – Aleksander Waleriańczyk, Michał Bieniek i Sylwester Bednarek.

Który z nich mógł pobić rekord Polski?

AP: Alek był blisko podczas młodzieżówki w Bydgoszczy. Mógł to zrobić. Odnoszę wrażenie, że potem jego trener nie pokierował tego tak, jak mógł pokierować i dlatego już nigdy później nie udało się skoczyć wyżej. Nie znaleźli wspólnego mianownika. Bieniek to był znakomity talent. Był pierwszą osobą, która przez kilka lat mogła błyszczeć i miał wszystko, aby poprawić ten rekord. Nie rozumiem, dlaczego tak się nie stało. Sylwek to z kolei kontuzje. Gdyby nie one, że to już od kilku lat to do niego należałby najlepszy wynik w naszym kraju. Bednarek ma talent taki jak Bodnarenko i Mutazz. To ta sama skala potencjału do naprawdę wysokiego skakania. On zresztą z nimi wygrywał na początku swojej kariery. Oni mieli więcej szczęścia i zdrowia. To, że wrócił po takich kontuzjach, po tylu latach i zwyciężył w Belgradzie to jest coś niesamowitego. Dla mnie on jest dzięki temu kilkukrotnym mistrzem świata.

Aż tak?

AP: On już wyszedł na prostą, doszedł do formy, wszystko miało być znakomicie i nagle zerwał Achillesa. Później wraca i wygrywa mistrzostwa Europy. Może na otwartym stadionie nie szło mu tak, jakby sobie tego życzył, ale znowu jest w czołówce i w kolejnym sezonie znowu będzie się liczył w elicie.

Jak pan wspomina Javiera Sotomayora?

AP: Wielki zawodnik, choć cień na jego karierę kładą wpadki dopingowe. Spójrzmy na długość jego kariery – 15 lat był w czołówce! On jako 17-latek skakał 2,31 czy nawet wyżej. Coś niesamowitego. Wykluczam u niego stałe stosowanie dopingu, bo zazwyczaj, gdy się ktoś wspomaga, to osiąga znakomite wyniki przez rok, dwa czy trzy. Potem przychodzą komplikacje i poziom spada.

Lubiliście się?

AP: Ja pamiętam go a początku jako trochę wycofanego człowieka. Koniec lat 80-tych, Kuba, nie do końca potrafił się odnaleźć. Potem zaczął się oswajać. Na mityngi w Spale zawsze przywoził znakomite cygara z Kuby. Był przez wszystkich dobrze przyjęty. Potem motyw się powtarzał, a my całą delegację kubańską kojarzyliśmy właśnie z tymi cygarami, ale to było miłe, każdy traktował to jako gest z ich strony.

Macie ze sobą kontakt?

AP: Sporadyczny. Zapraszaliśmy go na mityngi do Polski, może w przyszłym roku odwiedzi nas wraz z kubańską delegacją? Mam nadzieję, że znowu będziemy mieli okazję się zobaczyć i powspominać stare czasy.

 

Jakub Borowicz