O co chodzi z Superligą? Problemem nie są pieniądze czy chciwość

Wszyscy chcemy zarabiać pieniądze i wszyscy jesteśmy na swój sposób chciwi. Chciwi są zawodnicy i ich menedżerowie, chciwi są trenerzy, chciwe są kluby i federacje - nie tylko te krajowe, ale też UEFA czy FIFA. Nic dziwnego, że finanse i chciwość popchnęły jedne z największych klubów świata do stworzenia Super Ligi. Nie to jest problemem związanym z nowymi rozgrywkami, a kierunek ów popchnięcia. Z perspektywy kibica prowadzący donikąd. Spektakularnie, ale donikąd.

Futbol to dziecko, które zaczyna kopać piłkę z kolegami (obecnie także koleżankami!) na boisku, podwórku, ulicy czy plaży. Ustawia bramki nawet z plecaków, bluz czy cegieł po to, by czerpać z tego radość – a gdy idzie mu bardzo dobrze, próbuje połączyć przyjemne z pożytecznym. Gra w drużynach juniorskich, by trafić do seniorów. Gra w B-Klasie, by awansować do A-Klasy. W trzeciej lidze – by osiągnąć drugą. W pierwszej, by zasmakować Ekstraklasy. Chce piąć się w górę i być najlepszym. Zostać mistrzem Polski, Europy, świata.

Z jakiegoś powodu tysiące tych dróg, na przeróżnych szczeblach i rejonach planety, śledzi z zapartym tchem jeszcze większa liczba osób. Żadna dyscyplina sportowa nie ma tak wielu młodych adeptów podążających wspomnianymi drogami na futbolowy szczyt, a przy tym żadna nie przyciąga takiej uwagi kibiców. Futbol jest numerem jeden z wielu powodów, a jednym z nich jest to, że oprócz jasnych i klarownych zasad gry – ma też jasny i klarowny system rozgrywek. Bez problemu można ustalić najlepszą drużynę w okolicy, regionie, kraju, kontynencie czy na świecie. To dziecko z pierwszego akapitu, które zaczyna kopać piłkę, również tego problemu nie ma.

Powstanie Super Ligi burzy ten ład – i to jest jej największa wada. Nie pieniądze, chciwość, brak solidarności – tylko rozwalenie niczym domku z kart hierarchii, której dotąd w futbolu nie negował nikt.

Mistrzostwa świata w piłce nożnej to najchętniej oglądana impreza sportowa globu nie tylko dlatego, że gra na patriotycznych strunach, a już na pewno nie dlatego, że gwarantuje najwyższy piłkarski poziom. Jest on rzecz jasna topowy, ale drużyny narodowe siłą rzeczy nie mogą być tak zgrane, poukładane i dobrze grające jak zespoły klubowe, które funkcjonują na co dzień, a nie od wielkiego święta. Prawdopodobieństwo zobaczenia szczytu piłkarskiej maestrii jest większe w Lidze Mistrzów aniżeli na mundialu. Mistrzostwa świata mają jednak dwie, wielkie zalety, których w Super Lidze nie doświadczymy.

Po pierwsze i najważniejsze, to jasny dla wszystkich na świecie – niezależnie od wieku, stopnia inteligencji, statusu społecznego – cel imprezy. Wyłaniamy najlepiej grający w piłkę kraj na świecie. Każdy z nich ma równe szanse. Każdy z nich ma zagwarantowany udział w eliminacjach. Każdy może sięgnąć po najwyższy laur. W niemal zamkniętej, elitarnej Super Lidze o równych szansach dla wszystkich, czy też jasnym celu wyłonienia najlepszego w Europie (przy jednoczesnym działaniu Ligi Mistrzów UEFA) nie może być mowy.

Po drugie, mundial jest swego rodzaju futbolową edycją limitowaną, a sam fakt jego rzadkości czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. Wielkie mecze są wielkie również dlatego, że nie są rozgrywane codziennie. Podniesienie w górę Pucharu Świata FIFA (dawniej: Złotej Nike, czyli Pucharu Jules’a Rimeta) jest tak podniosłą chwilą, bo wiesz, że drugiej takiej szansy możesz już nie mieć nigdy. Gdyby można było sięgać po niego co tydzień, nie dorobiłby się takiej estymy. Super Liga, podobnie jak Liga Mistrzów, rozgrywana jest co roku – nie chodzi jednak o częstotliwość jej zdobywania, a o natężenie wielkich meczów. Obawy, że spowszednieją niczym piosenka „Ona tańczy dla mnie” nie są nieuzasadnione, choć nie ukrywam: drugi powód jest znacznie mniej ważny. Być może nieistotny, a wciąż istnieje pod tym względem pole do zagospodarowania. Pamiętam jednak, że cztery „El Clasico” w przeciągu miesiąca przed laty na jakiś czas mocno nadszarpnęło wyjątkowość tego spotkania z punktu widzenia bezstronnego kibica. Czy tu będzie podobnie? Pewności nie mam.

Największe kluby świata jednak spróbują. Dla pieniędzy, a jakże. Czy to mnie boli? Ani trochę. Nie mam nic przeciwko temu, by kluby zarabiały jak najwięcej. Bogactwo na świecie nie jest grą o sumie zerowej. Gdy kasa trafia do klubów – nie oznacza to automatycznie, że gdzieś na świecie komuś zostanie ona odebrana, a to, że ktoś był gotów poświęcić niewielką część swoich funduszy na rozrywkę pt. „futbol”. W najmniejszym stopniu nie ruszają mnie hasła o skąpstwu, sknerstwie, o obrzydliwych bogaczach, braku finansowej solidarności – zwłaszcza, gdy wysnuwane są przez ludzi z UEFA czy FIFA, które w kolejce do prawienia morałów powinny stać na szarym końcu. Nie jest mi smutno również z powodu przełamania monopolu tych federacji. Byłbym nawet szczęśliwy, gdyby ktoś go storpedował. Tyle tylko, że z poszanowaniem dla futbolowej hierarchii i sensu rozgrywek, bez którego dzielenie bimbalionów dolarów może okazać się dzieleniem skóry na niedźwiedziu.

Krótko mówiąc: nie w takim stylu, w jakim torpedowania dokonali założyciele Super Ligi.

Kibicom, którym nie podoba się „nowy ład” zaprezentowany z jednej strony przez UEFA (nowa wersja Ligi Mistrzów to SuperLiga: Bieda Edition), a z drugiej przez dwunastu możnych buntowników-gigantów, pozostaje zagłosowanie własnym portfelem, pilotem, czasem. Rozgrywki, które nie przyciągną fanów, „nie zepną się” finansowo. Zagrożenie, że tak stanie się z zabetonowaną nową Ligą Mistrzów czy Superligą, moim zdaniem istnieje. Zwłaszcza, że nowe pokolenie kibiców nie jest tak bardzo jak starsze przywiązane do gry w piłkę czy oglądania meczów. Starze pokolenie na nowy twór nie spojrzy tak przychylnym okiem jak kiedyś, to młodsze – może nie zrekompensować strat wynikających z odpływu kibiców starszego. Super Liga jest krokiem w kierunku ludzi nowej generacji, ale sprawia, że futbol stanie w rozkroku. Ten zaś gładko może zamienić się w upadek.

I to wszystko z powodów finansowych, czego też nie do końca jestem w stanie zrozumieć. Przecież dużo łatwiej – a Bayern żywym przykładem, że nie tylko w teorii, ale i praktyce – jest ograniczyć koszty, aniżeli wywracać świat do góry nogami w poszukiwaniu jeszcze większych przychodów. Rację ma Karl-Heinz Rummenigge, mówiąc: „Wszystkie drużyny powinny raczej solidarnie pracować nad tym, aby struktura kosztów, a przede wszystkim pensje piłkarzy i prowizje dla agentów, zostały dostosowane do przychodów. Cała europejska piłka stałaby się wtedy bardziej racjonalna”. Racjonalności jednak trudno się doszukiwać w tej piłkarskiej rewolucji. I to jest w tym wszystkim najgorsze…

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem