Gdy Duaine Lindsay przejmował seniorską reprezentację Polski w rugby piętnastoosobowym, zapowiadał, że trzy wiosenne mecze w rozgrywkach Rugby Europe Trophy będą bardzo trudne, a jego głównym celem jest „zminimalizowanie strat” na tym etapie pracy z kadrą. Ciężko powiedzieć, czy spodziewał się takiego przebiegu meczu z Holandią, ale wynik 30-71, mimo, że fatalny dla Biało-czerwonych, paradoksalnie niesie ze sobą także pozytywy.

W kwietniu poprzedniego roku, z tym samym rywalem w Warszawie, jeszcze za kadencji Blikkiesa Groenewalda, Polacy po dramatycznej końcówce wygrali 14:13. Od tamtego czasu jednak wiele się zmieniło. Reprezentacja Oranje poczyniła postępy, zrobiła kilka kroczków do przodu, a grając w podobnym zestawieniu, jest na tę chwile lepszą drużyną niż 11 miesięcy temu. Polska odwrotnie. Afrykanera na stanowisku selekcjonera zastąpił najpierw Stanisław Więciorek, a na początku roku 2018 Duaine Lindsay. Irlandczyk z miejsca ochoczo zabrał się do pracy, ale w zaledwie kilka tygodni, które miał do dyspozycji, zdołał przeprowadzić zaledwie kilkanaście jednostek treningowych. I to było widać na boisku.

– Nie chciałbym się usprawiedliwiać, ale przed samym wyjazdem na mecz wypadło mi kilku zawodników z powodu kontuzji, z kilku innych nie mogłem skorzystać, więc z tą grupą, która pojechała do Holandii, przeprowadziłem tak naprawdę tylko dwa treningi, łącznie cztery godziny… Po raz pierwszy grupę 23 zawodników miałem do dyspozycji w piątek wieczorem – mówił po spotkaniu selekcjoner naszej kadry.

11 miesięcy… Jak wielkie zmiany nastały w wyjściowych piętnastkach obu zespołów przez ten czas? W polskiej ostało się tylko pięciu zawodników: Stanisław Powała-Niedźwiecki, kapitan Piotr Zeszutek, Dawid Plichta, Andrzej Charlat oraz Grzegorz Szczepański. W ekipie Holandii? W samym młynie sześciu, a łącznie aż dwunastu graczy, którzy niespełna rok temu minimalnie ulegli Biało-czerwonym na wyjeździe i pałali wielką rządzą rewanżu.

W kwietniu ubiegłego roku w Warszawie Polacy pokonali Holendrów 14-13. Oranje bardzo chcieli się zrewanżować za tamtą porażkę / fot. PressFocus

Holendrzy dość szybko objęli prowadzenie, a zanim minęło pół godziny gry, trzy razy przedarli się w pole punktowe Polaków. Gospodarze umiejętnie znajdowali dziury w linii defensywnej Biało-czerwonych i bezwzględnie je wykorzystywali. Podopieczni trenera Lindsey’a dobrze prezentowali się będąc w posiadaniu piłki, która szybko krążyła z rąk do rąk, z prawej do lewej. Organizacja gry obronnej Oranje była jednak na znacznie wyższym poziomie, więc pierwsze przyłożenie zdobyliśmy dopiero kilka minut przed przerwą. A że wcześniej celnie na słupy z rzutów karnych kopał Dawid Banaszek, zmniejszyliśmy stratę do 8 punktów przy stanie 13:21. Gdyby tym wynikiem udało się zakończyć pierwszą połowę…

Niestety, tuż przed przerwą dostaliśmy przyłożenie „do szatni”, a Holendrzy przypieczętowali tym samym punkt bonusowy. Szkoda, bo w tym fragmencie gra naszej drużyny mogła się podobać i dawała nadzieję na korzystny wynik po drugiej połowie.

Holendrzy byli lepsi w każdym elemencie gry / fot. PressFocus

Niestety, po zmienie stron trzy szybko zdobyte przez miejscowych przyłożenia praktycznie wybiły Polakom z głów marzenia o korzystnym wyniku. W grze rywali było widać schematy wypracowane przez miesiące wspólnych treningów i występów w drużynie narodowej. Ich ataki nie były przypadkowe, a kiedy już znaleźli lukę w naszej obronie, brakowało nam asekuracji. A i z kolejnymi traconymi punktami z naszych zawodników ulatywało powietrze. Warto zwrócić uwagę na to, że dopiero po siódmym przyłożeniu Holendrzy nie trafili z podwyższenia, ponieważ większość skutecznych ataków kończyli tuż za słupami. W całym spotkaniu 11 razy zameldowali się w naszym polu punktowym i aż ośmiokrotnie dodawali do swojej zdobyczy kolejne dwa oczka. W obronie Polacy zagrali kryminał.

Jak udało nam się ustalić po rozmowach z zawodnikami, biorącymi udział w zgrupowaniach reprezentacji w ostatnich tygodniach, na początku swojej pracy Duaine Lindsay skupił się na wprowadzeniu nowych schematów gry ofensywnej i nad tym głównie z zespołem pracował. Defensywę potraktował bardzo powierzchownie, ponieważ nie było na to czasu. Po prostu. Ale atak w meczu z Holendrami funkcjonował całkiem nieźle. Drugie przyłożenie dla Biało-czerwonych zdobył Andrzej Charlat po indywidualnej akcji skrzydłem. Następnie przez długi fragment gry na murawie panowali Oranje, ale w końcówce Polacy jakby przypomnieli sobie, że zdobycie punktu bonusowego wcale nie leży poza ich zasięgiem i bardziej zdecydowanie zaatakowali.

Sygnał do walki o punkt bonusowy dał Piotr Zeszutek, zdobywając przyłożenie 7 minut przed końcem meczu / fot. PressFocus

Sygnał do walki dał kapitan, Piotr Zeszutek 7 minut przed końcem, a w doliczonym czasie gry przyłożenie na wagę punktu bonusowego zdobył rezerwowy Tomasz Rokicki. I jeśli gdzieś szukać pozytywów z tego meczu, to właśnie w grze ofensywnej naszej reprezentacji.

– Dobrze, że zdobyliśmy chociaż ten bonus… Na kilka minut przed końcem brakowało dwóch przyłożeń, ale w porę się zebraliśmy. Zabrakło obrony w każdym aspekcie. Natomiast za pozytywne uważam to, że nigdy tak efektywnie nie graliśmy w ataku. Mam nadzieję, że ten mecz i zdobyty bonus przybliży nas do utrzymania w grupie – powiedział nam po meczu kapitan reprezentacji, Piotr Zeszutek.

Tak więc przez kilka tygodni kadra trenowała atak i są efekty, to cieszy. Z drugiej strony… Nie pamiętamy, kiedy Polacy stracili ostatnio 11 przyłożeń w oficjalnym meczu. Defensywa zdecydowanie do poprawy. Podobnie jak stałe fragmenty gry, które także przegrywaliśmy z Holendrami. Czas działa co prawda na naszą korzyść. Problem polega na tym, że czas to jedna z tych rzeczy, których przed meczami ze Szwajcarią za dwa tygodnie i spotkaniem z Portugalią za trzy, po prostu nie mamy.

– Chyba jedynym pozytywem z tego meczu są cztery przyłożenia, które zdobyliśmy przeciwko Holandii, ponieważ mało komu się to udaje, w dodatku na ich terenie. W kilku kolejnych sytuacjach dobrze rozegraliśmy piłkę, ale zabrakło ostatniego podania bądź wypadała nam z rąk. Jeśli chodzi o atak, mogę być w miarę zadowolony. Przed meczem ze Szwajcarią będę miał drużynę do dyspozycji przez 3 dni, będziemy mieli okazję więcej potrenować. Na pewno zabierzemy się za obronę – powiedział Duaine Lindsay po meczu.

Rzetelną i sprawiedliwą ocenę pracy Irlandczyka z naszą kadrą będzie można wystawić dopiero na jesień, po dziesiątkach przeprowadzonych jednostek treningowych. Na dzień dzisiejszy cieszmy się z wywalczonego bonusu. I kibicujmy naszym w spotkaniach z Helwetami i Portugalią, bo tam wcale nie będzie łatwiej…