Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Nowa reforma? Herbata nie zrobi się słodsza od mieszania

Poznaliśmy nowy system rozgrywek Ekstraklasy i 1. Ligi, który wejdzie w życie już od sezonu 2019/20. To kolejna ingerencja w funkcjonowanie najwyższej klasy rozgrywkowej w polskiej piłce nożnej. Działacze od kilku lat prześcigają się w nowych pomysłach, które mają na celu… No właśnie, co dokładnie? Kibice życzyliby sobie zwiększenia poziomu. Władze patrzą na finanse.

Ciężko im się dziwić. Niedługo kończy się obecna umowa dotycząca praw telewizyjnych, a zarządzający spółką Ekstraklasa SA ludzie chcą, by – idąc tropem poprzednich lat – tort był w każdą umową coraz większy. Co prawda poziom nie rośnie (jeśli się zmienia, to raczej na gorsze), obowiązują idiotyczne limity (dwóch piłkarzy spoza UE), młodzieżowców jest jak na lekarstwo (w ostatniej kolejce z rocznika 1997 i młodszych w podstawowym składzie wybiegło zaledwie 10 na 171 piłkarzy!), a interwencje golkiperów pokroju Dahne z Wisły Płock czy Treli z Bruk-Betu prestiżu rozgrywkom nie podnoszą. Mimo to cena za pokazywanie ekstraklasowych spektakli wciąż rośnie.

Ustawą znieść ubóstwo?!

Głównie dlatego, a nie ze względu na dobro polskiej piłki czy podniesienie poziomu rozgrywek, po raz kolejny miesza się w systemie. O ile pierwszą zmianę i przerzucenie się na ESA37 z podziałem punktów można było zrozumieć i przetestować jako coś nowego, tak z każdą kolejną roszadą opakowanie z napisem „Ekstraklasa” robi się coraz bardziej zużyte i brzydkie.

Wyjaśnijmy sobie coś oczywistego: zwiększenie kolejek, liczby drużyn, podział punktów, strefa mistrzowska i spadkowa, bonusy za ładne buty i krótkie włosy… Można się bawić w przeróżne konfiguracje prostego systemu, jakim jest liga, ale to nie zrobi z Bartosza Śpiączki Roberta Lewandowskiego, a Tomasz Brzyski nie zacznie grać jak Roberto Carlos. Ustawą nie zniesie się ubóstwa i głodu, tak jak zamiana systemu rozgrywek prościej kopać piłki nie pomoże.

Zaszkodzić, a i owszem, może. Widać to było w poprzednich sezonach w wielu spotkaniach „o półtora punktu”, których widowiskowość i poziom emocji można było porównać do kołyszących się na delikatnym wietrze liści. Wielu lepiej się bawiło przy liczeniu samochodów za oknem albo baranków przed snem, bo od tego przynajmniej nie bolały oczy. Ameryki nie odkryjemy mówiąc, że mecze Ekstraklasy odbiegają od tych Realu Madryt z Paris Saint Germain. Tak, jak spotkania nie do końca zmotywowanych ekstraklasowiczów do tych, w których grają z pełnym zaangażowaniem.

Kolejna zmiana. Na czym polega?

Postanowiono jednak, że od sezonu 19/20 ponownie będziemy grali inaczej niż dotychczas. Przyznajmy, że cztery różne sposoby rozgrywania ligi w przeciągu siedmiu lat nie oznaczają na zewnątrz dobrej kondycji polskiej piłki klubowej, a raczej podają w wątpliwość zdrowie umysłowe władających tymi rozgrywkami. Tutaj jednak też o ciągłości mowy być nie może. Stołek prezesa ligowej spółki to nie jest najpewniejsze miejsce pracy świata.

Dlatego też zapewnienia o tym, że akurat ta reforma jest długofalowa i będzie funkcjonować przez wiele, wiele lat odłożylibyśmy na półkę z napisem „kiełbasa wyborcza piłkarska”. Między innymi dlatego, że obecny kształt chciano zmieniać, a nowy – niewiele się od starego różni. Trzeba jednak przyznać, że nowy układ jest zmianą na lepsze. A na pewno: na bardziej emocjonujące.

Z ekstraklasy spadną trzy drużyny. Do najwyższej ligi piłkarskiej w Polsce awansują bezpośrednio dwie z jej zaplecza, a zespoły z miejsc 3-6 rozegrają Play-Offy na wzór angielskiej Championship. Trzecia z szóstą i czwarta z piątą to dwa półfinały, finał wyłoni trzeci klub, który awansuje.

Podoba nam się to znacznie bardziej, aniżeli kojarzący się z czasami Szczakowianki Jaworzno i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki baraże na linii Ekstraklasa – 1. Liga. Najważniejsze jest to, że zmniejsza się liczba ekstraklasowych klubów grająca „o pietruszkę”, a takie zagrożenie w tym sezonie – po wykreśleniu przepisu z podziałem punktów – ponownie zajrzało w oczy kibiców. Od sezonu 2019/20 w grupie spadkowej bezpiecznych jest tylko pięć miejsc. Trzy spadają. To zwiastuje emocje.

Nowy Puchar, lepszy Puchar?

Pozytywny jest również kolejny przepis zaczerpnięty z Wysp Brytyjskich, czyli część tortu finansowego z Ekstraklasy przeznaczona będzie dla drużyny spadającej z 14. Miejsca. To poduszka bezpieczeństwa przed upadkiem, co zdarzało się w ostatnich latach spadkowiczom dość często. Być może dojdziemy do momentu, w którym pomoc finansową i uniknięcie „tąpnięcia” obejmiemy wszystkie trzy zdegradowane kluby. W Premier League takie zespoły otrzymują aż trzyletnią gratyfikację finansową.

Ważne jest też to, że do Ekstraklasy nie zostanie dopuszczona „druga Sandecja”. Drużyny bez obowiązkowej infrastruktury, czyli obiektu na 4,5 tysiąca widzów, sztucznego oświetlenia i podgrzewanej murawy na najwyższy szczebel się nie wdrapią. Nie będzie grania „u siebie, ale na wyjeździe”, więc i frekwencja poniżej tysiąca widzów też się powtórzyć nie powinna.

Zmienia się, na lepsze, także Puchar Polski. Wyrzucamy drabinkę i zmniejszamy liczbę spotkań, zwiększając zdecydowanie poziom emocji. Po pierwsze, przy samym losowaniu – dotychczas było jedno i wszystko było już jasne, teraz tych losowań będzie więcej. Po drugie, o awansie do finału rozgrywek nie będą decydowały dwa spotkania w formule dwumeczu, a jedna potyczka. Można iść na całość, zaryzykować i przy okazji nie szczędzić sił, które rozłożyłby się na dwa spotkania.

Reforma jak komisarz Ryba w Kilerze:

– Tak będzie dla nas lepiej.
– Niewiele lepiej, ale…
– Ale lepiej.

Bartłomiej Stańdo