Niepotrzebna kalkulacja. Ci kibice zasłużyli na pogrom!

Gdy w 31. minucie strzelasz bramkę na 4:0, wyobraźnia fanów zgromadzonych na stadionie dosłownie eksploduje. „Raz, dwa, trzy cztery?”, krzyczeli kibice z jednej trybuny, na co cały stadion zgodnie odpowiadał: „Mało!”. Pragnienie pogromu było ogromne, ale na chęciach się skończyło. Widzew wygrał 4:2 z Błękitnymi Stargard. Biorąc pod uwagę genialną pierwszą połowę można stwierdzić: tylko 4:2. I to na własne życzenie.

Niemal siedemnaście tysięcy ludzi na trybunach, wspaniała atmosfera, głośny doping – można powiedzieć, że w Sercu Łodzi to był dzień jak co dzień. A jednak w okolicach 30 minuty kibice śpiewali: „Co tu się dzieje, RTS, co tu się dzieje?”. Nie dowierzali. Minęło zaledwie pół godziny gry, a widzieli już gola bezpośrednio z rzutu rożnego, po świetnym rajdzie i „położeniu” bramkarza, po koronkowej akcji… 4:0, gości na boisku niemal nie ma, fiesta wydawała się trwać nadal.

Na drugą połowę Widzew jednak nie wyszedł. Błękitny strzelili jedną bramkę, drugą, a Widzew wciął nie mógł się obudzić. Kibice też usypiali widząc, jak ich zespół „dowozi” wynik do końca.

Niektórzy przecierali oczy ze zdumienia, bo tak fenomenalnej połowy, jak pierwsza w meczu z Błękitnymi, jeszcze na tym stadionie nie widzieli. Przypomniał się od razu mecz ze Zniczem Pruszków sprzed dziewięciu lat, gdy Widzew zwyciężył 7:0 (trzy bramki Darvydasa Sernasa, dwie Dudu Paraiby, po jednej Krzysztofa Ostrowskiego oraz Mindaugasa Panki). Powtórki z rozrywki nie było, choć powstał scenariusz idealnie nadający się na remake tamtego spektaklu.

Kibice czerwono-biało-czerwonych mogą żałować, bo choć ich klub odbudowuje się od czwartej ligi i często gra z klubami biedniejszymi, o mniejszej bazie kibicowskiej i nie tak sowicie opłacanych piłkarzach, z których część łączy grę w piłkę z normalną pracą – powtórki ze Znicza przy Piłsudskiego się nie doczekali. W czwartej lidze, jeszcze pod wodzą Marcina Płuski, trzykrotnie było 5:0: z Orłem Nieborów na Milionowej, a także Mazovią Rawa Mazowiecka i Stalą Głowno na wyjeździe. W następnym sezonie najwyższy wynik to 4:0 z Huraganem w Wołominie.

Wraz z przenosinami na nowy stadion, nowym trenerem został Przemysław Cecherz, ale nie wygrał ani razu więcej niż trzema bramkami. Franciszek Smuda wniósł powiew wielkości i przypomniał dawne czasu, ale maksymalnie wygrał różnicą czterech bramek (MKS Ełk i Tur Bielsk Podlaski przy Piłsudskiego). Radosław Mroczkowski pokonał cztery do zera Rozwój Katowice na wyjeździe.

Teraz taki wynik łodzianie osiągnęli już po pół godzinie gry. Można było pójść za ciosem, takdawno przez Widzew nie zadanym. Choćby dla tych kibiców, którzy wiernie, licznie i żywiołowo są z klubem na dobre i na złe.

Tym bardziej, że przestając grać w drugiej połowie, zespół niepotrzebnie naraził się na nerwówkę w końcówce. Było 4:2, a Błękitni atakowali. Taki scenariusz jest niedopuszczalny – nie po tym, jak kilkadziesiąt minut wcześniej bawiłeś się z rywalami i robiłeś, co chciałeś. Historia pamięta już takie przypadki, w których brak gry do końca był bardzo boleśnie karany.

Borussia Dortmund zrobiła w derbach z Schalke w minionym sezonie to, co kilka lat wcześniej Arsenal – wypuściła czterobramkowe prowadzenie z rąk. Być może pamięć piłkarzy Widzewa jest krótka, ale muszą sobie uświadomić, że nie można kończyć meczu przed ostatnim gwizdkiem. Nie po finale Ligi Mistrzów Liverpool-Milan ze Stambułu, nie po niedawnym comebacku FC Barcelony z PSG (6:1), nie po końcówce finału Champions League pomiędzy Manchesterem United a Bayernem, wreszcie: nie po decydującym o mistrzostwie Polski starciu Legii z Widzewem (2:3)…

Rozumiem, że nie zawsze warto dobijać rywala. Niemcy, wygrywając w półfinale z Brazylią 7:1 na jej terenie też się zatrzymali. Nasi zachodni sąsiedzi w przerwie mieli ustalić, że nie będą dalej upokarzać rywali (swoją drogą: czy takie założenie też nie jest upokarzające?). Powiecie, że podwyższanie wyniku nie jest piłkarsko humanitarne i ma lekkie ślady sadyzmu? Odpowiadamy: piłka nożna to rywalizacja i show. Czasem takie, jak w Koloseum w starożytnym Rzymie, gdy cesarz wydawał wyrok śmierci kciukiem w dół. Jako klient i widz też mam prawo, by w zaciszu domowym wydać w myślach taki rozkaz: dobić ich. Bo takie pogromy nie zdarzają się codziennie, bo oglądając mecz nie chcę kolejnego 2:1 czy 0:0 po bezbarwnym. Czasem warto się rozerwać, bo „piłka nożna to coś znacznie poważniejszego, niż sprawa życia i śmierci”, ale też zabawa.

Na Widzewie dawno takiego wyniku nie było, dlatego tam, gdzie normalnie obejrzelibyśmy zwolnienie tempa gry do trybu slow motion, tu spodziewaliśmy się rzezi niewiniątek. Pierwszej na nowym stadionie. Pierwszej przy takiej liczbie kibiców głodnych pogromu i demonstracji siły. Dlatego też gdy niesamowity Filip Mihaljević ośmieszał defensywę rywali, mijał bramkarza i kierował piłkę do pustej bramki – zacierałem ręce. W drugiej połowie te ręce opadły.

Jeśli prowadzisz do przerwy 4:0, a na drugą połowę nie wychodzisz, bo cała drużyną zostałeś w szatni – winowajcą może zostać szkoleniowiec, który niedostatecznie zmobilizował swoich podopiecznych podczas tych piętnastu minut przerwy. W drugiej połowie też nie dał piłkarzom sygnału: „Panowie, obudźmy się, do ataku!”. Nic dziwnego, że po meczu był zły:

– Trudno zebrać logiczne myśli po meczu. Prowadzenie przyszło nam bardzo szybko, ale druga połowa to jakiś horror. To było nie do przyjęcia i powiedziałem to chłopakom w szatni. Taki minimalizm nie przystoi. Drugą połowę tak naprawdę przegraliśmy. Nie wiem, skąd to się wzięło. Mając przeciwnika na kolanach, musimy wykorzystywać sytuacje: piątą, szóstą, siódmą… – powiedział na pomeczowej konferencji Radosław Mroczkowski.

Takie słowa trenera muszą cieszyć kibiców, bo zapowiadają, że więcej Widzew już nie wypuści z rąk idealnej okazji do wysokiego zwycięstwa. Oznaczają, że wymagania są jasne: mecz trwa 90 minut, po nim jest tydzień przerwy do następnego, więc warto w te półtorej godziny dać z siebie wszystko do ostatniego gwizdka sędziego. Szukać kolejnych bramek, a nie kolejnych podań wszerz. Po meczu jest czas na odnowę, relaks, kriokomory, masaże, drinki (bezalkoholwe!) z palemką, ale w tracie meczu trzeba walczyć od początku do końca. Nie odstawiać nogę, jak często zdarzało się to piłkarzom w drugiej połowie.

Kibice przychodzą tłumnie, bawią się świetnie, ale należy im z boiska oddać szacunek za wszystko, co robią i dążyć do kolejnych bramek. Póki jest okazja i czas na to, bo w ekstraklasie o kolejne 7:0 może być trudno. Jak w boksie: widzisz, że trafiłeś przeciwnika, to musisz doskoczyć, wykorzystać jego zachwianie i znokautować. Nie czekać, aż się otrząśnie i odpowie. Błękitni nie mieli tyle pary w rękach, ale ktoś inny może sięgnąć widzewskiej szczęki.

Aż przypomniała się anegdota o Franciszku Smudzie – z tych lepszych czasów, kiedy po raz pierwszy był trenerem Widzewa. Maciej Szczęsny po latach przyznał, że najgorsza pomeczowa odprawa nie była po jakimś przegranym czy zremisowanym spotkaniu. Nigdy nie widział tak zdenerwowanego szkoleniowca jak wtedy, gdy widzewiacy… wygrali 4:0. Smuda był wściekły, bo łodzianie zatrzymali się po czwartym golu. Nie grali do końca. Nie wcielili w życie powiedzenia, które z wielką złością wykrzykiwał wtedy Franz, a które to motto powinno przyświecać nie tylko Borussi, ale wszystkim piłkarzom i drużynom świata. „Masz frajera to go duś, jak się uda to go puść, a jak zedrzesz koszulę z niego – szukaj następnego”.