Odeszli tam, gdzie kochali grać

Co roku nasz świat opuszcza ogromna liczba sportowców, ludzi związanych z przeróżnymi dyscyplinami sportu, pasjonatów i kibiców. Nierzadko dochodzi do sytuacji, w której ostatnie minuty życia spędzone zostają w miejscu nie tylko pracy, ale wielkiej pasji i stylu życia. Z okazji pełnego zadumy i refleksji dnia Wszystkich Świętych wspominamy tych, którzy odeszli na placu gry. Miejscu, które kochali i w którym byli kochani przez wielu.

25 sierpnia 2007 roku Sevilla mierzyła się z Getafe. Zwykłe, ligowe spotkanie, choć przed rozpoczęciem pochwalono się zgromadzonym na Estadio Sanchez Pizjuan świeżo zdobytym Superpucharem Hiszpanii. Goście dochodzą do głosu już w drugiej minucie, kiedy to Pablo Hernandez daje im prowadzenie. Getafe nadal atakuje, 31. minuta. Zbyt mocne podanie prawą stroną kończy się złym dośrodkowaniem, które mogło przerodzić się w zdradliwy dla golkipera Sevilli strzał. Sytuacja wyglądała groźnie, ale od bramki spokojnie miał zacząć Andres Palop. Wtedy lewy obrońca Sevilli ukucnął.

Antionio Puerta wyglądał, jakby zmęczył się powrotem pod własną bramkę i  chciał złapać oddech, by za chwilę mógł kontynuować grę. Zamiast tego się położył na murawie, a najbliżej ustawieni koledzy z drużyny w ekspresowym tempie otoczyli go i dramatycznie zaczęli wzywać pomocy. 40 tysięcy kibiców na trybunach wstrzymało oddech, lecz po dłuższej chwili Antonio zdołał wstać i o własnych siłach udać się do szatni. Niestety, tam ponownie stracił przytomność, której przez trzy ostatnie dni życia nie odzyskał. W drugiej połowie jego koledzy rozgromili przeciwników 4:1, choć najważniejszy mecz Sevilla tego dnia przegrała. Przyczyną śmierci zawodnika było w sumie aż pięciokrotne zatrzymanie akcji serca. Trzy miesiące później na świat przyszedł jego syn, Aitor, który tego samego dnia został zarejestrowany jako członek klubu.

*

Przyjścia na świat swojego potomka nie doczekał również inny hiszpański piłkarz. Dwa lata po śmierci Puerty z tego świata odszedł Dani Jarque, zawodnik Espanyolu, który przebywał ze swoją drużyną na zgrupowaniu we Włoszech. 8 sierpnia 2009 roku rozmawiał przez telefon z narzeczoną. Nagle zamilkł i upuścił telefon. Rozmówczyni domyśliła się, że coś jest nie w porządku i wezwała pomoc. Okazało się, że doznał ataku serca i pomimo reanimacji zmarł. To jemu bramkę dającą mistrzostwo świata Hiszpanii rok później zadedykował Andres Iniesta.

*

Choć do lat 90. XX wieku co najmniej trzydziestu piłkarzy odeszło przedwcześnie podczas trwania zawodów, pierwszym przypadkiem, który obiegł absolutnie cały świat był ten z Pucharu Konfederacji w 2003 roku.  W meczu półfinałowym doszło do tragedii z udziałem Kameruńczyka, Marca Vivien-Foe. 71. minuta spotkania na stadionie w Lyonie, w którym grał przez trzy sezony, była jego ostatnią. Piłkarz osunął się nagle na murawę, zaczął bardzo mocno oddychać. Wkrótce jego oddechu nie stwierdzono, więc przystąpiono do trwającej 45 minut rehabilitacji. Byłego piłkarza m.in. West Hamu i Manchesteru City nie udało się uratować.

Rok później w równie dramatycznych okolicznościach kibice Benfiki Lizbona na własne oczy zobaczyli śmierć swojego piłkarza. Utalentowany węgierski zawodnik Miklos Feher wszedł na boisko w wyjazdowym spotkaniu z Victorią Guimaraes z ławki rezerwowych. Jego obecność pomogła drużynie z Estadio da Luz, bo 24-latek asystował przy jedynej bramce w samej końcówce. Aby utrzymać korzystny wynik, Węgier w jednej z sytuacji opóźniał rozpoczęcie gry, za co otrzymał od sędziego żółtą kartkę. Arbiter tego spotkania z pewnością nie zdawał sobie sprawy, że trzymany w jego ręku kartonik będzie ostatnią rzeczą, jaką w swoim życiu obejrzy blondyn z Benfiki. Dosłownie chwilę po upomnieniu upadł na boisko, z którego nie wstał już o własnych siłach. Wszyscy, nie tylko ci obecni na placu gry, wpadli w rozpacz. Jego śmierć potwierdzono przed północą tego samego dnia, zaś numeru „29” nikt w lizbońskiej drużynie już nie założy – został on bowiem zastrzeżony.

*

Podobnych przypadków było niestety wiele więcej. 30 października 1977 roku ataku serca na pięć minut przed rozpoczęciem drugiej połowy spotkania Perugii z Juventusem Turyn doznał Renato Curi. Po jego śmierci stadion występującego obecnie w Serie B klubu nazwano jego imieniem.  Godzinę po zdobyciu bramki w peruwiańskiej ekstraklasie na skutek zawału zmarł zaś w październiku 2002 roku Brazylijczyk Marcio Dos Santos. W tym samym miesiącu Kolumbijczycy Hernan Gaviria i Giovanni Cordoba zostali rażeni piorunem podczas treningu zespołu Deportivo Cali. Pierwszy zginął na miejscu, drugi – trzy dni później zmarł w szpitalu.

W grudniu 2007 roku kapitan grającego w szkockiej ekstraklasie Motherwell, Szkot Phil O’Donnell, zasłabł podczas pojedynku z Dundee United i zmarł w drodze do szpitala. To samo spotkało w maju 2016 roku Patricka Ekenga podczas meczu ligi rumuńskiej pomiędzy Dinamem Bukareszt a Viitorulem Konstanca. Z jedną, nieznaczącą różnicą: Kameruńczyk zdołał trafić do szpitala, ale tam – podobnie jak O’Donnella – nie udało się go uratować.

Polskie dramaty

Old Trafford. 40 metr od bramki Manchesteru United. Piłkę ustawia Krzysztof Surlit. Futbolówki po jego uderzeniach wręcz płakały, a przy drugim rzucie wolnym w meczu próżno było szukać chętnych do ustawienia się w murze. Stały fragment kończy się bramką, która pozwoliła jego Widzewowi wyeliminować jeden z największych europejskich klubów świata. – Krzyśka najbardziej szanowałem, bo takiego piłkarza już nigdy potem nie zobaczyłem w naszej lidze. W ogóle nie wiem, czy w piłce światowej ktoś grał z takim kopytem – mówił o nim śp. Paweł Zarzeczny. Surlit po zakończeniu kariery nie rozstawał się z boiskiem. Grał w drużynie oldboyów Sportowa Łódź. Ostatnie z takich spotkań rozegrał w 2007 roku w Szczecinie. Miał 52 lata, kiedy najpierw zasłabł, a później zmarł.

Wiesław Surlit (brat) wraz ze Zbigniewem Bońkiem na stadionie im. Krzysztofa Surlita. W tle tablica upamiętniająca genialnego pomocnika.

Kilkanaście miesięcy temu do zatrzymania akcji serca doszło na boisku Śląska Łubniany w meczu opolskiej czwartej ligi. Tomasz Drąg osunął się po około godzinie na plac gry w meczu z KS Krasiejów. Reanimacja nie pomogła, podobnie jak cztery lata wcześniej w lidze okręgowej na północy Polski. Nigeryjczyk Joshua Pepple w 25. minucie meczu zszedł po uderzeniu łokciem. Miał 24 lata, w Polsce grał od pięciu.

Nie tylko futbol, nie tylko choroba

Legendarny w Indonezji 38-letni bramkarz Choirul Huda zmarł nie z powodu kłopotów zdrowotnych, a po strasznym zderzeniu z kolegą z zespołu Persela. Golkiper wyszedł z bramki i próbował złapać piłkę. Został jednak kopnięty kolanem w głowę przez nadbiegającego obrońcę. Na tyle nieszczęśliwie, że kilka minut później nagle stracił przytomność. Próbowano walczyć o jego życie w karetce, ale stwierdzono zgon. Nieświadomi tragedii koledzy z zespołu po meczu pojechali do szpitala, żeby odwiedzić bramkarza. Tam dowiedzieli się, że Choirul Huda nie żyje.

Głośno było też o historii z Mozambiku, gdzie podczas treningu drugoligowego Atletico Mineiro de Tete doszło do tragedii. Zajęcia odbywały się nad brzegiem rzeki Zambezi, gdzie jednego z piłkarzy… porwał krokodyl. 19-letni zawodnik Estevao Alberto Gino został wciągnięty pod wodę. Nie miał szans na przeżycie.

Do tragedii dochodzi nie tylko na boiskach piłkarskich. Siatkarz Vigor Bovolenta, 37-letni były reprezentant Włoch, zasłabł podczas meczu. Kiedy upadł na parkiet, tłumaczył kolegom, że kręci mu się w głowie. To były jego ostatnie słowa. Kamila Skolimowska, mistrzyni olimpijska w rzucie młotem, zmarła podczas treningu. Miała 27 lat. Doszło u niej do zatoru tętnicy płucnej i zawału serca.

Dlaczego na boisku? 

W czasie wzmożonych wysiłków układ krążenia i serce odpowiednio się adaptują. Mięsień sercowy ulega przebudowie, jego ściany stają się grubsze, a komory i przedsionki – powiększone. Swoje rozmiary zwiększa całe serce, choć jego proporcje zostaą niezmienione. Między innymi dzięki temu, że serca osób aktywnych pracują zupełnie odmiennie do tych nieprzyzwyczajonych do zmęczenia, sportowcy są w stanie wytrzymać ponadprzeciętny wysiłek. „Mięsień miłości” w czasie spoczynku ma około 20/30 skurczów mniej w ciele sportowca, w nocy pracuje jeszcze wolniej (nawet 35 uderzeń na minutę). W zamian za to podczas meczu przez dłuższy okres czasu potrafi bić pięć razy szybciej (180-190 uderzeń/min). Niestety, nie zawsze ta przemiana przebiega prawidłowo.

Bardzo często z powodu przerostu ścian lewej komory, które utrudniają skurcz i napełnianie się komór krwią. Uniemożliwia to dostarczenie odpowiednich ilości – niezbędnych w czasie dużej aktywności – krwi, a w niej składników odżywczych i tlenu. To skutkuje utratą przytomności lub nagłą śmiercią, o której boleśnie przekonało się miliony fanów sportu na całym świecie. Choć nie tylko z tego powodu na boisku, tuż po meczu lub w czasie treningu odeszło wielu sportowców. Przedwcześnie.

Komentarze