Panie trenerze, trudne przed panem zadanie stoi…

    Wiele osób w ciągu kilku najbliższych tygodni będzie patrzyło ze szczególną uwagą na Ferdinando De Giorgiego. To właśnie ten sympatyczny dżentelmen będzie odpowiedzialny za grę naszych siatkarzy, którzy już niedługo rozpoczynają mistrzostwa Europy. Albo będzie odbierał gratulacje za zdobyty medal, albo spadnie na niego fala krytyki, gdy na podium nie uda się stanąć.

    Albo rybki, albo akwarium – tak wygląda obecna sytuacja De Giorgiego. Dziś jego kartka jest czysta, nie ma na niej nic, choć nieudana w wykonaniu biało-czerwonych Liga Światowa powinna zabrudzić prawą stronę papieru, na której zapisywane są minusy. Wyznacznikiem jego pracy na samym jej początku mają być mistrzostwa Europy, a sam trener poprosił, aby pierwsze oceny zostały przyznane mu właśnie po polskim turnieju. Jak chciał, tak ma, Euro już za kilkanaście dni.

    A jego praca, chcąc nie chcąc, i tak będzie porównywana do poprzedników. Gdyby w polskiej siatkówce panowała susza, tak jak chociażby u szczypiornistów przed erą Bogdana Wenty, to każdy, choćby najmniejszy sukces, byłby traktowany jak ogromne osiągnięcie całej dyscypliny. Jako że w siatkówce sukcesami możemy poszczycić się sporymi w ostatnich latach, to nikt za przeciętność klaskał nie będzie. Mało tego – za brak spektakularnych triumfów na pewno mu się oberwie i nikt nie będzie przyjmował argumentów typu „ja tu jestem nowy, dajcie mi trochę czasu”.

    Pierwszym trenerem z zagranicy, który był odpowiedzialny za polską siatkówkę, był Raul Lozano. To jemu zaufano jako pierwszemu z zewnątrz, choć był dopiero 26. trenerem w historii naszej reprezentacji. Łącznie na tę dyscyplinę w naszym kraju miał ogromny wpływ, nie każdemu było na rękę współpracować z gościem, który inaczej patrzył na sport od wszystkich polskich działaczy w PZPS. Jedno jest pewne – bronią go sukcesy. Polacy pod jego przewodnictwem zajęli drugie miejsce na świecie ustępując tylko reprezentacji Brazylii.

    Zdaniem Krzysztofa Ignaczaka, naszego blogera, to Lozano miał największy wpływ na sukcesy polskiej siatkówki w kolejnych latach. – Jak najbardziej. Moim zdaniem on pokazał Polakom, że siatkówka to jest grą systemów. Grą statystyk, matematyki, wykresów. Współpraca pomiędzy blokiem, a obroną i wiele rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy świadomości. My, jako Polacy, mieliśmy bardzo dobrych trenerów. Pod względem wyszkolenia poszczególnych zawodników również byliśmy w światowej czołówce. Nigdy natomiast nie graliśmy jako drużyna. Nie potrafiliśmy tego przełożyć na parkiet i tworzyć kolektywu. O różnych boiskowych zależnościach i detalach nie mieliśmy pojęcia, a najlepsi na świecie już dawno to stosowali. W momencie, gdy nasza siatkówka zaczęła wprowadzać nowe elementy, momentalnie poszliśmy do góry. Masz efekty – wicemistrzostwo świata, mistrzostwo Europy, Liga Światowa, mistrzostwo świata. Potencjał ludzki był zawsze, ale potrzeba było to umiejętnie poukładać – powiedział.

    Daniel Castellani selekcjonerem naszej reprezentacji został w 2009 roku, po trzech latach spędzonych w roli sternika Skry Bełchatów. To właśnie dzięki dobrej postawie w ekipie mistrzów Polski zapracował sobie na angaż przez PZPS i szansę sprawowania funkcji trenera kadry.

    Castellani pracował z kadrą stosunkowo krótko, bo w 2010 roku pożegnał się już ze stanowiskiem. Co ważne – również zapisał w historii naszej siatkówki piękną kartę, gdyż prowadzona przez niego drużyna zdobyła złoty medal mistrzostw Europy. Castellani, mimo że przez wielu podważany i krytykowany, zamknął usta swoim hejterom, broniąc się w możliwie najlepszy sposób – znakomitymi wynikami sportowymi.

    Później przyszła era Andrei Anastasiego, którzy w przeszłości dwukrotnie prowadził reprezentację Włoch oraz kadrę Hiszpanii. Zatrudnienie szkoleniowca z Półwyspu Apenińskiego miało być skokiem jakościowym dla polskiej siatkówki. To Anastasi miał wprowadzić biało-czerwonych na światowy szczyt. Poniekąd mu się to udało, gdyż po raz pierwszy w historii nasza reprezentacja wygrała całe rozgrywki Ligi Światowej. To był 2012 rok. Gdy wydawało się, że na igrzyska olimpijskie do Londynu Polacy w końcu jadą po medal, stało się to, czego wielu się obawiało. Biało-czerwoni doszli tylko do ćwierćfinału i nasza kadra po raz kolejny zawiodła na najważniejszej imprezie. Anastasi jeszcze trochę z kadrą popracował, ale to właśnie niepowodzenie w stolicy Anglii spowodowało, że z  drużyny uleciało powietrze i nie udało się nic więcej wygrać.

    Po Anastasim przyszła kolej na Stephana Antigę, czyli trenerskiego gołowąsa, który przejmując reprezentację Polski… dopiero zaczynał swoją karierę trenerską (!!!). I co? Antiga wygrał mistrzostwa świata, które odbywały się w Polsce. Doprowadził naszą kadrę do pierwszego od 40 lat złotego medalu na światowym czempionacie. Przewyższył swoich bardziej utytułowanych poprzedników, którzy wyprowadzili siatkówkę na światowe salony. Nie licząc igrzysk olimpijskich, osiągnął możliwie największy sukces.

    I jeżeli De Giorgi chce pójść drogą, którą obserwujemy w polskiej siatkówce od ponad dekady, to w najgorszym wypadku musi wywalczyć z Polakami medal. Jeżeli nie chce odstawać już na samym początku pracy z biało-czerwonymi od swoich poprzedników, to musi mistrzostwa wygrać. Nikt z pewnością nie będzie nosił na rękach obecnego selekcjonera, jeżeli Polska po dramatycznym meczu o brąz pokona przykładową Serbię i stanie na podium. Każdy w naszym kraju przytaknie na taki bieg wydarzeń, odnotuje ten fakt i następnego dnia pójdzie do pracy bez większych emocji rozmawiając ze znajomymi o występie naszych, który nie zrobił na nich wrażenia.

    De Giorgi może wiele stracić podczas mistrzostw Europy, a tak naprawdę niewiele zyskać. Medal na mistrzostwach Europy będzie traktowany jako fundament w budowaniu siatkarskiego nowego domu w naszym kraju. Domu, który już stał, miał duży taras widokowy, piękne, ładnie urządzone pokoju i którym można było się chwalić gościom na całym świecie.

    LV BET jako sponsor EUROVOLLEY POLAND 2017 przygotował specjalne kursy na cały turniej. Pełna oferta znajduje się TUTAJ.

     

    Jakub Borowicz

    Komentarze