Xavi w Barcelonie, Steven Gerrard w Liverpoolu, Andrea Pirlo w reprezentacji Włoch, Paul Scholes w Manchesterze United i… Dario Kristo w Widzewie Łódź. Co łączy tych pięciu zawodników? Rzecz jasna pierwsza czwórka to zupełnie inna półka sportowa, ale podobnie jak widzewski Chorwat miała ogromny wpływ na styl gry drużyny. Stemplowała wszystkie akcje, regulowała tempo gry, po prostu dowodziła.

Kibice tłumnie przychodzący na stadion przy al. Piłsudskiego 138 dawno nie widzieli takiego zawodnika. I to nawet pomimo tego, że przecież już jeden mecz Kristo w Sercu Łodzi zaliczył. Trudno bowiem powiedzieć z pełnym przekonaniem, że zagrał, bo na boisku bardziej był niż miał znaczący wpływ na mecz. Wszystko przez nienajlepszą organizację środka pola, a co za tym idzie – także gry całej drużyny.

Pisaliśmy o tym przed meczem z Wartą Sieradz, że druga linia czerwono-biało-czerwonych grała w linii. Nie łapała głębi, nie tworzyła możliwości zagrania na wielu obszarach boiska. Była nijaka – ani ofensywna, ani defensywna. Przez to kibice mówili po meczu o „leju po bombie”, jaki tworzył się przed Dario Kristo i Maciejem Kazimierowiczem, a za Robertem Demjanem. Nie wiemy, czy sztab szkoleniowy przeczytał ten tekst, ale wnioski z pierwszych dwóch meczów wyciągnął znakomicie.

Widzew pewnie wygrał z Wartą 2:0 i do sobotniego starcia z Sokołem Aleksandrów Łódzki przystępuje nie tylko jako lider, ale również z liderem.

O tym, jak ważne jest posiadanie takiego zawodnika w drużynie, nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać. Z wielką przyjemnością patrzyło się na grację, z jaką porusza się Chorwat – przede wszystkim dlatego, że miał absolutny monopol na rozegranie piłki. Maciej Kazimierowicz zagrał wyżej, próbował często podłączać się do akcji ofensywnych i również tworzył linię – tyle, że tym razem ze zbyt głęboko cofającym się Karolem Stankiem.

Ze swojej roli „Kazik” wywiązał się jednak znakomicie. Pomimo gry w połowie przeciwnika bardzo szybko i skutecznie wracał się na własną połowę. Tak naprawdę to definicja zawodnika „box to box”, bo żelazne płuca byłego piłkarza Błękitnych Stargard to również niezbędny element widzewskiej układanki.

Kluczowy jest jednak Kristo. Człowiek, do którego zagranie piłki oznacza niemal zamknięcie ją w sejfie. Świetnie gra „na ścianę”, ale potrafi także futbolówkę przytrzymać, rozejrzeć się i zagrać diagonalną piłkę na drugą stronę boiska. Tak regularnej zmiany strony w Widzewie brakowało jak tlenu. Zwłaszcza, kiedy przeciwnicy często zamykają się na własnej połowie i zagęszczają przedpole swojej bramki.

Może to nie jest drugi Makelele ani Kante, ale w obronie też grać potrafi.

Także w powietrzu. Wiele pojedynków główkowych, tak ważnych w środkowej strefie boiska, wygrywa nawet gdy ustępuje rywalowi wzrostem (co rzadko się zdarza, ma 190 cm wzrostu). Głową strzelił bramkę w sparingu Górnikiem Konin, a taki obrazki jak poniżej (pierwsza piłka po długim wykopie Macieja Mielcarza), czyli wygrana główka w środku, nie były niczym nowym:

Widać gołym okiem, że niebanalny wpływ miał obóz przygotowawczy pod okiem trenera Franciszka Smudy. W sparingach wydawał się żwawszy, bardziej ruchliwy i z nieco większym „depnięciem” na pierwszych metrach, chociaż to nigdy nie był drugi Mateusz Michalski. Z każdym meczem wygląda jednak pod tym względem coraz lepiej. Potrafi zwieść obrońcę zwodem, potrafi mu „odjechać” i dograć piłkę partnerowi.

Jednym z jego największych atutów jest umiejętność znalezienia wyjścia z sytuacji trudnej. Na obrazku poniżej widzimy cztery „zamknięte” kierunki do zagrania. Z przodu nie ma nikogo, po swojej prawej nie ma nikogo, gdyby się odwrócił z piłką – środkowi obrońcy również byli daleko. Maciej Kazimierowicz przygląda się schowany za dwoma zawodnikami, a taka sama liczba piłkarzy w zielonych strojach oddziela go od Mateusza Michalskiego.

Skrzydłowy Widzewa dostał jednak piłkę, która przeszyła ośmiu ustawionych piłkarzy z Sieradza, w tym trzech ustawionych bardzo blisko piłkarza z „siódemką” na plecach. Wszystko dzięki genialnemu, prostopadłemu podaniu od Chorwata, który – podkreślamy: naciskany przez rywala – znalazł lukę i w pełnym biegu dograł „malinkę” Michalskiemu. Skrzydłowy sytuację zmarnował, choć mógł albo strzelać, albo dograć Demjanowi. Za daleko wypuścił sobie jednak piłkę i wyjechał z nią za linię końcową.

Odpowiedzialność – tak określilibyśmy grę Kristo w meczu z Wartą, gdybyśmy mieli zrobić to jednym słowem.

Dzięki niemu gra Widzewa nie jest przewidywalna, toporna i jednowymiarowa. Chociaż miał na nią ogromny wpływ, cała drużyna nie była od niego uzależniona. Wciąż można przecież grać tak, jak dotychczas: szybkim atakiem skrzydłami (Michalski, Miller, Mąka, Zuziak) albo długą piłką do Demjana (świetnie się zastawia, daje czas reszcie zespołu na podejście do przodu).

Kristo sprawia jednak, że pałowanie do boku lub przodu nie jest jedynym wyjściem, a tylko jedną z opcji. Bo teraz bardziej oczywiste wydaje się zagranie do niego. Wygląda to dużo lepiej i płynniej, jeśli Widzew gra z myślą „nie masz co robić – zagraj do Kristo”, aniżeli „wybij na Demjana” tudzież „wybij na oślep”. Takie piłki nadal się zdarzają, ale coraz rzadziej. Widzew nie gra na oślep, bo wie, co ma grać. I najważniejsze: tego, jak w tej czy tamtej akcji zagra Widzew, w głównej mierze dzięki Dario Kristo nie wiedzą przeciwnicy.

31 marca 2018 r. | godzina 19:10 | Widzew Łódź – Sokół Aleksandrów Łódzki

Wygra Widzew: 1.42

Remis: 4.55

Wygra Sokół: 5.9