O co walczą kibice? By polska piłka zachowała resztki sensu…

- Widzisz Wąski coś narobił? Urwałeś kurze złote jaja! – wypalił w „Kilerze” Siara. Gdyby ten film dopiero wchodził do kin można byłoby pomyśleć, że Wąski to jeden z członków Komisji Ligi (Ekstraklasa) lub Komisji Dyscyplinarnej (PZPN), która próbuje zarżnąć polską piłkę, zabierając jej głównego sponsora.

Czymże jest bowiem kibic piłkarski, jeśli nie największym sponsorem? Proszę nie wyciągać żadnych danych, tabelek i wykresów z procentowym udziałem w klubowym budżecie sprzedaży biletów, pamiątek czy koszulek. To oczywisty dochód, który dostarczają klubowi jego fani. Nie wystarczy on oczywiście do tego, by ściskających kciuki za Lecha, Jagiellonię, Legię czy Wisłę Kraków nazywać „największym sponsorem”.

Co więc decyduje o tym, że bez kibiców – niczym w wizji Kononowicza – nie byłoby niczego?

Śmieszy mnie to, jak krótkowzrocznie patrzy wielu tak zwanych „ludzi futbolu”. Jak bardzo martwią się, gdy tupnie nogą właściciel, sponsor, a nawet partner klubu. I tak, jak przeraża ich wizja zdenerwowanego dobrodzieja z workiem pieniędzy, tak głęboko w tylnej części ciała mają to, co sądzą kibice. Choć to właśnie ich zdanie jest w tym całym zamieszaniu zwanym futbolem najważniejsze.

Nie ma odrobiny przesady w tym, że gdyby nie kibice – Cristiano Ronaldo nie zarabiałby właśnie na siedemnaste ferrari, a Manchester City nie kupowałby kolejnego obrońcy za pierdyliard petrodolarów. Piłka nożna to piękny sport, dla wielu: najpiękniejszy na świecie. Ale bez tych „wielu” nie byłby dla ludzi wykładających pieniądze niczym innym, jak tylko grą 22 facetów na dwie bramki. Niczym więcej.

Zastanawialiście się, skąd w piłce nożnej tyle pieniędzy? Dlaczego Robert Lewandowski zarabia więcej, niż Paweł Fajdek? Odpowiedź jest bardzo prosta: bo piłką nożną interesuje się najwięcej ludzi na świecie, a dokładnie – według najnowszych badań – niemal połowa globu (3.5 miliarda na 7.2 mld ludzi, drugi jest krykiet z wynikiem dwóch miliardów). W piłce pieniędzy jest coraz więcej i więcej, bo inwestowanie w nią się po prostu opłaca.

Nie widać, żeby masowo pompowano wielkie fortuny w polorugby, hokej pod wodą, wyścig kosiarek czy boks szachowy, bo nie ma tam masowego zainteresowania.

Reklama na koszulkach zawodników tych dyscyplin (które notabene naprawdę istnieją) nie przyniesie takiego zysku, jak identyczna na strojach Legii Warszawa czy Sandecji Nowy Sącz. W piłce są pieniądze, bo to świetny nośnik reklamowy. Ludzie czytają gazety, oglądają mecze, śledzą wyniki. Są potencjalnymi klientami wielu firm. Gdyby nie ich zainteresowanie, Leo Messi byłby jak mistrz świata w bierkach. Nikt nie wie, kim jest mistrz świata w bierkach. Zakładam, że z tego tytułu nie zgarnia miliardów.

Przestańmy się oszukiwać, że o wszystkim decyduje poziom sportowy. Tomasz Majewski pchał kulą najdalej na świecie i był geniuszem w swojej dziedzinie, ale tak jak często daleko rzucał, tak narzekał na zbyt niską gratyfikację finansową. On, podobnie jak inni (Adam Kszczot, Paweł Fajdek, Konrad Bukowiecki), nie chciał do siebie dopuścić prostej myśli: ogólnie ludzi na co dzień wali to, czy rzucił żelastwem 10 centymetrów krócej, czy dłużej. Fajnie, jak zdobywa medal dla kraju na Igrzyskach. Wszyscy się cieszymy, bo to odpowiednie do tego miejsce i czas. Ale to, czy wygra na 24. Benefisie Iksińskiego, raczej nie spędza nikomu snu z powiek.

Nawet w samej piłce poziom nie jest jedynym wyznacznikiem. Gdy Widzew Łódź grał w Ekstraklasie, ale atmosfera wokół klubu nie była zbyt dobra i na mecze przychodziło pięć tysięcy ludzi, próżno było szukać wielkiego sponsora na koszulkach. Przez długi czas nie było żadnego, by wreszcie bezczelnie dokleić niebieski prostokąt z napisem „Braveran”. Teraz łodzianie grają na czwartym poziomie rozgrywkowym, ale że zainteresowanie klubem jest ogromne, a na nowym stadionie komplet – o sponsorów, którzy wyłożą więcej pieniędzy, jest zdecydowanie łatwiej.

Są bogaci ludzie, którzy mają różne fanaberie i to ich prawo. Może ktoś, kto znakomicie uprawia jedzenie hot-dogów na czas, znajdzie swojego fana-sponsora? Być może, ale to wyjątki. Reguła jest taka, że im mniejsze wzbudzasz zainteresowanie, tym proporcjonalnie mniej zarabiasz. Nikt tych pieniędzy nie kradnie. Jest popyt – są sponsorzy, telewizja, reklamy, kasa. Proste. Na piłkę nożną ten popyt jest największy.

Dlatego mierzi mnie, jak protesty najważniejszych ludzi na stadionie piłkarskim są przemilczane w wielu mediach. Te przecież także są nie dla piłkarzy ani dziennikarzy, a dla kibiców właśnie.

Nikt nie robiłby wywiadu z Lewandowskim, gdyby nikt nie chciał tego wywiadu obejrzeć lub przeczytać. Dlaczego więc traktuje się ludzi napędzających piłkarską gospodarkę – a właściwie będących jej fundamentami, ścianami, oknami i dachem – jako zło konieczne? Nierzadko jak bydło, a już na pewno wrogo.

Opóźnione przez serpentyny mecze, brak dopingu przez jego część, transparenty – to dotychczasowe działania ludzi, który chcą wyrazić sprzeciw. Przypomnijmy: ludzi w piłce najważniejszych. Próżno jednak szukać szumu: dlaczego protestują? O co im chodzi? Dlaczego są niezadowoleni? Zadawanie takich pytań to przecież normalne zjawisko na świecie. Jeśli klient składa reklamację, to dobry właściciel dobrej firmy nie podciera się nią w toalecie, tylko możliwie jak najszybciej stara się ją rozpatrzyć. Postulaty kibiców póki co ma się gdzieś, choć pewnie strajk dojdzie wreszcie do takiego momentu, w którym będzie mocno zauważalny.

Raczej nastąpi to jednak później, niż szybciej. Żyjemy w kraju, w którym działacze klubu Ekstraklasy – najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce – robią swoim fanom takie psikusy:

Widziałem więcej. Pamiętam działaczy, którzy utrudniali fanom wejście na stadion, nakazując ochronie sprawdzanie nawet sprawności fizycznej (robienie „pajacyków” na wejściu, by udowodnić stan trzeźwości). Znam właścicieli, który wypowiadali kibicom wojnę. Zawsze kończyli jednak pokonani.

Akcja „Nic o nas bez nas” to odpowiedź na wojnę, którą nowymi restrykcjami w przepisach wypowiedzieli kibicom włodarze polskiej piłki. Dodajmy, bo to najważniejsze: to cios, który – jeśli zostanie zadany – sięgnie tak najbardziej fanatycznych osób dopingujących w młynie, jak i zwykłego kibica, którego nie interesują flagi, kosy, ustawki, specjale, race, psy, grille, pozdrowienia do więzienia i że kto ma wiedzieć, ten wie.

„Bo ja tylko na mecze chodzę i mnie te protesty nie interesują”, ktoś powie. Problem w tym, że niedługo na te mecze chodzić nie będziesz mógł, bo ktoś po drugiej stronie boiska zrobi coś głupiego. Bo nowe wytyczne sankcjonują odpowiedzialność zbiorową, umożliwiają zamykanie całych stadionów za błahe przewinienia.

„Bo mnie tylko interesuje, czy drużyna wygra”, ktoś doda. I ma rację, bo mecz na meczu jest absolutnie najważniejszy, a cała reszta to tylko dodatek. Niedługo jednak drużyna meczu nie wygra, bo w świetle nowych przepisów za przewinienia (nawet pojedynczych) osób ukarany zostanie klub potężną, niewspółmierną do przewinień karą finansową. Pieniądze trafią do PZPN-u, a nie na sprowadzenie Carlitosa. Drużyna nie wygra, bo nie będzie pieniędzy na taką, która zwycięstwa gwarantuje.

https://twitter.com/AC_Sobol/status/982649043015913472

Na stronie ostatnigwizdek.pl można przeczytać również, że wprowadzone mają zostać także zapisy dyskryminujące kibiców ze względu na miejsce zamieszkania. Czyli jeśli jesteś z Warszawy, ale kibicujesz Wiśle, to na mecz Wisła – Legia biletu możesz nie dostać. Tylko dlatego, że jesteś z Warszawy. Praktyka ta była stosowana przez wiele lat, teraz ma być standardem. O wyjeździe na mecz najważniejsze mecze swojej drużyny, czyli w derbach czy odwiecznymi rywalami, też można zapomnieć. Sektory gości będą wyłączanie z użytku prewencyjnie, czyli „w razie czego kibiców nie wpuścimy, bo coś tam mogą zrobić”.

Te przepisy to skandal, a ludzie odpowiedzialni za ich stworzenie powinni zostać publicznie zlinczowani w mediach, wyśmiani, wskazani palcem, który chwilę później zacznie się pukać w głowę. Tymczasem niemal wszyscy milczą. Ciekaw jestem, jak długo.

Z kibicami jeszcze nikt nie wygrał. Z prostego powodu: piłka nożna nie jest tylko dla pana Bońka, dla pana Animuckiego czy panów właścicieli klubów. Jest także – a może przede wszystkim? –  dla Kowalskiego z Warszawy, Nowaka z Krakowa, Kowalczyka z Poznania, Wiśniewskiego z Łodzi i Dąbrowskiego z Wrocławia. Im się powinno dogadzać i usługiwać, bo chcą na tę padlinę zwaną polską ligą jeździć, płacić i ją oglądać. Teraz robi się im pod górkę, która ma być jeszcze bardziej stroma. Władze PZPN i Ekstraklasy podcinają gałąź, na której wygodnie siedzą. Oby po nieuniknionym upadku było do czego (i dla kogo!) się podnosić.

 

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem