Odważne słowa Probierza to problem innych, nie jego

Przed meczem mówił, że walczy o mistrzostwo Polski. Spotkanie przegrał, więc zaczęli się śmiać. Okazji do przyłożenia nie podarował sobie jeszcze przed meczem nawet trener rywali. – My też jesteśmy odważni i ten mecz z pretendentem do tytułu mistrzowskiego będziemy chcieli wygrać – powiedział Tadeusz Pawłowski, szkoleniowiec Śląska.

Wynik Cracovii nie może jednak rzutować na słowa jej trenera, a szydera z nich wydaje się być komiczna. To tak, jakby stado tchórzy śmiało się z jednego z niewielu odważnych. Na usta ciśnie się pytanie, które można zakwalifikować do grona klasyków: z kogo się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie.

– Mnie interesuje mistrzostwo Polski. Na starcie wszyscy mają zero punktów, więc nie ma powodu, byśmy nie walczyli o pierwsze miejsce. A życie to zweryfikuje – powiedział Probierz w Przeglądzie Sportowym.

Banał? W polskiej piłce – ewenement. Takie słowa to rzadkość, towar nie tyle deficytowy, co niemal niedostępny na rynku. Z braku laku o tytuł zawsze walczy Legia, bo wśród niewidomych często tylko ona coś widzi, choć także tylko w okularach. Nenad Bjelica zdecydował się powiedzieć o walce o mistrzostwo i choć Lech tego nie dokonał, jemu się udało kilka dni po zwolnieniu, już w Chorwacji.

Reszta bezpiecznie: górna ósemka, spokojne utrzymanie, czyste kapcie. Ziew.

Mówi się, że ekstraklasa to jeden, wielki wyścig ślimaków. Nie można się dziwić, skoro w czołówce trzeci nie może, a jego kibice „mają k… dość”, drugi w sumie jest zadowolony z wicemistrzostwa, a Legia zgarnia co roku tytuł, bo nawet gdy zawodzi to wciąż aktualne jest pytanie – jeśli nie ona: to kto?

Nikt, bo nikt oprócz niej głośno sobie takich celów nie stawiał. Bał się o tym nawet pomyśleć, bo zaraz go – tak, jak Michała Probierza – wyśmieją, zaczną szydzić, ironizować, wbijać szpilki. Banda tchórzy terroryzująca tych, którzy ośmielają się wychylić głowę. Ściągająca za nogi i sprowadzająca na ziemię tych, którzy choćby pomyśleli o lataniu.

Tadeusz Pawłowski ironizujący z Probierza to wyższy poziom absurdu, zupełnie nie pasujący do – skądinąd bardzo sympatycznego i mającego dużo klasy szkoleniowca. Pawłowski ma 64 lata i status legendy Śląska, ale od 26 lat na ławce trenerskiej jedyne co wygrał, to mistrzostwo Zachodniej Ligi Regionalnej w Austrii. Ten trener próbuję wbić szpilkę człowiekowi, który z Jagiellonią zgarnął drugie, trzecie i czwarte miejsce, Puchar i Superpuchar Polski, a także utrzymał ją, gdy zaczynała sezon z dziewięcioma punktami straty. Teraz buduje od podstaw Cracovię i odważnie myśli o najwyższych celach, więc po porażce jest łatwym celem do ataku.

Probierz tymi głosami się pewnie nie przejmuje, bo powodów ku zatroskaniu nie ma żadnych. To nie jego problem, że dookoła wszyscy są niemrawi i nieuchronnie zmierzają do zrealizowania zakładanego celu, którym jest osiągnięcie niczego. O nic nie walczyć, nic nie osiągnąć – jakże genialne w swojej prostocie, prawda? Szkoda tylko, że nieefektywne. To droga donikąd, którą dostrzegają kibice.

10 tysięcy na wrocławskim 40-tysięczniku to jedno, drugie natomiast, że uznaje się tę frekwencję za niezły wynik, bo przecież bywało gorzej. To efekt między innymi tego, że Śląsk wpadł w pułapkę bylejakości, w której tkwi zdecydowana większość ekstraklasy. Byle się utrzymać, byle przetrwać kolejny rok, byle jakoś to było. W klubie dzieje się coraz lepiej, dobrą robotę wykonuje m.in. Dariusz Sztylka, ale przekaz od drużyny do kibiców jest jasny: choć mamy budżet na poziomie wicemistrza Polski, choć mamy stadion większy od mistrza Polski, choć tym mistrzem jeszcze niedawno byliśmy – nie gramy o tytuł. Boimy się nawet o tym głośno powiedzieć. Lepiej poszydzić z kogoś, kto tak powiedział.

Teraz trafił się Śląsk, ale przecież podobnych deklaracji – które nie są niczym nadzwyczajnym, oburzającym ani kontrowersyjnym – nie doczekamy się ani w Górniku, ani w Arce, ani w Lechii Gdańsk, ani w Pogoni, ani w Wisłach, ani w Zagłębiach, ani w… W każdym klubie, który jest uwięziony przez „bezpieczny środek tabeli”, frekwencja raczej rozczarowuje niż zaskakuje. Powód? Bardzo prosty. Kibice chcą dopingować zespół w realizacji… czegoś. Nie niczego. Nie beznamiętnego trwania. Marazmu.

Kibic musi czuć kierunek i cel, do którego wraz z drużyną zmierza. Dlatego na odradzający się w czwarto-, trzecio- i drugoligowych realiach Widzew chodzi 17 tysięcy kibiców, a na wegetujący kilka lat wcześniej pod wodzami Sylwestra Cacka sześć czy siedem. Dlatego mimo zdobycia Pucharu Polski czy awansu do europejskich pucharów na Arkę Gdynia w Ekstraklasie nie przychodzi więcej kibiców, niż podczas walki o awans na pierwszoligowym poziomie.

To oczywiste, że szesnaście klubów nie wygra na raz mistrzostwa Polski, ale dlaczego szesnaście klubów nie może o to mistrzostwo walczyć?

Przecież Probierz nie powiedział nic, co stoi w sprzeczności z ideą sportu. Cracovia wychodzi na boisko po to, by wygrać każdy kolejny mecz. No bo przecież nie położyć się, pospacerować, dostać trójkę, spuścić głowy i zejść z boiska? Wygranie wszystkich meczów da mistrzostwo Polski. Proste? Nie da wszystkich. Po co grać, jeśli nie chce się wygrać? Nie mamy pojęcia.

Wiemy jedno: jeśli mielibyśmy kupić bilet na mecz którejś z drużyn, to wybralibyśmy taką, która nie boi się wygrywać i chce wygrywać. Nawet, jeśli się nie uda, bo przecież taki jest sport – przynajmniej ma taką ambicję i głośno mówi oczywistość, która jest u nas uznawana za przejaw szaleństwa.  Probierzowi życzę natomiast właśnie mistrzostwa. Do odważnych świat należy. Żeby wygrać, trzeba grać. O pełną pulę, bo inaczej nie ma to żadnego sensu.