Miałem nadzieję i żyłem nią wraz z kolejnymi meczami Tottenhamu. To miał być stempel z certyfikatem europejskiej jakości na herbie zespołu z północnego Londynu. Czułem powiew orzeźwiającego wiatru, schematów wykraczających poza włożone w nie ramy. Widziałem ludzi, a nie piłkarzy, prowadzonych przez człowieka, który nadał ich piłkarskiemu jestestwu nowy sens.

Radość z gry, radość ze zwycięstw, radość ze swojej obecności w określonym gronie osób, radość z każdego celnego podania, skutecznego pressingu, twardych odbiorów i wreszcie goli strzelanych przez kwartet D-E-S-K i jego główne ogniwo, czyli literkę „K”. K – jak Kane i K – jak Koniec.

Koniec, który zafundowali Tottenhamowi chyba najwięksi cynicy spośród dzisiejszych wielkich drużyn. Juventus męczący nas od kilku tygodni wygranymi po 1-0 we Włoszech, wciąż jednak przecież skuteczny i w obronie i w ataku (na swój sposób). Juventus mogący być ostatnio uosobieniem największych banałów wygłaszanych w piłce nożnej jak: „za wrażenia artystyczne nikt nie przyznaje zwycięstw”. Bo kto rozumie to lepiej, jak nie trener zespołu, który mówił, że jak oczekujesz atrakcji to idź do cyrku, a nie oglądać mecz?

„Jak chcesz atrakcji, to idź do cyrku”
Radosny spacer dzieciaków z Tottenhamu po bogatej dzielnicy został przerwany przez zaprawioną w bojach ekipę blokersów, prowadzoną przez największego zakapiora z nich wszystkich – Giorgio Chielliniego. A obok niego zawsze chętny do przyłożenia komuś w gębę – Andrea Barzagli, który zamiast wylecieć z boiska po zadeptaniu Sona w pierwszej połowie, wybił piłkę z linii bramkowej w 90 minucie meczu i uratował rezultat.

Oczywiście w Juventusie, jak w każdej porządnej ekipie zakapiorów, był również ten jeden dobry charakter, który przez większość czasu nie wychylał nosa w tej awanturze, by w kluczowym momencie wsadzić palce w oko przeciwnika i oślepić go na kilka kolejnych, jakże ważnych minut. To był czas zyskany dla silniejszych kolegów, by zebrali moce do odparcia ostatecznego ataku rywala.

Nic by się nie udało, gdyby nie pierwsze 15 minut po przerwie. Juventus wyszedł z szatni i z minuty na minutę zabijał kreatywność chłopców z Londynu. Wyciszał ich i głaskał, szepcząc do ucha kłamstwa: „już prawie ci się udało Tottenhamie – bądź spokojny, to tak blisko”. Po czym wykorzystując nieuwagę i błogostan gospodarzy, wprowadził na boisko Asamoaha i Lichtsteinera.

„Lichtsteinera?? Przecież oni potrzebują goli!” – wydawali się myśleć wszyscy dookoła.

A Lichtsteiner od pierwszej akcji ścinającej do środka ze skrzydła i szukając prostopadłej (niedokładnej) piłki, pokazał po co pojawił się na boisku. By jechać niczym czołg po skrzydle, strasząc za każdym razem gdy ryknie silnikiem, lub jak człowiek rąbiący pnącza dżungli maczetą, by wyprowadzić z niej zagubionych kompanów.

Juventus na tym etapie grał…dwoma obrońcami. Chiellini i Barzagli – bo kogo potrzeba „w razie W” z tyłu, jak nie właśnie tych dwóch największych zakapiorów? – przecież sobie poradzą. Juventus momentalnie przesunął się na połowę Tottenhamu resztą zespołu, aż tym geniuszom: Eriksenowi, Sonowi czy pilnującym ich Dierowi i Dembele zaczęło brakować przestrzeni na własnej części boiska, a przecież przez godzinę gry nie było takiej sytuacji!

I gdy Londyńczycy zaczęli powoli wrzucać wsteczny bieg – nagle: „pach i pach”: lewy na wątrobę i prawy na szczękę (plus palce włożone w oczy przez Dybalę) – zakapiory górą, ale przeciwnik podnosi się z ziemi i próbuje oddać. Zaraz później ekipa Allegriego za podwójną gardą. Do tego ich najstarszy brat Gigi, który usłyszał awanturę i pojawił się na tyłach jako ostatnia instancja, gdy wszyscy już padną.

„Cofamy się pod własne pole karne? – w to nam graj!” – krzyknęli wspólnie Chiellini i Barzagli, po czym stanęli oparci plecami o ścianę, tak dla pewności, by było wiadomo że nie ma już odwrotu, nie ma gdzie ucieć – trzeba odeprzeć straceńczy atak.

U miłych chłopców ojciec nie przyszedł z pomocą, nie było go w pobliżu, bo stał daleko za linią. Zazwyczaj wystarczało, żeby tylko podpowiedział, krzyknął. Ale akurat wczoraj stał tam z boku jakby wydarzenia działy się zbyt szybko nawet dla niego. Nie było też starszego brata na boisku, który by pomógł. Zabrakło jakiegoś łobuza z dobrego, londyńskiego domu, który może wcześniej sprowokowałby Chielliniego do drugiej żółtej kartki?

Słodkie kłamstwa szeptane do ucha Tottenhamu przyniosły skutek. Zabrakło czasu nie tyle na przebudzenie, ale na opanowanie nerwów, na odpowiedź, na może jeszcze jedną, dwie próby.

Zespół Pochettino opadł z sił po kilkudziesięciu minutach bardzo intensywnej gry i nękania Juventusu. A Juve? Gdy tylko udało się na moment odsunąć spod ściany, od razu założyli pressing pod bramką Llorisa, uwaga… w 85 minucie, dając choć chwilę wytchnienia swojej obronie i moment na otrzepanie ubrań z kurzu i wytarcie krwi spod nosa.  Wreszcie koniec. New World Order w europejskiej piłce jeszcze nie teraz. Czy Pochettino dokończy ten projekt?

„Ja chcę tempa i intensywności, chcę by moja drużyna prowokowała coś na kształt zorganizowanego chaosu, by przemieszczała się tak często, żeby rywal czuł się zdezorientowany” – to cytat z książki/pamiętnika Mauricio Pochettino pt. „Brave New World: Inside Pochettino’s Spurs”. Czyż właśnie nie tak wyglądał jego zespół przez 85% dwumeczu z Juventusem? Czym jest zatem dzisiaj drużyna Allegriego, skoro oparła się tej intensywności, będąc jedną nogą na skórce od banana, a drugą nad przepaścią? Przyszłym zwycięzcą tej edycji Ligi Mistrzów?

Foto: PressFocus