Niespodziewana decyzja Grabary na Twitterze. Wreszcie dorósł?

- Najmniejszy w ekipie najgłośniej szczeka. Swoje kompleksy musi przykryć agresją. Pitbull, pewny swojej pozycji, idzie spokojnie, a kundelek przeraźliwie ujada, wszystkich obskakuje, jakby wyszczekiwał swój lęk - mówił w wywiadzie dla Weszło raper Kękę. Kamil Grabara przez długi czas był pitbulem, ale tym z kultowego polskiego filmu. Tym, który wyglądał jak jamnik.

Miał dopiero 18 lat, a już trenował z pierwszą drużyną Liverpoolu. Może śmiało patrzeć w przyszłość, która maluje się w biało-czerwonych kolorach i ma orła na piersi. Grabara nie rozwijał się jednak tego w ciszy. Melodię przyszłości wystukiwał na błękitnych klawiszach z logotypem białego kanarka.

Cienka jest granica między pewnością siebie i butą, a Kamil zdawał się jej nie dostrzegać. Wyśmiewał bramkarzy ekstraklasy, pozował z drzewem do zdjęcia i oznaczał Marcina Krzywickiego, umieszczał filmiki z wpadkami golkiperów niższych lig w Polsce. Mówi, że jest idolem dla samego siebie, a w Ekstraklasie nie zagra, bo to krok w tył.

Brzmiał jak facet, który zaliczył 300 meczów na Anfied, a nie łapał w juniorach.

Tak, bramkarz musi być szurnięty. Pewien znany golkiper zapytał kiedyś: kto normalny nie chce w dzieciństwie strzelać bramek, tylko rzucać się – nieczęsto w błocie, śniegu, deszczu, a nawet na betonie – by do tych bramek nie dopuścić? Oczywiście czysto ludzko lepiej też, by nienawidzili go takim, jaki jest niż kochali za udawanie kogoś innego.

Sęk w tym, że Kamil nie jest głupi, jak wskazywałyby na to jego twitty. Jest młody. Kto z nas nie wygadywał bzdur mając 18 czy 19 lat? Grabara długo o tym nie wiedział, ale kiedyś spojrzy na te tweety i złapie się za głowę. Zobaczy, że jego zachowanie to – przekładając na piłkarski – poziom nie Liverpoolu, a Huragana Swędów. Być może ten moment już nastąpił?

Fakty są takie, że młody golkiper Liverpoolu nie był kojarzony z tym, że jest wielkim talentem, że puka do bram składu u Juergena Kloppa, że broni w reprezentacji Polski U-21 Czesława Michniewicza. Mówisz „Grabara”, myślisz „Twitter”. I to raczej twitty dość głupie, niż pomagające tworzyć pozytywny wizerunek.

Tak, wiemy, co na ten temat sądzi sam zainteresowany. Uważa się – pewnie ma rację – za inteligentną bestię, która może prowokować, odpalać lont i czekać na wybuch. Pytanie, czy to mu w ogóle potrzebne? Jak wpłynęło na jego karierę? Mówi się o nim bardzo dużo, ale to oznacza, że jeden błąd w poważnym meczu i fala hejtu może go utopić. Życie bramkarza, zwłaszcza młodego, jest natomiast na tych błędach zbudowane.

Nie chcemy wchodzić w buty moralizatorów, ani też mówić komuś, jaki ma być i jak ma żyć. „Kamil, zachowuj się tak i tak, bądź taki i taki”? Nie, to nie nasza bajka. Bądź sobą. Natomiast decyzja o odsunięciu Twittera w karierze może ci tylko i wyłącznie pomóc. Przebywanie na nim nie było do niczego potrzebne Marcinowi Bułce, który już w wielkiej drużynie Premier League – w przeciwieństwie do Grabary – zadebiutował.

O wiele łatwiej będzie Grabarze zaistnieć, gdy – paradoksalnie – zejdzie ze świecznika. Zdejmie z barków presję, którą sam na siebie nałożył. Rezygnacja z Twittera to pierwszy krok ku postawieniu wszystkiego na kartę piłkarską, a nie robienie z siebie nadwornego błazna, którego każdy może zaczepić, wyszydzić, wyśmiać. „Dwa i pół roku to zdecydowanie za dużo”, napisał Kamil, a wystarczy wejść w komentarze by zobaczyć, że to… prawda. Przychylnych jak na lekarstwo, szydzących – mnóstwo.

Media społecznościowe mają budować pozytywny PR, skracać dystans między piłkarzem i kibicami, nawiązywać fajną relację. O Grabarze było głośno, ale niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lepiej będzie gdy wróci, jak już zostanie pierwszym bramkarzem The Reds. Kozacy się bronią, kozakom wolno więcej, a młodemu bramkarzowi do tego miana jeszcze wiele brakuje. Przepaść ma postać kilku liter: A, l, i, s, s, o oraz n. Nie do przeskoczenia na ten moment. Zdrowiej będzie więc pracować i nosić wodę czy worek z piłkami, niż pajacować na Twitterze.