Odejście Zidane’a to najlepsze, co mogło przydarzyć się Realowi

Nie ma innego trenera na świecie, który tak bardzo rozumiałby Real Madryt i tak idealnie do niego pasował. Zinedine Zidane podczas pracy na ławce trenerskiej Królewskich dokonał niemal niemożliwego: więcej razy sięgnął po Ligę Mistrzów niż przepracował lat jako szkoleniowiec klubu z Santiago Bernabeu. Po trzecim triumfie na Starym Kontynencie, a w sumie dziewiątym na trzynaście możliwych, postanowił znów zszokować świat i odejść. Lepszej decyzji nie mógł podjąć tak dla siebie, jak i klubu.

Trzy razy Liga Mistrzów, dwa Klubowe Mistrzostwa Świata i Superpuchary Europy, po jednym triumfie w lidze i krajowym superpucharze. Niewiarygodne liczby biorąc pod uwagę głosy, jakie obiegły świat po tym, jak Zinedine Zidane przejął drużynę Realu Madryt. Jego szkoleniowe CV było nie tylko pozbawione sukcesów, ale i jakiegokolwiek poważnego doświadczenia w tej roli. Mimo to zagrał wszystkim sceptykom na nosie. Po trzech latach odchodzi z podniesionym czołem, w blasku chwały i zalewie ogromnego szacunku. Niczym Adam Małysz, zgodnie z piosenką zespołu Perfect o schodzeniu ze sceny, identycznie jak tytuł jednej z książek Ernesta Hemingwaya:

Niepokonany.

Nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być lepiej. Zidane sam zdaje sobie sprawę, że wpadki w Pucharze Króla chwały nikomu w Madrycie nie przyniosły, a w lidze wielką porażką była tak dominacja znienawidzonej w stolicy FC Barcelony, jak i oglądanie pleców lokalnego rywala, Atletico. Pomimo tego nikt nie ma wątpliwości, jaka drużyna jest była ostatnio najlepsza na świecie i kto ją prowadził.

Piekielnie trudna grupa z Tottenhamem i Borussią Dortmund, następnie przedwczesne finały z Paris Saint-Germain, Juventusem i Bayernem Monachium, aż wreszcie ten prawdziwy z Liverpoolem. Trudno wyobrazić sobie bardziej wyboistą drogę do chwały, a mimo to Real pokonał ją już trzeci raz z rzędu. Czytając tę zbitkę słów można być znudzonym, a jednocześnie przemilczenie jej byłoby nietaktowne i niesprawiedliwe.

Rozmawiamy o futbolu, a w jego wydaniu klubowym dawno nikt nie dokonał bardziej spektakularnej rzeczy. Pep Guardiola w Barcelonie wygrał sześć trofeów w jednym roku, ale nawet jego fantastyczna Barcelona i jej tiki-taka nie obroniła trofeum na Starym Kontynencie. Ostatnia taka dominacja jednego klubu, która przełożyła się na serię wygrywanych trofeów, to Ajax i Bayern w latach 70., a wcześniej również Real Madryt w latach 50. To, co osiągnął totalny debiutant Zidane jako trener Królewskich, jest czymś wielkim w całej historii futbolu.

Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że nie mówi się o tym aż tak wiele. Może dlatego, że nie próbował wymyślić prochu na nowo? Real pod jego wodzą był do bólu skuteczny, nie narzekał na brak szczęścia, potrafił się spiąć na najważniejsze spotkania. Nie przewrócił do góry nogami futbolowych prawd i piłkarskiej filozofii. Po prostu osiągnął wynik, a to on jest w piłce najważniejszy. Tym różni się choćby od jazdy figurowej na lodzie. Styl i noty nie mają znaczenia.

Liczy się fakt umieszczenia piłki w bramce, a nie sposób, w jaki się to zrobiło. Kto pamięta, jak grał Real w 1960 roku? Niewielu. To, że wygrał wtedy piąty raz z rzędu Puchar Mistrzów, wie prawie każdy. Z piłką nożną jest trochę jak z tym fragmentem kultowego „Kilerów 2-óch”. Do gabloty. Powtórz. Do gabloty. Powtórz. Do gabloty…

Zinedine Zidane poczuł, że raczej już nie powtórzy. Wspominaliśmy już, że „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, ale pasuje tu również inny kawałek legendarnego polskiego zespołu:

„Wszystko ma swój czas
I przychodzi kres na kres
Gdybym kiedyś odszedł stąd
Nie obrażaj się na śmierć”

Zidane zaszokował świat, na czele z Florentino Perezem: – Na takie wiadomości nie można się przygotować, dlatego dziś jest smutny dzień dla mnie, dla drużyny i klubu. Zidane miał moje pełne poparcie jako trener, teraz też go wspieram i staram się zrozumieć jego stanowisko. Jak zawsze jestem po jego stronie – powiedział prezydent Królewskich. Francuz jest jedynym szkoleniowcem w historii, którego Perez nie zwolnił. Mr Florentino nie ukrywał zaskoczonego decyzją podwładnego. Nikt nigdy wcześniej sam nie zdecydował się opuścić Santiago Bernabeu.

„Gdybym kiedyś odszedł stąd / Nie obrażaj się na śmierć”, śpiewa Perfect, a Perez – pomimo widocznego jak na dłoni zszokowania i zdenerwowania – otwarcie przyznaje, że obrażać się nie zamierza. Z wybitnym piłkarzem i wybitnym trenerem nie rozstaje się na zawsze. Sam Zidane nie szuka nowego klubu, po prostu potrzebuje odpocząć. Drzwi na Bernabeu już zawsze będą stały przed nim otworem. – Jeśli „Zizou” potrzebuje przerwy, to ok, bo na nią zasługuje. Ale nie żegnam go, ponieważ wiem, że kiedyś jeszcze do Realu wróci – skomentował Perez.

Real może być w szoku, może nie mieć przygotowanego Planu B, może być na Zidane’a zły. Ale jego odejście to najlepsze, co mogło się klubowi ze stolicy Hiszpanii przytrafić.

Wszystko ma swój czas, a najlepiej o tym wiedzą ci, którzy przeżywali chwile chwały ze swoją drużyną. Tych wybitnych w historii futbolu było wiele. Barcelona Cruyffa, Brazylia w erze Pele i Garrinchy, Barcelona Guardioli, Real z Di Stefano i Puskasem, Niemcy w Beckenbauerem i Gerdem Muellerem, złota jedenastka Węgier, Milan z van Bastenem, Rijkardem i Gullitem, Ajaks Rinusa Michelsa, Hiszpania Aragonesa i del Bosque…

Różniło ich wiele, łączyło jedno – wszystkie miały swój kres.

Nic nie trwa wiecznie. Zidane jest zbyt inteligentnym facetem, by o tym nie wiedzieć. Jeśli chcesz pozostać najlepszy, musisz ciągle zmieniać. Wprowadzać nowe elementy, pompować świeżą krew. Zbigniew Boniek w wywiadzie dla „Orły 2018” mówi to nawet w kontekście reprezentacji Polski: – Każda drużyna potrzebuje świeżości. Musi być ktoś, kto wie, że to jego pierwsze spotkanie z wielką piłką i chce zrobić coś fajnego. Trzeba wkomponować do drużyny trzech-czterech piłkarzy, którzy mogą dać jej świeżą benzynę.

Zidane dojechał najdalej, jak tylko się dało. Trochę na oparach, bo energii zabrakło w lidze czy krajowym pucharze, ale mimo wszystko – do mety. Tym samym, identycznym składem wyjściowym co w ubiegłorocznym finale. W przyszłym roku ta sztuka już by się nie udała, o czym rezygnujący ze stołka były piłkarz Bordeaux, Juventusu czy Realu wiedział doskonale. Drużyna potrzebowała nowych impulsów i przebudowy, a najlepiej, gdy takowej dokona ktoś inny. Ktoś, kto będzie mógł na wszystko spojrzeć z innej perspektywy.

Nie trzeba mieć na drugie „Sherlock” by dostrzec, że w Madrycie w trakcie trwania letniego okienka transferowego dojdzie nie tylko do sporego przewietrzenia szatni, ale też wydania ogromnej kupki pieniędzy. Mówi się o 300 milionach euro, ale jeśli będzie trzeba – będzie miał kto wyłożyć kasę z tylnej kieszeni, jeśli będzie trzeba pokryć lekką górkę. Krótko mówiąc: rewolucja pełną gębą. Jeśli Zizou poczuł, że nie będzie w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu nowych pokładów energii, motywacji, pomysłów – dobrze zrobił, że odszedł. Nie tylko dla siebie, bo schodzi niepokonany, ale i dla Realu, którego pokonać nikt nie zdążył.

Gdyby chciał zostać mimo wszystko, nikt przecież nie pokazałby mu tylnych drzwi. Nie podałby ręki mówiąc coś o świeżej krwi i nowych pomysłach, bo zostałby uznany – całkiem słusznie – za oderwanego od rzeczywistości. Zidane po zgarnięciu trzeciego „pucharu z wielkimi uszami” był nie do zwolnienia. Jedyną osobą, która mogłaby usunąć go z Santiago Bernabeu, był on sam.

Tym większy szacunek kibice Realu Madryt powinni mieć do swojej legendy, że przedłożył dobro klubu nad własne ambicje. – Żeby nadal wygrywać, ten zespół potrzebuje zmian. Po prawie trzech sezonach wspólnej pracy potrzebuje innego systemu, innej metodologii, innego głosu w szatni – powiedział ZZ na konferencji, pokazując troskę o losy Królewskich i całą społeczność Los Blancos.

Wybrał idealny moment, bo włodarze klubu mają nie tylko czas na znalezienie nowego wodza zespołu, ale i mogą ten zespół spokojnie skompletować według jego widzimisię. Jak u Hłaski – nie zawsze chodzi o to, by zmieniło się na lepsze, tylko na cokolwiek. Każda zmiana w obecnej sytuacji Realu byłaby lepsza niż jej brak. Nawet, jeśli po stronie strat trzeba zapisać nazwisko najwybitniejszego człowieka piłki ostatnich dwóch dekad.