Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Organizacja po łotwesku? Nieład, zamieszanie, nikt nic nie wie…

Przed przylotem do Łotwy na galę Usyk - Briedis towarzyszyły mi pozytywne emocje, ale i niepewność. W końcu Łotwa z boksem nie ma prawa się kojarzyć, Mairis Briedis jest pierwszym mistrzem świata, który urodził się w tym kraju. Pas czempiona dzierży od niespełna roku, czyli siłą rzeczy wszystko, co związane z tą dyscypliną sportu, jest dla nich nowe. Co najgorsze - widać to było na każdym kroku podczas niespełna dwudniowego pobytu w Rydze.

Pisałem kiedyś o tym, że cały turniej World Boxing Super Series to jedna wielka pomyłka organizacyjna. Bardzo dużo niewiadomych i zagwostek regulaminowych, które nie były jasne nawet dla osób, które bardzo interesowały się tym, co czeka te rozgrywki. Na początku grudnia Krzysztof Głowacki nie wiedział, czy w Rydze powalczy, kilka tygodni później dalej czekał na odpowiedź ze strony organizatorów, czy w stolicy Łotwy wystąpi. Mijały kolejne dni, a on zastanawiał się, czy sparować, czy może dać sobie spokój i w ciszy szykować się na galę w Nysie. Ostatecznie jako rezerwowy w tym turnieju nie wystąpił, tak samo jak Mateusz Masternak, który również został pominięty. Kto wskoczyłby w zestawienie, gdyby Usykowi lub Briedisowi coś się stało? Nie wiadomo – czarna magia. Dwa starcia w Rydze odbyły się w kategorii junior ciężkiej. Najlepszym rekordem mógł pochwalić się Micki Nielsen z Danii, który 24 walki wygrał i jedną przegrał. Pytanie tylko, kto to jest Nielsen i z kim on walczył? Bez patrzenia w jego bokserskie CV śmiało można rzec, że ani Usyk, ani Briedis, nie mieliby z nim żadnego problemu.

Wszedłem na początku tygodnia na oficjalną stronę turnieju WBSS, by zobaczyć, jakie pojedynki poza walką wieczoru, będzie można jeszcze podczas tej gali zobaczyć. Nie było wiadomo nic – cisza. Ani jednego zestawienia. Jak jechać na galę, skoro nie wiadomo, kto z kim walczy? Rozumiem – pojedynek wieczoru miał wypełnić halę i tak też się stało, ale przecież nawet podczas naszej gali Polsat Boxing Night VII można było kartę ułożyć w ten sposób, by podczas pierwszego starcia były emocje. Tu – wszystkie siły idą na jedno zestawienie, a reszta zostaje pominięta.

Informacja o tym, że otrzymałem na to wydarzenie akredytacje prasową, przyszła do mnie mailem w środę. Wcześniej nie wiedziałem, czy będę mógł zrobić z tego materiał, więc powinienem wstrzymać się z kupnem biletów lotniczych oraz rezerwowaniu hotelu. Udało się, ryzyko się opłaciło. Nie wiem jednak, czy w ten sposób powinno to wyglądać przy tej skali wydarzenia.

Najgorsze zaczęło się, gdy trzeba było na miejscu odebrać akredytację. Pamiętam, w jaki sposób wyglądało to kilka lat temu na przykład na Ekstraklasie. W procesie tym często uczestniczyły młode osoby, które nie do końca rozumiały, o co w tym wszystkim chodzi, przez co było spore zamieszanie. Nieraz zdarzyło się zrobić trzy rundki góra-dół po obiekcie, by w końcu plakietkę odebrać z właściwego miejsca na stadionie czy hali. Z czasem zaczęło się to zmieniać i dziś najczęściej wygląda to tak, że cały proces trwa kilka sekund. – Dzień dobry, dowodzik, proszę pokazać torbę, tu hasło do wifi, powodzenia w pracy!

A Rydze – koszmar. Nikt nic nie wiedział, nikt nie miał pojęcia, gdzie jest wejście dla dziennikarzy. Pan z bramki A odsyła do tego z B, ten drugi z kolei do „wejścia głównego”, którego de facto nie ma w ogóle, chyba że „wejściem głównym” jest to A. Pani od wydawania akredytacji ma bałagan na biurku i nie wie, gdzie co leży, nie mówi po angielsku, bardzo słabo złapać z nią jakikolwiek kontakt. Tworzy się kolejka, wszystko zaczyna się przedłużać. Koleżanka obok pracy nie ma, bo jej okienko jest zamknięte, sama mówi po angielsku, ale nie chce pomóc. Gdy już udało się akredytację otrzymać, to… nie wiadomo gdzie iść . Tego nie wie oczywiście żadna z pań. Poszedłem w prawo, na czuja, ale to nie było dobre posunięcie. Ogólnie żadne nie byłoby dobre, bo żadnym z wejść nie wchodzili dziennikarze. Między ludźmi udało się wepchnąć w kolejkę przy bramce C i tam przejść. Na pewno złamałem regulamin i to nie było miejsce dla mnie, ale niewiedza stewardów w tamtym momencie nie była moim problemem.

Wejście na płytę – znowu – nikt nic nie wie. Trzy kółka po koronce i ochroniarze nie chcieli wpuścić mnie na trybunę prasową, nigdzie nie było nawet komunikatu, gdzie się ona znajduje. Zamiast tego trzeba było każdemu tłumaczyć się ze swojej obecności i wyjaśniać, co znaczy plakietka. Stewardzi rozmawiali ze sobą przez radio – nikt nic nie wie. „Nie wchodzicie” – wybrzmiało, oczywiście w rodzimym języku.

Z czasem przy jednym z wejść ustawiło się kilkunastu dziennikarzy i chyba tylko dzięki temu można było wejść na płytę, na której… były nasze miejsca. Kartki z napisami każdego z dziennikarzy i fotografów – pełna profeska. Pytanie, dlaczego nikt o tym nie wiedział wcześniej, przez prawie godzinę, gdy chodziło się nie wiadomo po co wokól obiektu robiąc z siebie debila.

Wielki boks po raz drugi w ciągu kilku miesięcy zawitał do Łotwy i… prawdopodobnie długo tam nie wróci. Przynajmniej nie na taką skalę. Bohater narodowy, czyli Mairis Briedis, to jedno, cała organizacja wokól takiego wydarzenia, jak gala bokserska, to zupełnie inna historia. W tym aspekcie Łotwa jest za Polską jakieś trzy długości.

Podsumowanie gali w Rydze i pojedynku Ołeksandra Usyka z Mairisem Breidisem – TUTAJ.

Reakcja społeczności na Twitterze po walce Ołeksandra Usyka z Mairisem Breidisem – TUTAJ.

Wywiad po walce z Ołeksandrem Usykiem – TUTAJ.