Ambicji, woli walki, zaangażowania, charakteru czy nieustępliwości nie mógł mu odmówić żaden kibic Widzewa. Zawsze gdy grał w pierwszym składzie, dawał z siebie wszystko i zostawiał zdrowie. Czasem był przemotywowany, ale nigdy nie przeszedł obok meczu. Za to kibice go lubili i cenili, a teraz – choć wystąpi po drugiej stronie barykady – przyjmą „jak swojego”. Kamil Tlaga też nie udaje, że do grona „swoich”, czyli widzewiaków, należy. Ale w sobotnie popołudnie sentymenty zostawi w dobrze znanej mu szatni.  

W młodości miał kolegów, którzy byli zagorzałymi legionistami, choć pojawiali się też tacy, którzy biegali po boisku z widzewską szóstką i nazwiskiem „Citko” na plecach. Zdarzało mu się pójść tak na stadion Polonii, jak i na obiekt Legii. Zawsze w celach sportowych. Fanem nigdy nie był i na takowego się nie kreował. Jakiś czas temu się to zmieniło. – Kibicuję Widzewowi, jestem widzewiakiem i się tego nie wypieram – mówi z pełnym przekonaniem.

– Choć byłem kilka razy i na Konwiktorskiej, i na Łazienkowskiej, to miłości w tym nigdy nie było. Po prostu jechałem z kolegami obejrzeć mecz i podpatrzeć zawodników, którzy grali na wyższym poziomie. Gdy przyszedłem do Widzewa, nawet kibice Legii nie mieli do mnie żadnych pretensji, choć RTS jest wrogiem stołecznego klubu. Sami mówią: „Kamil, co dała ci Legia?”. Nic. A Widzew? Możliwość gry przy najlepszej publiczności, na pięknym stadionie. Nigdy się nie wyprę tego, że kibicuję Widzewowi. Czy skończę jutro grać w piłkę, czy trafię do ekstraklasy – będę widzewiakiem. Wiem co mówię, bo nie jestem już nastolatkiem – przyznaje Kamil Tlaga, były piłkarz łódzkiego klubu, a obecnie prawy obrońca Lechii Tomaszów Mazowiecki.

Obie drużyny spotkają się w sobotnie popołudnie w meczu o wszystko, o którym więcej pisaliśmy TUTAJ. Być albo nie być – kto wygra, ten zapewni sobie awans do wyższej ligi, a ostatnią kolejkę będzie mógł potraktować jako pierwszy sparing przed nowym sezonem. Tlaga na pewno będzie miał rozdarte serce. Jeszcze pół roku temu był piłkarzem Widzewa, dziś gra na chwałę jego rywala do awansu i najbliższego przeciwnika.

Strzelenie bramki na oczach 18 tysięcy kibiców czy skandowanie przez kibiców jego nazwiska to jest coś, co – jak przyznaje – będzie pamiętał do końca życia. Podobnie jak fetę z okazji awansu do trzeciej ligi, którą zapewnił wraz z innymi kolegami pomimo dziewięciopunktowej straty do lidera przed rundą rewanżową. Nie wiadomo, gdzie byłby dziś Widzew, gdyby nie tamten sukces. Jedno jest pewne: do kolejnej faty Kamil Tlaga nie zamierza dopuścić.

– Chcemy wygrać. Zawsze powtarzaliśmy, że fajnie byłoby, gdyby mecz z Widzewem był o coś. To się udało, bo dwie kolejki przed końcem bezpośredni pojedynek zadecyduje o tym, kto awansuje. Chyba nigdy w podobnym spotkaniu nie wziąłem udziału – raczej nie zdarzyło się, bym na samym finiszu ligi rozgrywał taki finał. Choć traktujemy go jako mecz z kategorii „jak każdy”, otoczka robi swoje – dodaje.

Gdy przychodził do Lechii Tomaszów Mazowiecki z łódzkiego Widzewa, trenerowi Bogdanowi Jóźwiakowi zadał jedno pytanie. Nie, nie było ono związane z kwestiami finansowymi. Chciał się tylko upewnić, czy Lechia będzie grała o awans. – Najpierw sport, później pieniądze. Śmiałem się, że w Widzewie mógłbym być najsłabiej opłacanym zawodnikiem, a i tak flaki na boisku wypruwałbym tak, jak ten opłacany najlepiej. Nie tylko pieniądze się liczą. Wiem, jak to brzmi, ale to prawda. Nigdy nie patrzyłem na nie w pierwszej kolejności. W Widzewie kokosów nie zarabiałem, nie byłem „kominem”, a przy tym nigdy nie zazdrościłem lepiej zarabiającym. Wszyscy w drużynie jesteśmy równi – przyznaje.

Nie zapytał o pieniądze, bo bardziej interesowały go kwestie sportowe. Nie wstydził się słów o awansie, które w pewnych kręgach zostały uznane za żartobliwe. Tak jak wtedy, gdy na obozie przygotowawczym wstawił na Instagrama zdjęcie drużyny Lechii, które podpisał „Ekipa na Awans!”. – Doszły do mnie głosy, że trochę z tego pożartowano. „Okej”, pomyślałem, „zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni”. Dlaczego miałem tego nie napisać? Dlaczego mieliśmy nie powalczyć z Widzewem o pierwsze miejsce? Przyszedłem tu awansować i nie boję się głośno o tym powiedzieć – stwierdza prawy obrońca klubu z Tomaszowa Mazowieckiego. Już teraz można przyznać mu rację, że Lechia okazała się ekipą na drugą ligę – niezależnie od tego, jak potoczy się mecz w Łodzi.

Dogadał się z Lechią dwa dni przed startem treningów, choć już w grudniu spekulowano, że trafi do Tomaszowa Mazowieckiego. Wchodząc do szatni nie wywyższał się. Będący blisko klubu ludzie nie zauważyli, że „pan piłkarz przychodzi z wielkiego Widzewa”, bo Tlaga sam butnego i zarozumiałęgo podejścia nie lubi u innych. Ceni normalność i luźną atmosferę, która nie oznacza zaniedbywania pracy. Często można go spotkać na siłowni czy dodatkowych treningach. Jak przyznaje, pod względem fizycznym czuje się fantastycznie.

– Chłopaki pytają: „co ty bierzesz?”. Jest 85. minuta, inni padają, a ja biegam od linii do linii. Jestem w gazie i gram tak jak wtedy, gdy przychodziłem do Widzewa. Czułem się świetnie za czasów Marcina Płuski, później było różnie. Teraz przede wszystkim czuję, że trener mi zaufał i na mnie postawił. To jest bardzo ważne. Mogę przez to zaryzykować, zagrać tak czy tak. Jestem pewny w każdym zagraniu, wtedy też myśli są nieco bardziej kreatywne i odważne – mówi Tlaga. Bogdan Jóźwiak, obecny szkoleniowiec tomaszowian, pamięta bocznego obrońcę jeszcze z czasów gry w Legionowie, gdy sam był trenerem Warty Sieradz. Dlatego nie zastanawiał się długo, czy ściągnąć go do Tomaszowa.

– U trenera Jóźwiaka jest tak, że aż mi się Legionovia przypomniała, gdy prowadził mnie Marek Papszun. Trener robi nam świetne analizy taktyczne i rozpracowuje rywali, ale też przyjdzie, pogada, pośmieje się, wbije szpilkę jakiemuś zawodnikowi. Nie ma jednocześnie za dużego rozluźnienia. Widać, kiedy jest wkurzony i wiemy, że wtedy w pobliżu może brzęczeć tylko mucha. Idealnie wyważone proporcje. Naprawdę świetny trener – przyznaje.

W Lechii znów poczuł rytm meczowy, zaspokoił głód piłki i wręcz kipi energią. Nie może nachwalić się kolegów z drużyny i tego, co dzieje się w szatni. – Przychodząc z Widzewa opowiadałem, jak dobrze trenuje się z trenerem Smudą. To jest mega sprawa, że mogłem z takim trenerem pracować. Przecież chwilę wcześniej prowadził przecież reprezentację Polski z Lewandowskim na czele. Ktoś tam puścił film, gdzie Smuda prezentował na konferencji prasowej Jasia Furtoka i mówił o nim, że on wie, jak pachną skarpetki w szatni. Jednego z kolegów z drużyny nazywam od tamtej pory „Jasiem”, a oni mnie przezywają „Mąsia” – śmieje się.

Dlaczego „Mąsia”? Przezwisko pochodzi od Daniela Mąki, obecnie piłkarza Widzewa, o którym w pochlebnych słowach wypowiadał się Tlaga. Widocznie zrobił to na tyle dobrze bądź często, że zaczęli przezywać go właśnie w ten sposób. – Pamiętam, jak po jednym z wygranych meczów weszliśmy do szatni, a tam cisza. Zapytałem głośno, w piłkarskim stylu: kto wygrał mecz? Znów chwila ciszy, ale wszyscy głośno odpowiedzieli: Lechia! Teraz po wygranym meczu mówią „czekamy na Mąsie”, żebym to ja zadał głośno to pytanie i dał znak do śpiewów. Fajni ludzie, przekozacka szatnia – kiwa z uznaniem.

Teraz ta szatnia chce sprawić psikusa Widzewowi na jego własnym stadionie. Lechiści wiedzą, czego się w Sercu Łodzi spodziewać. Tlaga występował przy Piłsudskiego regularnie, a jego koledzy z drużyny też zdążyli już poznać smak rywalizacji przy kilkunastotysięcznej publiczności. Gdyby tego było mało, trener Bogdan Jóźwiak na jednym z treningów… puścił z głośników na cały regulator doping fanów czerwono-biało-czerwonych, by oswoić ich z sobotnią atmosferą.

– Po meczu w Ostródzie powiedziałem do Kuby Rozwandowicza, że jak nie teraz, to już chyba nigdy. Nadarzyła się świetna okazja, która jest fajną sprawą przede wszystkim dla tych piłkarzy, którzy wiele lat już w Lechii grają. Mireckiego chciał Widzew, Szymczak to piłkarz z umiejętnościami na wyższą ligę, jest Artur Golański i mógłbym tak wymieniać. Potrafimy grać w piłkę i chcemy awansować. Zapisać się w historii klubu i miasta – przekonuje.

Taryfy ulgowej dla Widzewa nie będzie, nawet jeśli czuje do niego sentyment. – Nigdy nie czułem się za słaby na Widzew. Zżyłem się z klubem, stałem się kibicem, oddawałem serce. Teraz natomiast pracuję dla Lechii i będę chciał wygrać za wszelką cenę – mówi całkiem poważnie. Nie będzie grał brutalnie – często powtarza, że „życie lubi oddać”. Ale sentymenty zostawi w szatni. Pali się do gry i bardzo zależy mu na tym, by dobrze zagrać przy niedawnej publiczności. W poprzedniej kolejce nie wystąpił, bo pauzował za żółte kartki.

Pytany o to, czy napił się już krwi, zaprzecza. – Zawsze mówi się na Widzewie, że przeciwnicy wychodzą na mecz, jakby grali o finał mistrzostw świata. Zobaczę, jak to jest z drugiej strony. Krwi się jeszcze nie napiłem. Nie mam nic do udowodnienia ani trenerowi, ani klubowi, ani kibiców. Złości też nie mam. Może tak musiało być? Może moje drogi z Widzewem jeszcze się skrzyżują w przyszłości? Nie można tego wykluczyć, ale trudno rozmawia się o przyszłości, jak za chwilę czeka cię taki mecz.

Nadal utrzymuje kontakt z kilkoma zawodnikami z Widzewa, choć śmieje się, że „kopacz dzwoni do panów piłkarzy”. – Rozmawiałem przed meczem z Radkiem Sylwestrzakiem i Mateuszem Michalskim. Mówiliśmy, że to będzie na pewno fajny mecz dla kibiców. Z bramkami, dramaturgią i olbrzymią stawką. Kibice będą bardzo nastawieni na zwycięstwo i trudno będzie to chłopakom z Widzewa utrzymać. Oni widzą, o co grają i wyjdą mocno naładowani. My musimy się im przeciwstawić.

– Nie będę celebrował gola. Już od dawna taka myśli mi chodzi po głowie. Z szacunku, bo ten klub dał mi bardzo dużo. Spełniłem wiele marzeń dzięki Widzewowi. Mogę tylko podziękować trenerowi Płusce i prezesowi Ferdzynowi, dzięki którym trafiłem do Łodzi. Pozwolili mi przeżyć niezapomniane chwile. Fajnie też, że nie byłem ogórkiem, który tylko przyszedł założyć dres Widzewa.

Widać u Tlagi motywacje, która wcześniej potrafiła go zgubić. Przemotywowany wyszedł na derby Łodzi, w których obejrzał dwie żółte kartki. – Trener Płuska pewnie nigdy mi tego nie wybaczy, koledzy też mieli pretensje, bo myśleli, że nadepnąłem piłkarza ŁKS-u specjalnie. Nieprawda. Bardzo chciałem wygrać, ale nie dostać kartkę. Walczyłem, ale może za bardzo? Przed meczem rozmawiałem z kilkoma kibicami. Mówili: „Kamil, liczę na ciebie!”. Czułem, gdy później się z nimi zobaczyłem, że ich zawiodłem. Wiem doskonale, co muszą czuć przed meczem z nami teraz piłkarze Widzewa.

W jego barwach rozegrał 36 spotkań i strzelił sześć bramek. – Dobrze graliśmy za trenera Płuski na Milionowej. Przegraliśmy jeden mecz na ostatnie 34. To o czymś świadczy. Do trenera Przemysława Cecherza mogę mieć żal, bo inne ustalenia mieliśmy przed rundą, a inaczej wyszło to w praniu. Panu Franciszkowi Smudzie zaś podziękowałem, że miałem zaszczyt trenować pod jego okiem. To legenda i nic tego nie zmieni. Rozstaliśmy się w dobrych relacjach.

– Po prostu znów chciałem grać, poczuć piłkę, złapać rytm. Teraz jestem w Lechii i to dla niej chce jak najlepiej. Pokazaliśmy, że tu też są ludzie, którzy potrafią grać w piłkę. Może indywidualnie nie przerastamy gospodarzy, ale naszą siłą jest kolektyw, walka, charakter. Życzę dobrze Widzewowi, ale sorry – każdy z nas chce wygrać. Może uda się powtórzyć wyczyn z „Zegarmistrza” i strzelić z połowy boiska? Nie było wtedy żadnego dubla, w sobotnie popołudnie też ich będzie. Fajnie byłoby awansować. Może to śmiesznie brzmiało pół roku temu, ale nie teraz.

fot. lechia1923.pl / Pressfocus

Widzew Łódź – Lechia Tomaszów Mazowiecki | 9 czerwca 2018 r., godz. 17:00

Wygra Widzew: 1.74
Remis: 3.55
Wygra Lechia: 4.25