Oni wiedzieli, kiedy zejść z królewskiej sceny

Patrzymy na Real Madryt i słyszymy gdzieś z tyłu głowy kawałki Perfectu. Albo o tym, że "wszystko ma swój czas i przychodzi kres na kres", albo że "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Cristiano Ronaldo i Zinedine Zidane wyczuli to perfekcyjnie. 

Wszystko ma swój czas, a najlepiej o tym wiedzą ci, którzy przeżywali chwile chwały ze swoją drużyną. Tych wybitnych w historii futbolu było wiele. Barcelona Cruyffa, Brazylia w erze Pele i Garrinchy, Barcelona Guardioli, Real z Di Stefano i Puskasem, Niemcy w Beckenbauerem i Gerdem Muellerem, złota jedenastka Węgier, Milan z van Bastenem, Rijkardem i Gullitem, Ajaks Rinusa Michelsa, Hiszpania Aragonesa i del Bosque…

Różniło ich wiele, łączyło jedno – wszystkie miały swój kres. Nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza w futbolu.

Zidane jest zbyt inteligentnym facetem, by o tym nie wiedzieć. Jeśli chcesz pozostać najlepszy, musisz ciągle zmieniać. Wprowadzać nowe elementy, pompować świeżą krew. Zbigniew Boniek w wywiadzie dla „Orły 2018” mówił to nawet w kontekście reprezentacji Polski: – Każda drużyna potrzebuje świeżości. Musi być ktoś, kto wie, że to jego pierwsze spotkanie z wielką piłką i chce zrobić coś fajnego. Trzeba wkomponować do drużyny trzech-czterech piłkarzy, którzy mogą dać jej świeżą benzynę.

Zidane dojechał najdalej, jak tylko się dało. Trochę na oparach, bo energii zabrakło w lidze czy krajowym pucharze, ale mimo wszystko – do mety. Tym samym, identycznym składem wyjściowym co w ubiegłorocznym finale. W przyszłym roku ta sztuka już by się nie udała, o czym rezygnujący ze stołka były piłkarz Bordeaux, Juventusu czy Realu wiedział doskonale. Drużyna potrzebowała nowych impulsów i przebudowy, a najlepiej, gdy takowej dokona ktoś inny. Choć życie pokazało, że czasem nawet zmiana warty nie pomaga.

Francuz jest jedynym szkoleniowcem w historii, którego Florentino Perez nie zwolnił. Prezydent Realu nie ukrywał zaskoczonego decyzją podwładnego. Nikt nigdy wcześniej sam nie zdecydował się opuścić Santiago Bernabeu.

Trzy razy Liga Mistrzów, dwa Klubowe Mistrzostwa Świata i Superpuchary Europy, po jednym triumfie w lidze i krajowym superpucharze. Niewiarygodne liczby biorąc pod uwagę głosy, jakie obiegły świat po tym, jak Zinedine Zidane przejął drużynę Realu Madryt. Jego szkoleniowe CV było nie tylko pozbawione sukcesów, ale i jakiegokolwiek poważnego doświadczenia w tej roli. Mimo to zagrał wszystkim sceptykom na nosie. Po trzech latach odchodził z podniesionym czołem, w blasku chwały i zalewie ogromnego szacunku. Niczym Adam Małysz, zgodnie z piosenką zespołu Perfect o schodzeniu ze sceny, identycznie jak tytuł jednej z książek Ernesta Hemingwaya: Niepokonany.

Rozmawiamy o futbolu, a w jego wydaniu klubowym dawno nikt nie dokonał bardziej spektakularnej rzeczy. W samych superlatywach można wypowiadać się również o Cristiano Ronaldo, którego odejścia chciało wielu kibiców Realu Madryt, a sami piłkarze po transferze CR7 przekonywali, że teraz będą jeszcze bardziej scementowaną drużyną i poradzą sobie bez niego.

Portugalczyk, podobnie jak Zinedine Zidane uznał, że w stolicy Hiszpanii zagrał i wygrał to, co miał wygrać. Wystarczy. Basta, koniec, adios. Realowi dał tyle, ile żaden inny piłkarz w ostatnich latach: cztery razy Ligę Mistrzów, w tym trzy razy z rzędu, a także choćby dwa tytuły mistrzowskie. Bilans jego meczów i bramek w Realu to jakiś totalny kosmos: 438 spotkań, 450 goli. W żadnym innym klubie na świecie o kimś z takim dorobkiem, kto nie nawywijał nic poza boiskiem i na nim w sumie też, nie powiedziano by tylu złych słów, co w kierunku Portugalczyka. Teraz śmiało może zapytać: „co tam, chłopaki? Tak dobrze wam beze mnie?”.

Obu panom zaś należy oddać, że timing wyczuli idealny. Ich blask w obliczu totalnej ciemności, jaka zapanowała na Santiago Bernabeu po klęskach z Barceloną czy Ajaksem świeci jeszcze mocniej.